HTS :: O nas ... :: News :: The Himalaya Master :: Biblioteka :: Uniwersytet Himalaya :: Galeria
Multimedia :: Podcast :: Z³oty Brzask :: Warsztaty :: Zajêcia cykliczne :: Kalendarz Ezoteryczny
Prezenty dla sponsorów :: Tablica Og³oszeñ :: Linki :: Kontakt :: Wp³aæ dotacjê :: Mapa Strony
» HTS » Biblioteka » Karma Joga

Follow us on:
UNIWERSYTET HIMALAYA
NAUKI MISTRZW
Ezoteryczny Uniwersytet
Duchowy HIMALAYA
Zapraszamy wszystkich chętnych do podjęcia duchowych studiów korespondencyjnych.
Po zarejestrowaniu będziesz otrzymywać dwa razy w tygodniu Duchowe Orędzie Himalajskich Mistrzów w postaci lekcji i wykładów.
Liczba studentw: 878
Zarejestruj się
Biblioteka Wiedzy Ezoterycznej - katalog
SATSANG on WEB
Himalaya Master - odpowiedzi na pytania Uczniw, Studentw
Zbiory nauk duchowych:
Sûtry: HRIDAYA (Apokryfy)
Udâny: PMH
Æakramy
Tajemna Wiedza o Æakramach - oœrodkach œwiadomoœci i duchowych mocy!
Jogasutra
Ksiêga Jogi - Ryszi PatañdŸali. Komentarze
Gematria
Mistyczna Numerologia
Kosmogram Gematryczny
Listy od Mistrza
Duchowe nauki i rady zawarte w listach od Himalaya Master do Uczniów
Gâthâ
Nauki wierszem, poematy i powiedzenia metryczne
Słownik
Himalaya Wiki
 
 


KSIKI, SKRYPTY, CD
PREZENTY DLA SPONSORW
Nowoci:
Devanagari
praca zbiorowa
blok do æwiczeñ
kaligrafii sanskrytu
Czohanija 2008
Himalaya Tirtha Sangha
Pieœni duchowe, bhad¿any, hymny wedyjskie, mantramy nagrane podczas Festiwalu Czohanija 2008.
Sukha Sutra
The Himalaya Master
P³yta CD, 42 afirmacje piosenki, które pomagaj¹ rozwin¹æ cechy bogactwa duchowego i materialnego.
Przekazy Mistrza Himalaya TOM 2
Himalaya Master
Per³y Duchowej Wiedzy. Kolejne odpowiedzi na nurtuj¹ce pytania, porady i wskazóowki. Autor prostuje wiele zagmatwanych zagadnieñ z dziedziny Rozwoju Ducha, Jogi, Medytacji, Religii, Mistyki.
Aktualna lista prezentów
 
 
Licznik odwiedzin: 6964429
Ostatnia aktualizacja strony:
06-11-2022, 22:28
Swami Wiwekananda

Przek³ad: Wandy Dynowksiej
BIBLIOTEKA POLSKO-INDYJSKA,1962

 

 

SWAMI WIWEKANANDA*

*Wiweka – to rozpoznawanie, odró¿nianie wiecznego od znikomego; pierwsza przy Jodze wymagana cecha. S³owo Ananda (szczêœliwoœæ) dodaje siê zawsze do imienia Sanjasina gdy wstêpuje do Zakonu, np. Sziwananda, Brahma-nanda, itp. czyli szczêœcie w mi³oœci dla Sziwy lub Brahmy; albo te¿ nadzieja osi¹gniêcia szczêœcia i wyzwolenia przez doskona³oœæ w jakiejœ cnocie jak Wiweka-nanda, Satya-nanda itd.

Swami Wiwekananda, na tle historii Indii koñca XIX (ur. 1863) i pocz¹tku XX wieku rysuje siê jako postaæ najbardziej przedziwna i najwybitniejsza.

Lubi³ mówiæ i¿ musz¹ narodziæ siê w Indii ludzie o lwim, nieustraszonym a zarazem gor¹co wspó³czuj¹cym, niemal tkliwym sercu. I sam by³ takim. Zwarta, skupiona moc, niezachwiana odwaga, nieugiêty charakter, a jednoczeœnie bezgraniczne wspó³czucie dla ludzkiego cierpienia, dla nêdzy i jej skutku – upodlenia, dla bezwinnej ciemnoty jak i ciasnego uporu fanatyków, przy szerokiej, niemal genialnej inteligencji i niezale¿noœci myœli; naj¿arliwsze pragnienie wolnoœci i prawdy – oto charakterystyczne cechy Wiwekanandy.

Rzadkie, bardzo rzadkie s¹ w historii Indii typy ludzi o tak p³omiennym, niemal religijnym wspó³-czuciu z najbardziej ubogimi i nêdznymi. Kto wie czy nie od jego ognia zapali³o siê ono w Gandhim jak i w Rabindranacie, który pisa³ s³ynne strofy i¿ razem z kamieniarzem t³ucze kamienie na rozpalonych drogach i trwa tam, gdzie s¹ najni¿si , najubo¿si, najnêdzniejsi. Brzmi to jak echo namiêtnych s³ów Wiwekanandy gdy mówi: „Po co szukacie Boga gdzieœ w oddali a nie kochacie wspó³braci? Czy¿ ubodzy, nêdzni, s³absi nie s¹ równie¿ Bogiem? Czemu¿ nie uczciæ wpierw Boga w nich? Niech¿e ci maluczcy stan¹ siê Bogiem dla was! Oddawajcie im wasz¹ pracê, serce, nieustann¹ modlitwê, a Pan wam wska¿e drogê czynu najprostsz¹”.

I dalej: „Dopóki miliony umieraj¹ w ciemnocie i nêdzy, ka¿dego kto zdoby³ wykszta³cenie (jak¿e czêsto ich kosztem) a zdaje siê w swej obojêtnoœci nie widzieæ ich i lekcewa¿yæ, zamiast dzieliæ siê wiedz¹ zdobyt¹, uwa¿am za zdrajcê”.

„Nie spocznê dopóki choæ jedna istota w mej ojczyŸnie ginie z g³odu; szukanie œrodków zaradczych aby uwolniæ tysi¹ce od tej strasznej plagi bêdzie moim nieustannym trudem i moj¹ religi¹; wszak nie mo¿na ludziom g³odnym mówiæ o Bogu”.

G³os ten jest nawet bardziej namiêtny i gor¹cy ani¿eli s³owa póŸniejszych Wielkich Indii – Gandhiego i Rabindranata Tagore.

Wiwekanandê mo¿na równie¿ uwa¿aæ za pierwszego (obok Szri Aurobindy) twórcê nowego w Indii patriotyzmu, nowej – przez zaborców wszelkimi sposobami t³umionej – wiary w siebie, w wielkoœæ swego narodu w donios³oœæ jego pos³annictwa.

A wierze w siebie, zarówno jednostki ludzkiej jak zbiorowoœci Narodu, nadaje Wiwekananda tak ogromne znaczenie i¿ wo³a: „Boscy jesteœcie wy, ludzie tej ziemi, jak¿e nies³usznie zwani grzesznikami!”. „Powstañcie jako lwy i odrzucie fa³szywe mniemanie i¿ jesteœcie owcami”. „Nieœmiertelna, bezgraniczna jest wasza dusza, wolny, odwieczny wasz duch. Cia³o to s³uga, materia to jeno ducha podnó¿ek”. A wreszcie: „Jeœli wierzycie we wszystkich bogi waszych prastarych tradycji i te, które wam obcy przynieœli, a nie macie wiary w siebie, nie ma dla was prawdziwego ¿ycia. Wiara w siebie to opoka na której wspiera siê wielkoœæ”.

Wiarê w siebie, w swoje, choæby jeszcze utajone i prawie niewidzialne mo¿liwoœci, uwa¿a za tak wa¿n¹, tak nieodzown¹ i¿ mówi dalej: „Kto nie wierzy w siebie nie mo¿e prawdziwie wierzyæ w Boga, bo tylko duch w nas mo¿e uznaæ istnienie Ducha poza nami”. „Tego nazywam ateist¹ kto nie wierzy w siebie. Dawne religie uwa¿a³y za ateistê cz³owieka nie wierz¹cego w Boga; ale nowa religia mówi: „ten jest ateist¹ kto w siebie nie wierzy”.

„Gdy jednostka lub Naród traci wiarê w siebie ogarnia go martwota. Miejcie przedewszystkim wiarê w siebie, a potem w Boga”.

„Historia œwiata jest opowieœci¹ o nielicznych ludziach którzy mieli wiarê w siebie. Tylko ta wiara wywo³uje w przejawienie ukryt¹ w nas boskoœæ. Gdy jest ¿ywa nie ma dla nas rzeczy niemo¿liwej. Potykamy siê i padamy tylko wówczas gdy wysi³ek by przejawiæ ow¹ bezgraniczn¹, ukryt¹ w naszym duchu moc, jest niedostateczny”.

Mo¿na ³atwo sobie wyobraziæ jakie znaczenie mia³ ten g³os w epoce zupe³nego w ca³ej Indii zamarcia wiary w wartoœæ w³asnej kultury i idea³ów, w donios³oœæ w³asnych d¹¿eñ i misji historycznej; gdy pod naciskiem obcym, zarówno politycznym jak kulturalnym, nawet wiara w g³êbiê i wielkoœæ w³asnej religii poczyna³a siê chwiaæ, gdy naród sta³ o krok od marazmu i psychicznej, nietylko politycznej niewoli.

Trudno dziœ œciœle oceniæ jak wielki by³ wp³yw tej nowej filozofii si³y, ufnoœci, mêskiej i dumnej postawy jak¹ g³osi³ Wiwekananda.

„Naprzód”, wo³a³, „nie ogl¹dajmy siê poza siebie. Potê¿na skupiona energia, p³omienny zapa³, nieustraszona odwaga, a bezgraniczna cierpliwoœæ – oto czego nam trzeba, tylko z nich zrodzi siê wielki czyn”.

I: „Wiwekananda nie uznaje grzechu, uznaje tylko b³¹d; a za b³¹d najwiêkszy uwa¿a przekonanie ¿eœmy s³abi, nêdzni, mali, ¿e nas nie staæ na wielkoœæ”.

„Si³a to ¿ycie, s³aboœæ to martwota; moc to szczêœcie, to nieœmiertelnoœæ, a s³aboœæ to nêdza, nicoœæ, œmieræ”. „Ofiary, modlitwy czy korne klêkania nie stanowi¹ jeszcze religii. Dobre s¹ tylko wtedy gdy staj¹ siê bodŸcem do czynów bohaterskich, do dzielnoœci i szlachetnego postêpowania, gdy wznosz¹ myœl ku doskona³oœci, ku Bogu”.

„Niechby w ka¿dym kraju pojawi³o siê paru ludzi o lwim sercu, ludzi nie dbaj¹cych o w³adzê, s³awê, dobrobyt, bogactwa, o duszy która zerwa³a w³asne pêta i pozna³a Nieskoñczone i zjednoczy³a siê z Bogiem... a wstrz¹snê³o by to ca³ym œwiatem”.

„Widzê jedno godne cz³owieka zadanie, oto odkryæ bosk¹ moc w sobie i g³osiæ i¿ trwa utajona w ka¿dym, i wskazaæ jak j¹ obudziæ, jak w ka¿dym czynie i ruchu ¿ycia przejawiæ”.

Wiwekananda nietylko swych ziomków zmusza³ niejako do nowego spojrzenia na ducha swego kraju, do obudzenia siê ku nowemu ¿yciu i odkrycia wielkoœci w³asnej duszy; „zmusi³” równie¿ Zachód do zobaczenia i uszanowania ducha Indii i istoty jej kultury; bo na s³ynnym kongresie Religii w Chicago w 1893 r. ca³e zgromadzenie „wzi¹³ szturmem”, jak pisa³ jeden z uczestników tego wielkiego zjazdu. Mówi on:

„Od pierwszej chwili gdy wysoki, dostojny mnich, w nieznanej wówczas na Zachodzie oran¿owo-p³owej szacie Sanjasina, a natchnionej twarzy, powsta³ ze swego miejsca i wymówi³ pierwsze s³owa pozdrowienia zwracaj¹c siê do zebranych s³owami: „Bracia i Siostry Ameryki”... sala znieruchomia³a z wra¿enia, by zaraz potem powstaæ jak jeden m¹¿ i odpowiedzieæ burz¹ oklasków nie pozwalaj¹cych przez parê minut przyjœæ mówcy do s³owa. Formalistyka i banalnoœæ zwyk³ych zjazdów by³a z³amana; oto ktoœ mówi³ prosto z duszy, w p³omiennych, nieznanych tej sali akcentach i wita³ ten najm³odszy z narodów imieniem najstarszego na œwiecie, bo siêgaj¹cego a¿ Wedyjskich czasów – Zakonu Sanjasinów. Wiwekananda mówi³ o Hinduizmie jako religii najstaro¿ytniejszej i najszerszej – niemal macierzy wszystkich innych – która od wieków g³osi³a bezwzglêdn¹ tolerancjê i wszechogarniaj¹c¹ szerokoœæ filozofii. Mówi³ krótko, ale z moc¹ i ogniem. I porwa³ s³uchaczy. W przeci¹gu godziny sta³ siê s³awny”.

„Byli tam przedstawiciele niemal wszystkich religij œwiata; obok Kardyna³a Gibsona i delegatów niemal wszystkich od³amów Chrzeœcijañstwa, by³ i wys³aniec Buddystów cejloñskich, byli te¿ hindusi delegaci ró¿nych sekt, jak Brahmo-Samad¿ (do której nale¿a³ Rabindranat Tagore), i Arja-Samad¿ najbardziej wspó³czesnego zreformowanego Hinduizmu, byli i D¿aini, ale nikt nie uderzy³ w ton tak wielki, wszechogarniaj¹cej powagi i jednoœci wszystkich ludzi i wszystkich religij. Wiwekanada zacytowa³ dwa, mo¿e najcharakterystyczniejsze dla Hinduizmu urywki:

„Jak strumienie wyp³ywaj¹ce z ró¿nych górskich Ÿróde³ ³¹cz¹ swe wody gdy do morza wpadaj¹, tak ró¿nymi, o Panie, s¹ drogi jakimi ludzie zd¹¿aj¹ ku Tobie, dziêki swym odrêbnym sk³onnoœciom; choæ pozornie s¹ one sprzeczne – jedne zdaj¹ siê proste, inne krzywe lub okólne – przecie wszystkie w koñcu do Cienie prowadz¹”.

Oraz: „Kto jak¹kolwiek drog¹ zd¹¿a ku Mnie i w jakiejkolwiek wielbi Mnie postaci, Ja mu Sam wychodzê naprzeciw. Wszyscy ludzie, na jakiejkolwiek znajduj¹ siê drodze w istocie ku Mnie zd¹¿aj¹”.

Ta uniwersalnoœæ, wszechogarniaj¹ce rozumienie cz³owieka jako takiego, bez ¿adnych ró¿nic narodowoœci, wyznañ, ras, uderzy³a przedewszystkim s³uchaczy. „Jeden jest cel do którego œwiadomie czy nieœwiadomie d¹¿y ka¿dy cz³owiek, jedna jest Prawda do której pod ró¿nym k¹tem mo¿e siê zbli¿aæ; jedna najwy¿sza Œwiat³oœæ – czy j¹ nazw¹ ludzie Chrystusem, Kriszn¹ czy Buddh¹ – jedno dla wszystkich nieskoñczone ¯ycie; oto nauka Wedanty”, mówi³ Wiwekananda.

„Religia przysz³oœci znajdzie odpowiedni¹ naukê zarówno dla typów najprymitywniejszych, ma³o ró¿ni¹cych siê od zwierz¹t, jak i dla najwy¿szych, geniuszów rozumu i serca, wznosz¹cych siê ju¿ ponad szczyty ludzkoœci, jak Himalaje wznosz¹ siê ju¿ ponad szczyty Indii. Nie bêdzie w niej miejsca na przeœladowania ani nawracania na swoj¹ wiarê, bo w ka¿dym cz³owieku potrafi dojrzeæ ducha, który siê trudzi i zmaga w swej ¿mudnej drodze ku objawieniu w pe³ni swej utajonej boskoœci. Celem tej religii przysz³oœci bêdzie dopomaganie w ewolucji ka¿dej istocie tam, gdzie siê znajduje”.

„Uka¿emy ludzkoœci tak¹ wszechogarniaj¹c¹ religiê a porwie siê ku niej; hindus nie bêdzie w niej nak³aniany do zostania chrzeœcijaninem, a mahometanin – buddyst¹. Ka¿dy pozostaj¹c wierny specjalnej, „jedynej” odrêbnej indywidualnoœci swego wyznania, uzna t¹ jedn¹ Prawdê Œwiat³oœci najwy¿szej, której one wszystkie s¹ promieniami; ka¿dy id¹c za prawem w³asnego wewnêtrznego duchowego wzrostu, potrafi uszanowaæ odrêbn¹ drogê ka¿dego innego cz³owieka”.

„Ten kongres który jest jakoby Parlamentem wielu religij” mówi³ dalej, „wykaza³ ponad wszelk¹ w¹tpliwoœæ ¿e dobroæ, mi³osierdzie, wielkodusznoœæ, brak egoizmu, czyli bezinteresownoœæ, nie s¹ wy³¹czn¹ w³asnoœci¹ ¿adnej religii; ¿e ka¿da z istniej¹cych wyda³a ludzi o najszlachetniejszych charakterach, najbardziej wznios³ych d¹¿eniach; a wobec tej oczywistej prawdy, któ¿ mo¿e dziœ marzyæ o wywy¿szeniu swojej religii ponad wszystkie inne? Ciasnota podobnego fanatyzmu tylko litoœæ mo¿e dziœ budziæ. Wierzê ¿e wkrótce ka¿da religia wypisze na swym sztandarze: „Nie walka, a Pomoc i Wspó³dzia³anie”, „Pokój i Harmonia wszystkich, a nie podzia³y i odszczepieñstwa”.

Nie dziw ¿e wra¿enie tych s³ów by³o na s³uchaczach olbrzymie; by³y one zwrócone nie tylko do zgromadzonych delegatów, a ponad ich g³owami do ca³ego ludu Ameryki. I ten je us³ysza³. Prasa przez wiele dni powtarza³a je z uznaniem i podziwem; jeden z najwiêkszych dzienników „The New York Herald” nazwa³ Wiwekanandê wieszczem i prorokiem, bezsprzecznie najwiêksz¹ postaci¹ na kongresie, i doda³: „Po wys³uchaniu Wiwekanandy musimy przyznaæ i¿ posy³anie naszych misjonarzy do Indii jest bezsensem”.

W tych s³owach wyra¿a siê donios³oœæ zadania Wiwekanandy w Ameryce, bowiem nie tylko on sta³ siê s³awny, ale i kraj który przedstawia³, budz¹c dla Indii szacunek i sympatiê, a dla jej najwy¿szej filozofii g³êbsze zainteresowanie.

Mo¿na bez przesady powiedzieæ ¿e by³o to pierwsze wejœcie Indii na teren miêdzynarodowy jako narodu równego i wielkiego – choæ podówczas tylko moraln¹ wielkoœci¹. I w³aœnie ten czynnik „pierwszyzna”, pionierstwa, zarówno w swoim kraju jak i wœród rodziny wielkich a sk³óconych narodów, i...ras œwiata, gdzie supremacja rasy bia³ej by³a aksjomatem, to pierwsze obalenie, choæby na chwilê, tego fatalnego przes¹du – stanowi najwiêksz¹ chwa³ê Wiwekanandy i najwiêksze zwyciêstwo jego ¿ycia. Drugim by³o wniesienie zupe³nie nowych idej w prastary Zakon Sanjasinów, odnawiaj¹c go i uwspó³czeœniaj¹c przez w³asne g³êbokie, gor¹ce uczucia i nowy stosunek do cz³owieka.

Trzeba pamiêtaæ ¿e Wiwekananda od wczesnej m³odoœci – 14-stu lat – praktykowa³ samorzutnie Jogê i mia³ w niej nawet osi¹gniêcia; a potem gdy spotka³ Ramakrisznê i odwróci³ siê ca³kiem od œwieckiego ¿ycia, odda³ siê z zapa³em i wytrwa³oœci¹ coraz trudniejszym æwiczeniom Jogi i nie porzuci³ ich do koñca ¿ycia; ale t¹ Jogê rozszerzy³, obejmuj¹c ni¹ nowe dziedziny, dot¹d uwa¿ane niemal za œwieckie – s³u¿enie ubogim, cierpi¹cym, pracy oœwiatowej i spo³ecznej. By³ i w tym pionierem i nowatorem.

Tote¿ Zakon Ramakriszny za³o¿ony za natchnieniem i impulsem Wiwekanandy, bêd¹c z jednej strony przedstawicielem klasycznej Jogi hinduskiej odznacza siê nowym tonem s³u¿enia i pracy spo³ecznej dot¹d w Indii w religijnych zrzeszeniach nie znanej. Rozrzucone dziœ po ca³ej Indii Aszramy s¹ nietylko Zakonami w dawnym, staro¿ytnym znaczeniu (kontemplacji i œcis³ej Jogi) ale i oœrodkami energicznego i sprawnego s³u¿enia. Szpitale, przychodnie, zak³ady dla œlepych, oœwiata na wsi, wyk³ady i odczyty dla inteligencji, zw³aszcza m³odzie¿y studiuj¹cej, wydawnictwa nowych t³umaczeñ prastarych religijnych i filozoficznych ksi¹g z nowoczesnymi komentarzami, po za œcis³¹ regu³¹ zakonn¹ i obowi¹zuj¹cymi æwiczeniami Jogi -

oto prace Zakonu Ramakriszny. Gdziekolwiek zdarza siê w Indii jakaœ katastrofa ¿ywio³owa – powódŸ, po¿ar, trzêsienie ziemi czy posucha i g³ód, tam nigdy nie brak mnichów tego Zakonu czynnej mi³oœci nios¹cych pomoc szybko, energiczni i sprawnie.

Zakon Ramakriszny zajmuje siê specjalnie m³odzie¿¹ staraj¹c siê przeciwstawiaæ (z dobrym skutkiem) wp³ywom europejskiego materializmu i modzie powierzchownego naœladownictwa Zachodu. W swych wyk³adach i kursach ³¹czy wiedzê wspó³czesn¹ z indyjsk¹ religijnoœci¹ filozoficzn¹; wyznaj¹c zasadê: „ma³o wiedzy od Boga oddala, wielka, szeroka wiedza do Boga zbli¿a”.

Zakon Ramakriszny odgrywa dziœ niezaprzeczalnie du¿¹ rolê w ¿yciu Indii; ale na tym nie poprzestaje, - jak nie poprzestawa³ na budzeniu swych ziomków

Wiwekananda – ma swe Aszramy w wielu krajach Europy i Ameryki, g³osi tam w przystêpnych i jasnych wyk³adach filozofiê Wedanty i pomaga chêtnym w ³atwiejszych praktykach Jogi, a niektórych wprowadza w g³êbsze jej arkana.

Nale¿y stwierdziæ ¿e dzie³o Wiwekanandy nietylko nie zamar³o i nie zwiodcza³o, ale do dziœ têtni wci¹¿ nowym ¿yciem, rozwija siê, umacnia, i z roku na rok rozszerza, zarówno w swoich naukowo filozoficznych i religijnych pracach, jak w spo³ecznych i charytatywnych. Wiêc i w tej dziedzinie posiew ¿ycia Wiwekanandy wyda³ obfity i nowy plon, a praca pionierska, i w Indii jedyna, bogate wyda³a owoce. 

 



Urodzi³ siê Wiwekananda w styczniu 1863 roku, w Kalkucie, w znanej z kultury i uczonoœci bengalskiej rodzinie – Datta'ów, a nosi³ imiê Narendra.

Zarówno ogromne umys³owe zdolnoœci jak religijnoœæ, sk³onnoœæ do Jogi zdawa³ siê dziedziczyæ, bo dziadek jego w dwudziestym pi¹tym roku ¿ycia, zaraz po urodzeniu syna, - co jest uwa¿ane w Hinduizmie za religijny i spo³eczny obowi¹zek, - porzuci³ rodzinê i zosta³ Sanjasinem. Ojciec Narendry by³ znanym w Kalkucie prawnikiem, nietylko wysoce oczytanym w swoich jêzykach – bengali, sanskryt, hindi – ale w perskim i angielskim; czytywa³ w nich najtrudniejsze dzie³a i nieraz zachêca³ do nauki jêzyków syna, z którym, ju¿ w jego ch³opiêcych latach prowadzi³ d³ugie i powa¿ne rozmowy, pasjonuj¹ce Narendrê, który od wczesnego dzieciñstwa zdradza³ niepospolite zdolnoœci, pamiêæ i nienasycon¹ ciekawoœæ. Tak ojciec jak i matka Narendry – kobieta jak na owe czasy inteligentna, a pe³na dostojeñstwa i pogody – byli znani ze swej dobroci i wielkodusznoœci, nie umieli odmawiaæ proœb¹ zarówno znajomych i przyjació³ jak ubogich i wêdrowców, dom ich nie zamyka³ siê przed nikim – nie zwa¿ano na ró¿nice kast, czy wyznañ – i ka¿dy wychodzi³ zeñ obdarowany.

Ojciec Narendry by³ mi³oœnikiem muzyki, mia³ piêkny g³os, od wczesnego dzieciñstwa rozwija³ te same zami³owania w synu, a potem czuwa³ nad jego muzycznym wykszta³ceniem, czemu Wiwekananda zawdziêcza wiele piêknych chwili w ¿yciu Sanjasina i radoœci jak¹ móg³ przekazywaæ swemu wielkiemu Guru – Ramakrisznie.

Matka, umiej¹ca na pamiêæ d³ugie rozdzia³y Ramajany i Mahabharaty recytuj¹c je codziennie, nieœwiadomie pobudza³a wyobraŸniê syna i jego ukochanie rodzimej przesz³oœci. Narendra maj¹c piêæ lat tak siê rozmi³owa³ w postaci bohaterskiego królewicza Ramy, ¿e kupi³ sam na jarmarku, za otrzymane od ojca pieni¹dze, jego ma³y gliniany pos¹¿ek i urz¹dzi³ dlañ w domu, w k¹ciku, ma³¹ kapliczkê, gdzie przynosi³ codziennie kwiaty i œpiewa³ znane ludowe pieœni ku jego czci. „Bawi³ siê” ju¿ wówczas w medytacje, naœladuj¹c ojca i matkê i zdarza³o siê ¿e „zabawa” zmienia³a siê w prawdziwe modlitewne skupienie, a¿ do zupe³nego zapomnienia o wszystkim co go otacza³o.

Narendra ju¿ wówczas specjalnie lubi³ wêdrownych mnichów i Sanjasinów; gdy który stan¹³ u progu bieg³ do matki prosz¹c by mu da³a posi³ek i sam im us³ugiwa³; albo wynosi³ im z kuchni wszystko co znalaz³ najlepszego.

Oczywiœcie nie by³ ³atwy w rodzinie; o niewyczerpanych pomys³ach psot i figli, lubi³ przedrzeŸniaæ siostry, a przewodziæ kolegom. Oddano go do przedszkola gdy mia³ 6 lat, ale nie potrafi³ nagi¹æ siê do jego dyscypliny, ani usiedzieæ spokojnie, a uczy³ siê dziesiêciokrotnie szybciej ani¿eli inni ch³opcy, ale od nich przejmowa³ wiele nieparlamentarnych s³ów, co przera¿a³o matkê, i wkrótce musiano go zabraæ do domu, gdzie mu dano dobrego nauczyciela, na czym oczywiœcie jego rozwój tylko zyska³. By³ ¿ywy i psotny, o kipi¹cej i wybuchowej energii, nie umia³ usiedzieæ na miejscu, wi¹¿ wymyœla³ nowe zabawy i nowe figle; lubi³ p³ataæ domownikom niestworzone psoty, a nigdy nie mogli mu daæ rady bo by³ szybki i mia³ niewyczerpany zasób pomys³ów; w ogóle trudno by³o daæ z nim rady. Zdawa³ siê mieæ jednego wroga – monotoniê. Pamiêæ mia³ niepospolit¹. Maj¹c siedem lat umia³ ca³¹ trudn¹ sanskryck¹ gramatykê na pamiêæ, jak i swe ulubione rozdzia³y Ramajany. Urz¹dza³ z kolegami przedstawienia, a sam gra³ zawsze role królów i wodzów, oddaj¹c siê ca³¹ dusz¹ swej roli, wogóle ka¿dej rzeczy któr¹ robi³ oddawa³ siê ca³kowicie.

Pos³ano go wkrótce do specjalnej, tylko co otwartej w czysto hinduskim duchu, szko³y, gdzie odrazu poznano jego wybitne zdolnoœci; wystarczy³o mu us³yszeæ wyk³ad nauczyciela aby go zapamiêtaæ, ksi¹¿ek niemal nigdy nie bra³ do rêki.

Namiêtnoœci¹ jego by³y sporty; w domu jednego z przyjació³ uczy³ siê fechtunku, walki rêcznej laskami - „lati” - wzi¹³ nawet nagrodê w szkolnych zapasach. Silny, rozhukany, weso³y, dowcipny, ¿ywy jak iskra a pe³en najdzikszych pomys³ów by³ ulubieñcem wszystkich starych i m³odych, bogatych i ubogich.

Maj¹c 14 lat musia³ zaniechaæ studiów szkolnych gdy¿ rodzice przenieœli siê do ma³ego miasteczka w Indii œrodkowej, gdzie nie by³o angielskiej szko³y, wiêc ojciec sam zaj¹³ siê dalsz¹ jego edukacj¹, co by³o oczywiœcie œwietne dla jego rozwoju. Zw³aszcza przys³uchiwanie siê, a czasem nawet branie udzia³u w d³ugich dyskusjach jakie prowadzili z ojcem jego œwiatli i wykszta³ceni przyjaciele, czêsto odwiedzaj¹cy ich dom. Ch³opak rozwija³ siê nies³ychanie szybko, ale te¿ wzrasta³a jego duma i zarozumia³oœæ, ku wielkiemu zmartwieniu ojca; umia³ wybuchn¹æ gniewem i oburzeniem jeœli ktoœ niedostatecznie ocenia³ jego inteligencjê, lub nie oddawa³ sprawiedliwoœci jego zdolnoœciom.

Po dwóch latach powrócono do Kalkuty. Przyjêcie do tej samej szko³y, po dwu letniej nieobecnoœci nie by³o rzecz¹ ³atw¹, ale w uznaniu dla jego zdolnoœci zrobiono wyj¹tek; a Narendra zaci¹³ siê, pogr¹¿y³ siê po uszy w nauce, w rok przeszed³ kurs trzech, i zda³ egzamin do Koled¿u. Tu równie¿ zwróci³ odrazu uwagê nauczycieli i kolegów. Prze³o¿ony W. W. Hastie, powiedzia³ raz o nim: „Znam ca³y œwiat, przemierzy³em go wzd³u¿ i wszerz, ale nigdy jeszcze nie spotka³em ch³opca takich zdolnoœci i talentów, i o tak wielkich mo¿liwoœciach. Nie przejdzie on niezauwa¿ony przez ¿ycie, wywrze na pewno wp³yw na wspó³czesnoœæ”.

Narendra nie ogranicza³ siê do wyk³adów w Koled¿u, studiowa³ teraz namiêtnie, id¹c tylko czasem za wskazówkami ojca. Studiowa³ logikê i filozofiê zachodni¹ – indusk¹ zna³ ju¿ dobrze, - historiê Indii i ró¿nych krajów Europy. Ka¿dej rzeczy któr¹ robi³ oddawa³ siê bez reszty, czy to nauce czy zabawie, sportom czy medytacji. Lubi³ towarzystwo, gry, zabawy, ruch, œmiech, by³ dowcipny a¿ do z³oœliwoœci, a weso³oœæ jego porywa³a wszystkich; tote¿ by³ wszêdzie lubiany, ze wszystkimi s¹siadami ¿y³ w przyjaŸni nie przestrzegaj¹c ¿adnych kastowych ograniczeñ, by³ tak samo serdeczny z uczonymi przyjació³i ojca, jak z najbiedniejszymi tragarzami, a nawet ¿ebrakami swojej dzielnicy.

Choæ rzuca³ siê we wszystkie zabawy ówczesnej „z³otej m³odzie¿y” uniwersyteckiej, i dzieli³ z ni¹ „szaleñstwa m³odoœci”, nie potyka³ siê wszag¿e nigdy o sex; sam mówi³ w wiele lat póŸniej ¿e widaæ sk³onnoœæ do ascezy g³êboko tkwi³a w jego naturze, jeœli pokusy sexu nie by³y dlañ nigdy groŸne. Mo¿e i pamiêæ matki, która czystoœæ duszy i cia³a uwa¿a³a za jedn¹ z najwa¿niejszych cnót – s³u¿y³a mu za puklerz.

Drug¹ wrodzon¹ jego cnot¹, prócz odwagi i si³y, by³a rzetelnoœæ i prawdomównoœæ, nigdy nie skala³ siê fa³szem ani najdrobniejszym k³amstwem. Pozornie rozbawiony, ¿ywy, p³ochy m³odzieniec mia³ w sobie rzadkie cechy ca³kowitoœci i wewnêtrznej powagi, pogardy dla wszelkiej s³aboœci, nieugaszonego pragnienia dotarcia do Ÿród³a wszelkich rzeczy i zjawisk.

Uczucia religijne trwa³y w nim dot¹d nienaruszone, ale wkrótce, pod wp³ywem studiów filozofii zachodniej i zapoznania siê ze zdobyczami nauk przyrodniczych, jego naiwna ch³opiêca wiara zaczyna³a siê chwiaæ, a¿ rozpêta³a siê w nim burza zw¹tpieñ, pytañ i buntu; prawdziwy prze³om intelektualny. Dla jego gor¹cej, ¿arliwej uczuciowoœci i potrzeby religijnej czci by³a to tortura; bo jednoczeœnie zrodzi³a siê przemo¿na chêæ udowodnieñ rozumowych, potwierdzeñ intelektem tego, ku czemu siê serce sk³ania³o. By³y chwile gdy zdawa³o mu siê ¿e tylko rozum mo¿e rozwi¹zaæ zagadkê ¿ycia i odkryæ prawdê. Zag³êbia³ siê w dzie³a Hume'a , Spencer'a, J. St. Mill'a, i coraz gwa³towniejsze w¹tpliwoœci zrywa³y siê w nim jak huragany, a¿ zmieni³y siê w zupe³ny filozoficzny sceptycyzm, niemal cynizm.

Ale mo¿e tym silniej odezwa³a siê jego wrodzona religijna têsknota, namiêtny, tak bardzo typowo hinduski g³ód Prawdy, Boga, Rzeczywistego. Rozdarty sprzecznoœciami, miotamy wichrem najœmielszych myœli, nie znajdowa³ chwili spokoju i pocz¹³ namiêtnie szukaæ czegoœ jeszcze innego ani¿eli w tych filozofiach zachodnich znajdowa³.

W owym czasie wp³yw przywódcy nowego religijnego ruchu Brahmo Samad¿ – Keszaba Czandra Sena rozchodzi³ siê w Kalkucie szeroko i wa¿y³ wiele w ¿yciu m³odej inteligencji bengalskiej. Naredra równie¿ zainteresowa³ siê jego wyk³adami i artyku³ami, a nawet zosta³ cz³onkiem zrzeszenia. Protestowa³o ono przeciwko niektórym zwyczajom ortodoksalnego Hinduizmu, nie uznawano wielo¿eñstwa, ani te¿ koniecznoœci Guru dla wewnêtrznego rozwoju, nie uznawano nauki o Awatarach, odrzucano obrazy i pos¹gi nazywaj¹c to balwochwalstwem; g³osi³o œcis³y monoteizm, koniecznoœæ reform socjalnych, jak zniesienie systemu kast, uniezale¿nienie kobiet, szersze dla nich wykszta³cenie, itd. Nie dziw ¿e porywa³o to m³odzie¿ i wzbudza³o zapa³ wœród inteligencji ca³ego Bengalu. I Narendra uleg³ temu wp³ywowi. Za³o¿enia Brahmo Samad¿ odpowiada³y wielu jego w³asnym pogl¹dom – nie znosi³ kast, chcia³ wykszta³cenia dla kobiet itd. sta³ siê wiêc gor¹cym wyznawc¹ nowego ruchu, i przez pewien czas widzia³ w nim niemal idealn¹ organizacjê, która mo¿e rozwi¹zaæ wszystkie spo³eczne zagadnienia, a mo¿e i pomóc w indywidualnych problemach. Atmosfera zebrañ, modlitwy i dyskusji, odpowiada³a mu, na... pewien czas. Ale wkrótce têsknota do Niepojêtego i Niewyra¿alnego odezwa³a siê ze zdwojon¹ si³¹. Czy zbli¿y³ siê do Tego przez recytacjê Wed, które same s¹ jeno usi³owaniem uchwycenia tego, co jest Nieuchwytne?

W swoim g³odzie Prawdy zwraca³ siê do niejednego ze s³awnych podówczas ludzi, jak np. ojca Rabindranata Tagore, który bêd¹c jednym z przywódców Brahmo Samad¿ mia³ opiniê wielkiego Guru – i w swej gor¹cej niecierpliwoœci wewnêtrznej wybuchn¹³ raz niespodziewanym pytaniem: „Panie, czyœ spotka³, czyœ widzia³ kiedy Boga?”

Dostojny, arystokratyczny filozof nie nawyk³y do emocjonalnych namiêtnych wybuchów – zdumia³ siê i nie uwa¿a³ za mo¿liwe coœ na to odpowiedzieæ. A Narendra w swej ¿ywio³owej têsknocie (tylko znaj¹c hindusk¹, zw³aszcza bengalsk¹ naturê, mo¿na to zrozumieæ) szuka³ innych luminarzy ówczesnej najwy¿szej sfery kulturalnego Bengalu, by im to samo w ró¿nych formach zadawaæ pytanie, w swym niepokoju, w zw¹tpieniu w Hinduizm, w rozpaczliwym rozdarciu wewnêtrznym...

A o cztery mile od Kalkuty przebywa³ cz³owiek cichy i ma³o znany imieniem Szri Ramakriszna, którego ¿ycie by³o jedn¹ ekstaz¹ duchowej szczêœliwoœci najwy¿szego rzêdu. Los jego by³ antytez¹ losu Narendry. Pochodzi³ z ubogiej bramiñskiej ortodoksyjnej rodziny, z ma³ej wioski bengalskiej, dok¹d nie przeniknê³a jeszcze ani odrobina cywilizacji zachodniej; nie posiada³ prawie ¿adnego œwieckiego wykszta³cenia, a pe³ni³ od wczesnej m³odoœci obowi¹zki kap³ana (Pud¿ari – tj. odprawiaj¹cy Pud¿e) w œwi¹tyni Bogini Kali, w Dakszineszwar ko³o Kalkuty. Tam, dziêki swej najgorêtszej Bhakti, dziêki prostocie i szczeroœci swej intensywnej Sadany – poczu³ niebawem ¿yw¹ obecnoœæ Bogini, która mu siê sta³a wkrótce bli¿sz¹, realniejsz¹ i bardziej umi³owan¹ ni¿ wszystko na ziemi, nawet Guru.

W swej dalszej Sadanie przeszed³ praktyki wszystkich szkó³ Jogi hinduskiej, a nawet dyscypliny i metody medytacji ró¿nych zakonów chrzeœcijañskich i mistyków muzu³mañskich – Sufich. I stwierdzi³ ¿e odkry³ w³asnym doœwiadczeniem najoczywistsz¹ prawdê ¿e wszystkie religie wskazuj¹ cz³owiekowi ten sam cel, a niejednokrotnie takich samych u¿ywaj¹ metod.

Narendra s³ysza³ raz imiê Ramakriszny od kierownika swego Koled¿u, pana Hastie, który wyk³adaj¹c literaturê angielsk¹ zatrzyma³ siê na Wordsworcie i dla wyjaœnienia swym s³uchaczom ekstazy wewnêtrznej o której mówi poeta, da³ przyk³ad Ramakriszny, zachêcaj¹c uczniów aby sami go odwiedzili i przekonali siê ¿e takie stany ekstatyczne i dziœ istniej¹. Narendrê to zainteresowa³o, przypomnia³ sobie ¿e spotka³ ju¿ raz Ramakrisznê w domu przyjació³, gdzie mia³ œpiewaæ, to te¿ zrodzi³a siê w nim chêæ przyjrzenia siê temu œwiêtemu z bliska.

Ramakriszna, nawet dla tych ludzi Zachodu którzy znaj¹ Indiê, ale nie wniknêli w specyfikê Bhakti Bengalu, czy nie odtworzyli jej niejako w sobie, bêdzie zupe³nie niezrozumia³y, jak i poprzednik jego, s³ynny œredniowieczny œwiêty Czajtania, który zawa¿y³ na ca³ej historii religijnej Indii i stworzy³ zupe³nie nowy podówczas kierunek. Przy braku ¿yczliwoœci a wyostrzonym krytycyzmie, tak on jak i Ramakriszna mog¹ byæ uwa¿ani za neuropatów. Wprawdzie mamy nieco podobnych œwiêtych i w katolicyzmie, ale – podkreœlam nieco, bo o ile wiem w mej bardzo niedoskona³ej znajomoœci przedmiotu – do takich granic zapamiêtania siê w ekstazach i zatracenia zwyk³ej œwiadomoœci w stanie Samadhi (zachwycenia) chyba nie dochodzi³ nikt.

Gdy siê czyta ksi¹¿kê o Ramakrisznie Romain Rolland'a, który choæ sam nigdy nie by³ w Indii ale poœwiêci³ swemu przedmiotowi

dobrych parê lat gruntownych studiów, oœwietlonych osobistymi rozmowami z nie jednym uczniem i nastêpc¹ Ramakriszny, - ogarnia nas raz po raz nieprzeparte zdumienie, jak przed jakimœ najrzadszym i trudnym do pojêcia zjawiskiem. Ale ka¿demu kto siê interesuje postaci¹ Wiwekanandy – a w tym 1963, jubileuszowym roku, takich na ca³ym œwiecie, a wiêc i w Polsce bêdzie zapewne nie ma³o – nale¿y radziæ alby t¹ ksi¹¿kê Romain Rolland'a przeczyta³, bowiem tylko zapoznanie siê z postaci¹ Ramakriszny mo¿e u³atwiæ zrozumienie roli jak¹ w ¿yciu Wiwekanandy odegra³ i wp³ywu jaki wywar³ na jego charakter.

Narendranat po us³yszeniu zachêty do odwiedzenia œwiêtego z ust takiego europejskiego autorytetu jakim by³ profesor Hastie, postanowi³ wybraæ siê do Dakszineszwaru i zadaæ i temu œwiêtemu mê¿owi to samo pytanie – czy posiada bezpoœrednie doznanie i wiedzenie Boga.

Uda³ siê do ustronia w którym, przy œwi¹tyni Bogini Kali, mieszka³ Ramakriszna, w gronie kolegów-przyjació³; by³ pogr¹¿ony w myœlach, zaniedbany w stroju, skupiony i niepewny. Ramakriszna spojrzawszy nañ pozna³ od razu stan duszy tego m³odzieñca, jak póŸniej sam opowiada³ zdziwi³ siê ¿e wœród wielkomiejskich uciech i p³ycizny, tak skupiona i jakby wpatrzona w g³¹b istota mog³a siê uchowaæ. Poprosi³ Narendrê aby zaœpiewa³ parê starych bengalskich pieœni; a tyle by³o w tym œpiewie przejêcia siê, uczucia i strzelistej Bhakti, ¿e niemal odrazu popad³ w stan zachwycienia.

Gdy zeñ powróci³ do zwyk³ej œwiadomoœci skin¹³ na Narendrê i wyszed³ z nim do drugiej izby, gdzie zwyk³ by³ dawaæ bardziej intymne nauki poszczególnym swym uczniom. A gdy zosta³ z nim sam na sam, rozp³aka³ siê serdecznie, mówi¹c i¿ to ³zy wielkiej radoœci i szczêœcia, bo oto odnajdywa³ najbli¿szego, a przez wiele lat utraconego przyjaciela.

Pocz¹³ opowiadaæ i¿ od dawna Narendry oczekiwa³, i¿ nu¿¹ go zwyk³e pytania i powierzchowna religijnoœæ odwiedzaj¹cych, ¿e wie i¿ w nim znajdzie najdro¿szego towarzysza, zdolnego poj¹æ najg³êbsze mistyczne prze¿ycia i pogr¹¿yæ siê w nie samemu, bowiem przysz³oœæ jaka go czeka jest wspania³a, a duchowe osi¹gniêcia, s³awa i wp³yw na ludzi bêd¹ niezwyk³e.

Narendra os³upia³. Zda³o mu siê na razie ¿e ma do czynienia z cz³owiekiem niespe³na rozumu; a gdy powróci³ do wspólnej izby pocz¹³ bacznie œledziæ ka¿dy ruch, ka¿de s³owo tego zadziwiaj¹cego cz³owieka. Ale nie móg³ dostrzec nic nienormalnego; Ramakriszna mówi³ spokojnie choæ gor¹co o ¿yciu duchowym, o stanach zjednoczenia z Bogiem, które ka¿dy kto tego pragnie mo¿e osi¹gn¹æ; a tyle by³o prostoty i szczeroœci w jego s³owach ¿e niesposób im by³o nie wierzyæ. Wreszcie doda³ znamienne dla Narendry s³owa jakby odpowiadaj¹c na jego namiêtne pytania: „Mo¿na osi¹gn¹æ doznanie i najg³êbsze prze¿ycie Boga. Mo¿na go widzieæ, mo¿na doñ mówiæ, tak prosto jak ja do was mówiê w tej chwili. Ale... gdzie¿ s¹ ludzie którym by o to naprawdê chodzi³o?” I tych s³ów nie móg³ Narandra poddaæ w w¹tpliwoœæ, tyle w nich by³o spokojnego a przecie gor¹cego przekonania. Ale jak pogodziæ œwiadectwo niezaprzeczalnego wewnêtrznego doznania, z dziwacznym, jeszcze przed chwil¹, zachowaniem siê œwiêtego?

Wraca³ pe³en œcieraj¹cych siê myœli i chaosu pojêæ do Kalkuty. Czy to fanatyczny maniak, czy jakiœ dziwny œwiêty, rozum nie móg³ znaleŸæ ¿adnego wartoœciowania. Jedno by³o pewne ¿e czu³ w obecnoœci tego cz³owieka nieznan¹ radoœæ.

Po miesi¹cu przypomnia³ sobie przyrzeczenie dane Ramakrisznie i znów pojecha³ go odwiedziæ, nie spodziewaj¹c siê wcale ¿e go czeka jeszcze dziwniejsze doœwiadczenie.

Ramakriszna przyj¹³ go nadzwyczaj serdecznie i przywo³a³ ku sobie, prosz¹c by usiad³ przy nim na tapczanie, a sam pogr¹¿y³ siê w g³êbokie skupienie; gdy, nie wychodz¹c zeñ, dotkn¹³ ramienia Narendry ten straci³ nagle œwiadomoœæ zewnêtrznego œwiata. Przytoczymy jego w³asne s³owa gdy o tym zdarzeniu póŸniej opowiada³: „Owo dotkniêcie Ramakriszny zbudzi³o we mnie zupe³nie nieznany mi rodzaj œwiadomoœci. Mia³em oczy otwarte i oto ujrza³em nagle jak œciany pokoju i wszystko wokó³ poczê³o szybko wirowaæ, a¿ zniknê³o zupe³nie sprzed mych oczu, a ca³y œwiat wraz z m¹ osob¹ zdawa³ siê pogr¹¿aæ w jak¹œ niepojêt¹, wszechogarniaj¹c¹ Pró¿niê! Przeszy³ mnie nieopisany lêk, zda³o mi siê ¿e stajê wobec œmierci... I nie mog¹c opanowaæ przera¿enia krzykn¹³em: „Co ze mn¹ czynisz, panie? wszak rodziców mam w domu!” Ramakriszna rozeœmia³ siê g³oœno, poczym po³o¿y³ rêkê na mojej piersi, mówi¹c: „No dobrze odpocznijmy teraz. Wszystko przyjdzie w swoim czasie”. Najdziwniejsze wyda³o mi siê to, ¿e ledwie wymówi³ te s³owa a mój niezwyk³y stan znikn¹³, widzia³em normalnie, by³em taki sam jak wpierw i wszystko woko³o by³o jak poprzednio”.

Zdarzenie to zrani³o dumê, dotknê³o ambicje Narendry; nie móg³ pogodziæ siê z faktem ¿e samo czyjeœ dotkniêcie mo¿e zupe³nie zmieniæ nasz wewnêtrzny stan i sprowadziæ nieoczekiwane i wcale nie przywo³ywane prze¿ycie. Co to mog³o byæ pyta³ siebie z niepokojem, sugestia? Hipnotyzm? Ale te przecie mog¹ dzia³aæ tylko na s³abe umys³y i nieopanowane nerwy, a wszak uwa¿a³ siebie za cz³owieka silnego i niezale¿nego i by³ z tego dumny, czy¿ ma siê przekonaæ teraz ¿e jest odwrotnie? Nie, ten cz³owiek nie mo¿e byæ niespe³na rozumu, jak mu siê na pocz¹tku zdawa³o, lecz kim¿e w takim razie jest? Same zagadki. Analityczny, trzeŸwy umys³ Narendry nie móg³ siê z tym pogodziæ, zosta³ tam g³êboko upokorzony w³aœnie gdy s¹dzi³ ¿e ju¿ umie oceniaæ fakty i zjawiska od ich prawdziwej strony, a nie tylko z pozorów. Sta³ siê ostro¿ny, nie chcia³ za ¿adn¹ cenê powtórzenia tego doznania, ale jednoczeœnie interesowa³a go i nieodparcie poci¹ga³a postaæ Ramakriszny – by³ tak bajecznie prosty, tak dzieciêco szczery i bezpoœredni! I Narendra nie móg³ siê oprzeæ przemo¿nej chêci zobaczenia go znów. Po tygodniu stan¹³ raz jeszcze w jego Aszramie.

Ale i tym razem nie uda³o mu siê oprzeæ przedziwnemu wp³ywowi œwiêtego, pomimo ostro¿noœci a nawet zdecydowanie obronnej wewnêtrznej postawy. Ramakriszna wzi¹³ go ze sob¹ do ogrodu, gdzie po chwili popad³ w ekstatyczn¹ medytacjê. I teraz gdy w tym stanie dotkn¹³ Narendry, ten pomimo oporu, straci³ natychmiast wszelk¹ zewnêtrzn¹ œwiadomoœæ i popad³ w dziwny, nieznany mu stan; jak d³ugo w nim trwa³ nie mia³ pojêcia, gdy siê ockn¹³ poczu³ i¿ Ramakriszna jak za pierwszym razem, trzyma rêkê na jego piersi.

Nie wiedzia³ zupe³nie co zasz³o podczas tej utraty zewnêtrznej œwiadomoœci. Ramakriszna opowiada³ póŸniej ¿e ods³oni³ mu siê wówczas ca³y wewnêtrzny œwiat Narendry (a i on sam pogr¹¿y³ siê weñ g³êboko), co potwierdzi³o mu niezbicie jego odczucia.

To drugie niezaprzeczalne doznanie przekona³o Narendrê ostatecznie ¿e Ramakriszna nie mo¿e byæ maniakiem ani niezrównowa¿onym nerwowcem, ¿e moc która przezeñ dzia³a, choæ dlañ niezrozumia³a, jest przecie bezsprzecznie ogromna i chyba dobroczynna. I uczucie g³êbokiego szacunku zamieni³o uprzedni¹ podejrzliwoœæ.

Ale wrodzona niezale¿noœæ myœli, jak i wp³ywy Brahmo Samad¿, które nie uznawa³o potrzeby Guru dla wewnêtrznego i okultystycznego rozwoju cz³owieka, nie pozwala³y mu uznaæ Ramakriszny za takiego dla siebie. Nie pojmowa³ jak mo¿e cz³owiek, choæby bardzo wielki, staæ siê nieomylnym i zawsze pos³uszeñstwa godnym kierownikiem. Tote¿ przez d³u¿szy czas ka¿de s³owo Ramakriszny poddawa³ krytycznemu badaniu, próbie w³asnych doœwiadczeñ, wyczuæ i rozumu.

Zdobywa³a go mi³oœæ Ramakriszny, a by³a istotnie niezwyk³a i wzruszaj¹ca. Choæ Narendra przyje¿d¿a³ teraz jak móg³ najczêœciej, gdy nieco d³u¿ej nie pokazywa³ siê w Aszramie œwiêty, niczym mi³uj¹ca matka, poczyna³ têskniæ do jego obecnoœci, do jego pieœni, w których najprawdziwiej wyra¿a³a siê dusza m³odego cz³owieka. A radoœæ z jego przybycia by³a nieraz podobna do szczêœcia i nierzadko unosi³a œwiêtego w stan zachwycienia.

Ramakriszna widzia³ ukryte mo¿liwoœci Narendry, jego, ach jeszcze utajon¹, wielkoœæ, widzia³ i¿ jest bliski wyzwolenia, i¿ ma za sob¹ najwy¿sze osi¹gniêcia w Jodze. Nieraz Narendra protestowa³, twierdz¹c ¿e to mi³oœæ tak zaœlepia œwiêtego ¿e widzi w nim same nadzwyczajnoœci. Bo Narendra choæ ju¿ g³êboko pokocha³ tego dziwnego cz³owieka, nie przestawa³ siê z nim mocowaæ, niemal walczyæ. Nie wierzy³ w Guru, ani w symbole i wizerunki, nie rozumia³ i nie przyjmowa³ duchowego monizmu. By³ uparty i do przekonia trudny, nieraz biedny Ramakriszna nie umiej¹c czegoœ dostatecznie jasno dla Narendry udowodniæ, mówi³ niemal w rozpaczy: „jeœli nie wierzysz mym s³owom pocó¿ do mnie przychodzisz?” A odpowiedŸ brzmia³a niezmiennie: „Bo ciebie kocham; ale to nie znaczy ¿e mam przyjmowaæ bezkrytycznie ka¿de twe s³owo bez poddania go badaniu mego w³asnego rozumu”.

Narendra by³ jednym ze wszystkich uczniów i odwiedzaj¹cych Ramakrisznê, który œmia³ czasem poddawaæ w w¹tpliwoœæ nawet stan jego najwy¿szego duchowego wyzwolenia i najg³êbszych wewnêtrznych doœwiadczeñ; tak i¿ œwiêty nieraz udawa³ siê do œwi¹tyni by w najgorêtszej modlitwie szukaæ oœwiecenia jak przemówiæ do tego buntowniczego, nieokie³znanego intelektu swego ucznia. Istotnie Narendra by³ jako p³omieñ niezale¿ny, ale i jak ogieñ czysty.

Nie jest ³atwo opisaæ , a raczej oddaæ atmosferê wzajemnego stosunku Ramakriszny i Narendry, zw³aszcza dla europejskiego czytelnika nie maj¹cego pojêcia czym wogóle mo¿e byæ w Indii stosunek wzajemny Guru i ucznia, a czym by³ ten indywidualny w szczególnoœci. Kto by chcia³ nieco wiêcej dowiedzieæ siê o tym – o guru i uczniu – niech przeczyta moj¹ przedmowê do I tomu Antologii Indyjskiej „Hinduska Bhakti”.

Jest to jedna z najg³êbszych i najdziwniejszych stron Hinduizmu. Jedne z moich przyjació³, profesor matematyki, o wysokim wykszta³ceniu i równie krytycznym i niezale¿nym umyœle jak Narendra, mówi³ mi ¿e nawet znaj¹c wiele rodzajów prawdziwej, g³êbokiej mi³oœci, trudno jest cz³owiekowi który sam tego nie prze¿y³ wyobraziæ czym mo¿e byæ dla nas hindusa Guru; wszystkie najwy¿sze, najpiêkniejsze uczucia, a skala jest ich niezmiernie bogata, zdaj¹ siê ³¹czyæ w tym jednym, Guru staje siê dla ucznia „wszystkim” - jest mu najbli¿szym przyjacielem, przed którym nie mog¹ istnieæ ¿adne tajemnice, jest ojcem duchowym, a raczej matk¹, bo jak ona „nosi go w swym sercu”; a nawet uczucie twardych i surowych z natury nauczycieli, dla swych najbli¿szych uczniów ma przedziwn¹ i wzruszaj¹c¹, choæ rzadko tak wyraŸn¹ jak to czyni³ Ramakriszna – tkliwoœæ; jest i „umi³owan¹”; to siê mo¿e wydaæ czytelnikowi naci¹gniête, i mnie zda³o siê dziwne gdym po raz pierwszy te s³owa us³ysza³a, a¿ nim sama nie przekona³a siê o ich prawdziwoœci; bowiem tak wielk¹ jest intensywnoœæ oddania i „zakochania”, (na Boga proszê nie s¹dziæ ¿e jest w tym choæby cieñ tego, co siê tym s³owem zazwyczaj okreœla) ¿e zbli¿a siê to istotnie do najwiêkszych znanych mi³oœci. Wiek, czar czy „powab” tego, który staje siê dla duszy „umi³owanym”, nie gra roli; czasem s¹ to starcy dla m³odzieñców, - jak Ramakriszna dla Wiwekanandy – lub odwrotnie m³odzieñcy dla podesz³ych wiekiem, o wiele bardziej wykszta³conych, szanowanych i w œwieckim otoczeniu s³awnych ludzi; czasem znów niewiasty, zazwyczaj nie m³ode, itd* I dziœ nie jest to rzadkoœci¹, a czeœæ z jak¹ by³y i obecny Prezydent Indii sk³ania³ siê przed Szri Ramana Mahariszi, oraz wielu znanych i politycznych dzia³aczy przed Szri Arubindo czy Swami Ramdasem – albo Matk¹ Aszramy, czy wielk¹ œwiêt¹ Po³udnia Ramabai, lub Ananda Mayi w Bangaresie, to samo wyra¿a.*

Jeœli w mistycyzmie Indii – i nie tylko Indii zreszt¹ – ¿arliw¹ Bhakti dla Najwy¿szego (w jakiejkolwiek Jego postaci) porównuje siê tak czêsto do najwy¿szej i p³omiennej mi³oœci „zakochanych”, to tylko dlatego ¿e od wieków nie usz³o uwagi i doznañ tych „bo¿ych szaleñców” ¿e te górne uczucia maj¹ tyle ze sob¹ wspólnego ¿e s¹ z jednej niejako rodziny; bowiem ka¿da wielka mi³oœæ jest wy³omem na nieskoñczonoœæ, jest œwiadomym lub nieœwiadomym poznaniem prawdy Boga-Ducha w cz³owieku. Wszak Gita mówi: „To Ducha mi³ujesz w twej matce i bracie, w umi³owanej i przyjacielu” (cytujê nie dos³ownie). On jest obecny wszêdzie, wiêc wszelka prawdziwa mi³oœæ tylko Jego od-krywa; a ze wszystkich mi³oœci ukochanie Guru najbardziej.

W Jodze hinduskiej mówi siê wyraŸnie i dobitnie ¿e „Guru dla ucznia jest bezpoœrednim przedstawicielem i wys³annikiem Boga”, ¿e Jego ma w nim czciæ i Jemu byæ pos³uszny; i do dziœ dnia jest to przestrzegane.

O ile mog³am, przez wiele lat spêdzonych w Indii, sprawdziæ, to pos³uszeñstwo nie jest nigdy nadu¿ywane Mog¹ byæ Guru o bardzo ró¿nym poziomie, nieraz jeszcze nieco prymitywnym, a nauki jakie daj¹ swym uczniom zmieniaj¹ siê równie¿, od zwyk³ych nabo¿nych rad – modlitwy, „ró¿añca”, ofiar itd., do najwy¿szych wiêc najtrudniejszych æwiczeñ Jogi, opanowania i kierowania myœl¹, u¿ywania jej œwiadomie jak i woli swej i wszelkich w³adz i zdolnoœci, których rozwój Guru przez swój umiejêtny, a bardzo trudny wp³yw i przepisany trening, mo¿e znacznie przyspieszyæ. Skala poziomów zarówno Guru jak i uczniów jest olbrzymia, ale powtórzê o ile dane mi by³o obserwowaæ i badaæ, ¿aden, nawet najprymitywniejszy nie nadu¿ywa swej mocy w stosunku do ucznia, choæ mo¿e nieraz chwaliæ siê swymi nadzwyczajnymi darami i potêgami wobec t³umu czy zainteresowanych osób, jeszcze nie wci¹gniêtych w orbitê uczniostwa, ale ju¿ to samo wskazuje na jego nie wysoki poziom. S¹dzê ¿e tradycja od wieków istniej¹ca, która mówi ¿e jest to dziedzina tak œwiêta, ¿e wszelki nadu¿ycie w niej sprowadza najfatalniejsze karmiczne skutki, w tym czy w nastêpnym ¿yciu – powstrzymuje do dziœ ludzi którzy na jakimkolwiek poziomie mog¹ i chc¹ byæ Guru dla innych.

Jeden z moich czytelników spyta³ mnie czy w stosunku ucznia do Guru nie ma nic wspólnego z pojêciem i uczniem jakie w katolicyzmie miewano dla „ojca duchowego”, zazwyczaj spowiednika; odpowiem: w¹tpiê! bo tam by³o zawsze œlepe pos³uszeñstwo, a nie d¹¿enie do ca³kowitego zharmonizowania swego œwiata z o wiele wy¿szym œwiatem Guru, czyli przyœpieszenia rytmu wibracji ca³ej swej psychiki a¿ siê coraz bardziej zbli¿y do rytmu ¿ycia Guru; przytym stosunek ten by³ zawsze jednostronny; trudno te¿ sobie wyobraziæ taki krytycyzm i niezale¿noœæ s¹dów jak¹ mia³ np. Wiwekananda w stosunku katolickim do „duchowego kierownika”, jak i szczeroœæ Ramakriszny z uczniem. Wiêc z jednej strony najg³êbsza mi³oœæ i czeœæ i oddanie, z drugiej niczym nie skrêpowany w³asny s¹d i swobodne badanie, trzeŸwoœæ przy naj¿arliwszej Bhakti, oto niektóre z ró¿ni¹cych cech, oto niektóre z ró¿ni¹cych cech. I jeszcze jedno; tradycyjne powiedzenie hinduskie: „Guru staje siê dla nas bezpoœrednim przedstawicielem, czy nawet objawicielem Tego, co jest najwy¿sze, bezgraniczne, nieskoñczone”. Mo¿na by powiedzieæ i¿ Guru otwiera przed dusz¹ nieznane wymiary, nieprzeczuwane wy¿yny, nigdy bez jego „pomocy” (która mo¿e polegaæ tylko na samej jego obecnoœci) nie poznawalne g³êbie Bhakti.

Nale¿y zaznaczyæ ¿e nie we wszystkich szko³ach, raczej liniach, Jogi hinduskiej tak samo siê ona zaznacza; droga Wajsznawicka jest bardziej do katolickiej podobna, zaœ na Szajwickiej, bior¹c ogólnie, przewa¿a niezale¿noœæ i szerokoœæ myœli; ale trzeba to mówiæ ostro¿nie, bo i na niej mamy naj¿arliwsz¹ Bhakti, doœæ wspomnieæ Szri Ramana Mahariszi (którego zna polski czytelnik z paru wydañ Biblioteki Polsko-Indyjskiej) którego Hymny do Arunaczali s¹ najg³êbszym wyrazem.

Jednak w stosunku Ramakriszny jako Guru do Wiwekanandy jako ucznia (Czela lub Sziszja) by³y tony nowe, cechy indywidualne bardzo odbiegaj¹ce od zazwyczaj w tym stosunku spotykanych; by³o w nim o wiele wiêcej „równoœci”, tj. traktowania m³odego, buntowniczego swego ucznia, jako przyjaciela, bo powiedzia³ mu najg³êbsze tajniki swego wewnêtrznego, religijnego i jogowego ¿ycia; a niezale¿noœæ myœli i krytycyzm Narendry nie tylko ceni³, ale sam go œwiadomie zasila³, bacz¹c tylko aby nie przybra³ beztwórczych, destrukcyjnych form. Zaœ owa szczeroœæ i prostota, o tyle pod ka¿dym wzglêdem starszego odeñ Joga, i traktowanie go jakby niemal równego sobie przyjaciela, najbardziej zdobywa³a serce Wiwekanandy, a szacunek dla jego niezale¿noœci budzi³y w nim najwy¿sz¹ dla Ramakriszny czeœæ.

I oto w chwili gdy wchodzi³ ju¿ g³êboko w Jogê i marzy³ o jej szczytach, niespodziewany cios uderzy³ ca³¹ rodzinê – ojciec, jedyny opiekun utrzymuj¹cy ca³¹ gromadkê, umar³ na serce. Teraz dopiero okaza³o siê ¿e ¿yli nad stan, ¿e zbyt wiele rozdawali, pomagaj¹c ka¿demu kto siê zg³asza³, i nagle znaleŸli siê prawie w nêdzy, a wierzyciele grozili wyrzuceniem ich nawet z rodzinnego domu. A dalsi krewni, którzy doœwiadczyli pomocy i us³ug bez liku ojca Narendry, zachowywali siê obecnie jak wrogowie. Narendra by³ najstarszym w rodzinie, na niego spad³ obowi¹zek utrzymania jej i wypl¹tania z trudnoœci, zapewniaj¹c rodzeñstwu dalsze wykszta³cenie. Zda³ w³aœnie egzamin w Koled¿u, zacz¹³ studiowaæ prawo i móg³ ju¿ zarabiaæ.

I oto zmieni³o siê ca³e zewnêtrzne ¿ycie Narendry; nawyk³y jeœli nie do zbytku to w ka¿dym razie do wygodnego ¿ycia, bez troski o jutro, sta³ siê nagle wraz z ca³¹ rodzin¹ ubogim, nie rzadko bywa³ na granicy nêdzy, nieraz bez obiadu szed³ do uniwersytetu.

By³ to zreszt¹ okres nietylko zewnêtrznych ciosów i prób. Przekonywa³ siê teraz czym jest zwyk³a przyjaŸñ ludzka, ile w niej fa³szu, interesownoœci, chêci wyzysku; niemal wszyscy dawni przyjaciele rodziny odwrócili siê, a jego koledzy i towarzysze zobojêtnieli i och³odli; nikt siê teraz nie zachwyca³ jego zdolnoœciami czy inteligencj¹, nikt nie okazywa³ wiary w jego wybitnoœæ; ¿yczliwoœæ i przyjaŸñ jakby nagle zblad³y i zwietrza³y. I Narendra patrz¹c na to wszystko tym samym krytycznym okiem, pozna³ odrazu u³omnoœæ nie tylko czysto materialnych dostatków, ale i zwyk³ych uczuæ ludzkich, ich p³ytkoœæ, interesownoœæ, bezwartoœciowoœæ. Zwróci³ siê teraz dusz¹ do jedynego prawdziwego przyjaciela – do Ramakriszny. W wiele lat póŸniej mówi³: „Ramakriszna by³ jedynym cz³owiekiem który od chwili gdy mnie spotka³ wierzy³ we mnie równo i niezachwnianie; tak, by³ jedynym, nawet matka, to niezmienne zaufanie i mi³oœæ zwi¹za³y mnie z nim na zawsze. Zdoby³ mnie do g³êbi. S¹dzê ¿e on jeden umia³ prawdziwie kochaæ cz³owieka”.

By³ to okres zasadniczej wewnêtrznej przemiany; Narendra odwraca³ siê ju¿ definitywnie od wszystkiego co zwyk³e i œwieckie, ogarnia³ go niepodzielnie typowo hinduski „g³ód Boga”. Tote¿ studia prawnicze i ca³e ¿ycie uniwersyteckie stawa³y siê uci¹¿liw¹ mordêg¹. Marzy³ o ¿yciu Sanjasina, o odrzuceniu wszystkich wiêzów, o poœwiêceniu czasu, wysi³ku, ¿arliwoœci d¹¿enia jedynemu godnemu celowi – duchowemu wyzwoleniu. Atmosfera domu by³a równie trudna do zniesienia jak koled¿u; tote¿ ka¿d¹ woln¹ chwilê stara³ siê spêdziæ z Ramakriszn¹, który widz¹c na wskroœ stany wewnêtrzne Narendry, rzetelnoœæ jego pragnieñ, szczeroœæ i g³êbie têsknoty, pocz¹³ uczyæ go ju¿ inaczej, coraz trudniejszych æwiczeñ Jogi i stosowania jej w ¿yciu codziennym, wyrabia³ intuicjê przez nieraz ogólne, urwane, zdawa³oby siê nieznaczne s³owa, zdania czy wykrzykniki. Damy jeden charakterystyczny przyk³ad. Mówiono raz o podstawach Wajsznawizmu, Ramakriszna odezwa³ siê, ¿e wedle Czajtanii trzy s¹ jego za³o¿enia które poleca³ praktykowaæ swym wyznawcom: „umi³owanie imienia Bo¿ego i jak najczêstsze jego powtarzanie, wspó³czucie dla wszelkiej istoty ¿yj¹cej i wreszcie s³u¿enie, zw³aszcza Bhaktom Pana, Sanjasinom i wyznawcom Wajsznawizmu”. I zaraz po tych s³owach popad³ w stan najwy¿szego skupienia (Samadhi). Po chwili, jakby na pó³ siê zeñ budz¹c, rzek³ do siebie cicho, doœæ jednak g³oœno by najbli¿ej siedz¹cy mogli jego s³owa us³yszeæ. „Wspó³czucie... czucie wespó³ z ka¿dym ¿ywym stworzeniem...? a czym¿e tyœ sam cz³owieku? Czy¿ nie jesteœ jako ten robak ziemny, jako istota mizerna, najmniejsza? jak¿e mo¿esz ty, z innymi wspó³czuæ? Nie, niemo¿liwe! To raczej s³u¿enie, ca³kowite, pokorne, gor¹ce, s³u¿enie cz³owiekowi – jako Bogu ¿ywemu – jest zadaniem twej duszy”.

S³owa te zrobi³y na Narendrê zgo³a nieoczekiwane wra¿enie. By³ do g³êbi wstrz¹œniêty. Wychodz¹c z izby rzek³ do towarzyszy: „Ile¿ œwiat³a tai siê w tym przedziwnych s³owach Mistrza! Jak bajecznie pogodzi³ idea³ Bhakti z m¹droœci¹ Wedanty! Rozumiem teraz, ¿e mo¿na ¿yæ wyrzeczeniem i ascez¹ Sanjasina nie koniecznie uciekaj¹c od ludzi w puszczê, ¿e mo¿na pozostaæ wœród nich, a nawet w domu i w rodzinie wprowadziæ w to pozorne szare i codzienne ¿ycie zrozumienie najwy¿szej prawdy, ¿e tylko Bóg istnieje, to On, tylko On, we wszystkim siê przejawia, On wszechstwór ze Siebie wy³oni³, wszechobecny jest, a zarazem niedosiêgalny i wszystkoœæ przewy¿szaj¹cy. To On przejawia siê w ka¿dym którego kochamy, a zarazem jest w bezmiarze, w bezkresie, nieobjêty i niepoznawalny. A gdy odkryjemy Go w cz³owieku, znika wszelki egoizm, po prostu nie ma nañ miejsca; nie da siê ju¿ nikomu zazdroœciæ, ani nad nikim „litowaæ siê”. S³u¿enie cz³owiekowi, pamiêtaj¹c wci¹¿, ¿e jest on od Boga objawieniem, przemienia nasze serca do g³êbi a¿ poczujemy

siê sami ¿yw¹ cz¹stk¹ najwy¿szego Istnienia, co jest – Sat-Czit-Ananda – Byt-Œwiadomoœæ-Szczêœcie. Teraz wierzê i¿ jeœli to z wol¹ najwy¿sz¹ jest zgodne, danym mi bêdzie g³osiæ t¹ wielk¹ prawdê wszêdzie i ka¿demu, tak aby siê sta³a zrozumia³a i bliska wszystkim, bogatym i biednym, rozumnym i g³upim, braminom i harid¿anom”.

S³owa te by³y wieszcze, Narendra, póŸniejszy Swami Wiwekananda, prawdê on¹ w parê lat póŸniej pocz¹³ g³osiæ szeroko w niejednej czêœci œwiata.

Wkrótce Ramakriszna zaniemóg. Wiedzia³ dobrze, ¿e koniec tego ¿ywota siê zbli¿a i tym bardziej pocz¹³ siê staraæ przekazywaæ doœæ licznej ju¿ teraz grupie swych m³odych uczniów, wszystko co byli w stanie przyswoiæ z jego wielkich doœwiadczeñ. Rozdmuchiwa³ iskrê najwy¿szej têsknoty, zasila³ wiarê ¿e teraz, wkrótce, mo¿e siê ona wype³niæ, ¿e Prawdê najwy¿sz¹ mog¹ poznaæ ju¿ teraz. Porywa³o to najbardziej Narendrê. Ciosy domowe wzmog³y jego wra¿liwoœæ, otwar³y niejako jakieœ wewnêtrzne zmys³y, tote¿ ch³on¹³ przyk³ad ¿ycia i s³owa Ramakriszny ca³ym sob¹. Przeniknê³y one do samego dna jego istoty i pozosta³y tam na zawsze.

Ramakriszna zamieszka³ teraz w wielkim ogrodzie Kassipore, otoczony m³odymi uczniami, którzy na pewien czas porzucili dom i naukê aby móc pielêgnowaæ Mistrza, którego stan pogarsza³ siê z dniem ka¿dym, i s³u¿yæ mu wszelk¹ mo¿liw¹ pomoc¹. By³a to inicjatywa Narendry, uwa¿a³, ¿e nie powinni uroniæ ani jednego s³owa z nauk Mistrza, ¿e ¿aden obowi¹zek nie jest wa¿niejszy i œwiêtszy nad czuwanie przy odchodz¹cym œwiêtym. Sam spêdza³ ka¿d¹ woln¹ chwilê przy nim, zagrzewa³ i skupia³ wszystkich m³odych; muzyka, œpiew, religijne i filozoficzne dyskusje, wg³êbianie siê w praktyczny sens nauk Ramakriszny, wype³nia³y im czas. A samego Narendrê przenika³a coraz ¿ywsza, bardziej gor¹ca têsknota do jedynej bezwzglêdnej Prawdy. Robi³ zadziwiaj¹ce postêpy w medytacjach, zdobywa³ pierwsze osobiste, ju¿ nie podlegaj¹ce ¿adnym w¹tpliwoœciom doœwiadczenia wewnêtrzne. Ramakriszna go wprowadzi³ ju¿ w ró¿ne systemy i drogi duchowych jogowych praktyk, nie kry³ ju¿ przed nim ¿e go naznaczy kierownikiem, ca³ej otaczaj¹cej go grupy m³odych, którzy p³on¹ tym samym co on pragnieniem Sanjasy; wkrótce te¿ nada³ im œwiêcenia zakonne, ku nieopisanej radoœci Narendry i jego kolegów.

Niemal przed samym odejœciem Ramakriszna uzna³, ¿e wolno ju¿ spe³niæ najtajniejsze pragnienie Narendry – zanurzenie siê w absolutny Byt, ponad myœl¹ i zwyk³¹ œwiadomoœci¹ cz³owieka. D³ugo siê waha³, s¹dz¹c, ¿e to olbrzymie doznanie mo¿e tak poch³on¹æ Narendrê, ¿e zechce odt¹d prowadziæ tylko kontemplacyjne ¿ycie; ale si³a têsknoty, g³êbia uczuæ a zarazem œwiadomoœæ koniecznoœci pracy wœród ludzi by³y w uczniu tak silne, ¿e dopomóg³ mu jak mówi³ „odsun¹æ zas³onê dziel¹c¹ absolutn¹ Prawdê bytu od ograniczonego zmys³ami i umys³em ludzkiego istnienia”. By³o to chyba najwy¿sze prze¿ycie Narendry, zwane w nauce Jogi Nirwikalpa Samadhi. Ale Ramakriszna nie pozwoli³, jeœli mo¿na siê tak wyraziæ, uczniowi pozostaæ d³u¿ej w tym wysokim stanie œwiadomoœci; zbyt wiele wa¿nych zadañ wymagaj¹cych praktycznego czynu oczekiwa³o Narendrê. Na trzy czy cztery dni przed sw¹ œmierci¹ przywo³a³ go i powierzy³ mu z najwy¿sz¹ powag¹ ca³¹ pracê któr¹ widzia³ wyraŸnie swymi oczami dalekowidza.

Od tej chwili zaczyna siê nowy okres w ¿yciu Narendry; czuje z przemo¿n¹ si³¹ swój obowi¹zek i powo³anie. Zgarnia zgnêbionych i na chwilê straconych uczniów, zagrzewa swym entuzjazmem i oddaniem, nie dopuszcza by który wróci³ do domu, do zwyk³ego ¿ycia, i wszyscy pozostaj¹ w Baranagore gdzie spêdzi³ ostatnie dni nieod¿a³owany Mistrz. Zak³adaj¹ tam pierwszy Zakon i klasztor Ramakriszny, zwi¹zuj¹ siê najg³êbszym braterstwem pod natchnieniem Narendry, a wkrótce sk³adaj¹ i formalne œluby – ubóstwa, celibatu, pos³uszeñstwa Guru, podobnie do œlubów klasztorów Katolickich, zmieniaj¹ te¿ imiona. By³ to piêkny okres w ¿yciu Narendry; sta³ siê dusz¹ tej pierwszej, p³on¹cej zapa³em m³odzieñczej grupy poœwiêcaj¹cej wszystko dla Prawdy. G³êbokie studia indyjskiej i europejskiej filozofii i œwiêtych ksi¹g, d³ugie nocne czuwania na modlitwie i najcichszych skupieniach, umartwiania i medytacje wype³nia³y im czas. Wygód nie by³o ¿adnych, nêdzny uzebrany posi³ek zaledwie wystarcza³, ale to nie gasi³o, a raczej odwrotnie rozpala³o ich ¿arliwoœæ. A w³aœciwym ich przewodnikiem by³ teraz Narendra.


Sanjasin Wêdrowny

Tak przesz³y dwa lata na pracy samokszta³cenia, ofiary, wyrzeczeñ i trudnych dla Narendry kierowniczych obowi¹zków.

Ale ju¿ nied³ugo po odejœciu Mistrza zbudzi³a siê w nim przemo¿na têsknota by odejœæ od wszystkiego, by znaleŸæ siê sam na sam z majestatem przyrody, by nie mieæ nic prócz pielgrzymiego kija i zawini¹tka ze zmian¹ sanjasowej odzie¿y, by wêdrowaæ z miejsca na miejsce wprost przed siebie, gdzie oczy ponios¹, nie wiedz¹c co bêdzie jutro, gdzie siê noc spêdzi, co do ust w³o¿y... Do tego tradycyjnego ¿ycia wêdrownego Sanjasina, który nie zatrzymuje siê nigdzie d³u¿ej nad trzy dni, który jest goœciem ka¿dego domostwa, jednego dnia z najubo¿szym pariasem spo¿ywa nêdzn¹ garstkê nieomaszczonego ry¿u, a drugiego na srebrnych misach podane potrawy na wspania³ych biesiadach z mo¿nymi tego œwiata, z Maharad¿ami i ksi¹¿êtami; a trzeciego wêdruj¹c w g³odzie, bo... nie czêsto wyci¹ga rêkê z miseczk¹ ¿ebracz¹, a czasem bywa, ¿e i odwróc¹ siê odeñ ludzie, nie hindusi, lub niewierz¹cy, bo i tacy bywaj¹...

Pragn¹c rzuciæ siê w nieznane, w to ¿ycie codzieñ inne, samotne, nieoczekiwane, pod stropem gwiaŸdzistym u stóp œnie¿ystych gór, a nieraz i het na wy¿ynach przy œwi¹tyni Badrinatu, - najwy¿ej na œwiecie po³o¿onym chramie... Waha³ siê d³ugo; jak¿e móg³ pozostawiæ sw¹ gromadkê, opuœciæ braci zakonników, tak jeszcze m³odych i niedoœwiadczonych...

A¿ przysz³a nag³a decyzja. Poczu³, ¿e musi porzuciæ klasztor, poddaæ próbie w³asne si³y jak i samodzielnoœæ m³odych braci, dobyæ z g³êbi nieustraszon¹ odwagê, rozszerzyæ niejako duszê by obj¹æ ca³y kraj, niezmierne bogactwo jego wspania³ej przyrody i niezmiern¹ biedê ludu o gor¹cych sercach i wielkich têsknotach. Nikogo nie uprzedzaj¹c opuszcza Kalkutê i rozpoczyna sw¹ d³ug¹, historyczn¹ wêdrówkê. Jak¿e pragn¹³ rzuciæ siê w niezbadane g³êbie Himalajów i tu wœród nieskalanej przyrody, a z pomoc¹ najsurowszej dyscypliny myœlowej i wewnêtrznej koncentracji zdobyæ duchow¹ moc która mu pozwoli wype³niæ olbrzymie zadanie powierzone przez Mistrza. Jeden z braci który tylko co wróci³ z Tybetu, gdzie przeszed³ niezwyk³e doœwiadczenia, idzie z nim. Po drodze w Benaresie Narendra mówi do przyjaciela, s³awnego sanskrytologa: „Odchodzê w góry, nie wrócê zanim, nie zdobêdê mocy by rzuciæ siê na nasze spo³eczeñstwo jak lawina, by zmusiæ je by posz³o za mn¹...!”

Wspania³e widoki dzikich strumieni i wodospadów, dziewiczych lasów, nietkniêtych stop¹ ludzk¹ œniegów i jarz¹cych siê o zachodzie, het na szczytach lodowców, przepe³nia³y go zachwytem, a kryszta³owe, rzeŸwe powietrze górskie i niezm¹cona cisza budzi³y najg³êbsz¹ wewnêtrzn¹ radoœæ. Po wielu miesi¹cach wœród tej niewymownej himalajskiej Ciszy, schodzi na równiny. I dalej trawa ta d³uga, dwa lata trwaj¹ca wêdrówka po ca³ej ziemi Hindustanu.

Mo¿na powiedzieæ i¿ przeszed³ Indiê wzd³u¿ i wszerz, ¿e pozna³ wszystkie prowincje, ich odrêbnoœci, zwyczaje, tradycje i wspólne im pod³o¿e kultury. Zatrzyma³ siê nieco d³u¿ej na ostatnim krañcu Indii, gdzie trzy morza sp³ywaj¹, gdzie mo¿na widzieæ S³oñce zapadaj¹ce w wody o zachodzie i wynurzaj¹ce siê z nich o wschodzie – na przyl¹dku Komorin, dziœ i zawsze dla hindusów zwanym imieniem dzieciêcej Devi – Kanja Kumari, której œwi¹tynia stoi nad samym brzegiem, niemal w zasiêgu fal.

Tutaj, na samotnej, czarnej skale, która jakby sto¿kowata wyspa wystrzela z morza naprzeciw œwi¹tyni tej dzieciêcej, 8 lat wedle tradycji licz¹cej Bogini (Kumari znaczy dziewicza), oddzielonej od brzegu w¹skim przesmykiem morza który trzeba przep³yn¹æ aby siê na ni¹ dostaæ – Swami godzinami zag³êbia³ siê w rozmyœlania nad losem Indii, jej przeznaczeniem, jej straszn¹ obecn¹ nêdz¹ i poniewierk¹, i szuka³, szuka³ w napiêciu ca³ej istoty drogi do jedynej najg³êbszej prawdy swego narodu. Dwa lata wêdrówki by³y bezpoœrednim poznaniem wszystkich jego cz³onów, odrêbnoœci charakteru, jêzyków, zwyczajów. Dotkn¹³ ¿ycia ludu ca³¹ sw¹ istot¹, wzi¹³ je w duszê; bo gdy po powrocie do Benaresu spotka³ swoich dwóch braci wybuchn¹³ niemal namiêtnymi s³owy: „ Jak¹¿ mêk¹ by³o ujrzeæ w³asnymi oczami potworn¹ nêdzê naszego ludu! Ile¿ razy nie mog³em powstrzymaæ ³ez! Zrozumia³em s³owa Mistrza i¿ ludziom g³odnym nie da siê mówiæ o Bogu”. I po chwili. „Wiecie, ¿e dziœ nie rozumiem tej religii rytua³ów i filozofii tak od ¿ycia dalekiej. Ale jedno mogê stwierdziæ – serce me rozszerzy³o siê tak, i¿ zdaje siê obejmowaæ ca³y ten tak ró¿norodny lud. Tak, nauczy³em siê kochaæ. Wierzcie mi, teraz dopiero wiem co znaczy gor¹co czuæ”!.

A Swami Turijananda do którego zwraca³ te s³owa dodaje: „Cisza zapanowa³a. A ³zy sp³ywa³y po twarzy tego silnego cz³owieka. I mnie przejê³o wzruszenie. Czy¿ nie by³y to te same s³owa jakie ongi wypowiedzia³ Buddha? to samo bezmierne wspó³czucie? Zda³o mi siê, ¿e serce tego Brata zmienia sie w jakiœ wielki tygiel w który sp³ywaj¹ ludzkie cierpienia, by w jego ogniu przemieœciæ siê w moc, i... w balsam, który jest w stanie te cierpienia przetworzyæ Nikt nie mo¿e zrozumieæ Wiwekanandy kto nie dojrza³ nim choæby w b³ysku tych wulkanicznych uczuæ bezosobistego wspó³czucia”.

Istotnie jak wulkan nabrzmia³y tysi¹cznym roztopionym kruszcem stan¹³ Wiwekananda na tym ostatnim w¿ynaj¹cym siê w bezgraniczne morze, krañcu Indii. Tu siê odbywa³a w zupe³nej samotnoœci, przy szumie fal, nie widz¹c przed sob¹ nic prócz bezmiaru, wielka alchemia w duszy i sercu tego genialnego cz³owieka. Szuka³ wyjœcia. Szuka³ drogi przeznaczeñ umi³owanego narodu – który pomimo ró¿norodnoœci cz³onów by³ przecie jednoœci¹. Musia³ znaleŸæ syntezê, odwieczn¹ Dharmê, musia³ zrozumieæ to, co ogarn¹³ sercem. Chcia³ te¿ odkryæ w³asne powo³anie i drogi do jego urzeczywistnienia.

Legenda g³osi, ¿e tu, na tej bazaltowej skale pokaza³a mu siê Dewi, Bogini Indii; podobnie jak na drugim Indii krañcu w Kaszmirze przy ma³ej historycznej œwi¹tynce Khirbawani, gdzie stworzy³ s³ynny wiersz „Pramacierz Kali”, po którym zemdla³ z napiêcia. Legenda nie mówi co objawi³a mu Bogini, ani o co j¹ pyta³.

Ale postanowienie zosta³o wkrótce powziête: „pojadê do Ameryki gdzie wkrótce odbêdzie siê Parlament Religij, poka¿ê œwiatu wielkoœæ naszej filozofii i... zaapelujê o pomoc dla naszego ludu”.

Dalsze dzieje Wiwekanandy s¹ ju¿ bardziej znane; miejsce jego podczas wielkiego zjazdu, wp³yw jaki zdoby³, nauki jakie g³osi³, Aszramy jakie zak³ada³, z dziesi¹tkami a wkrótce niemal setkami uczniów, i jego szeroka, ogromna, po raz pierwszy w nowo¿ytnych czasach „apostolska” dzia³alnoœæ w imiê Hinduizmu. ¯e wprowadzi³ duchowy dorobek Indii na forum miêdzynarodowe, ¿e stan¹³ jako jej pierwszy, historycznie, przedstawiciel na drugiej pó³kuli, ju¿ by³o mówione.

Rezultat tej podró¿y jak i wielu nastêpnych tak do Ameryki jak Anglii, jest znany i ¿ywy do dziœ. Ale czy uda³o mu siê ju¿ wówczas zdobyæ znaczn¹ materialn¹ pomoc? Czy Aszramy które po powrocie do Indii zak³ada³ wraz z ich przychodniami, szpitalami i ca³¹ ogromn¹, a jak ju¿ zaznaczy³am przy religijnych Aszramach

w Indii zupe³nie now¹, charytatywn¹ dzia³alnoœci¹ by³y finansowane przewa¿nie przez jego zamorskich wyznawców? Nie jestem w stanie z ca³¹ œcis³oœci¹ stwierdziæ, zapewne tak. Jednak dopiero teraz jego marzeniu sta³o siê zadoœæ – oto kraje Zachodu pomagaj¹ Indii wydatnie w podniesieniu stopy ¿yciowej, w rozwoju przemys³u i oœwiaty i zewnêtrznych warunków ¿ycia. Czy jego marzenie i usi³owania, uczucia najg³êbsze, gor¹ce, wola i natchnienie – by³y pierwszym posiewem? Nie wiem. Ale mo¿na z ca³¹ pewnoœci¹ twierdziæ, ¿e zapocz¹tkowa³ now¹ epokê, zarówno w historii religii – czynnej i ¿ywej – w swoim kraju, jak i przerzuci³ most pomiêdzy Indi¹ a Zachodem, na kulturze i nieprzemijaj¹cych wartoœciach cz³owieka oparty.

Zwi¹za³ „niebo z ziemi¹”, pradawn¹ Jogê z nowymi jej formami, i... zdaje siê, z rzutem i w przysz³oœæ.

I dlatego jest wielki.

Madras 1962
Wanda Dynowska


Swami Wiwekananda

CZYN I JEGO WP£YW NA CHARAKTER

S³owo Karma pochodzi od Sanskryckiego Kri – dzia³aæ, czyniæ, ka¿dy czyn to Karma; s³owo to oznacza równie¿ skutki czynów; a filozoficznie u¿ywa siê go tak¿e dla oznaczenia skutków sprowadzonych przez nasze czyny w poprzednich ¿ywotach. Ale mówi¹c o Karma-jodze mamy na myœli tylko to pierwsze znaczenie – czyn, dzia³anie, praca. Celem ludzkoœci, wed³ug filozofii Indii, jest zdobycie poznania. Nie radoœæ ani rozkosz, czy przyjemnoœæ s¹ celem cz³owieka, a poznanie; tamte musz¹ mieæ swój koniec, wiêc b³êdem jest myœleæ, ¿e mog¹ byæ celem. S¹dzê, ¿e niesz³usznie, a nawet niem¹dre mniemanie, ¿e szczêœcie jest idea³em do którego musimy d¹¿yæ, jest przyczyn¹ niemal wszystkich nieszczêœæ i nêdzy panuj¹cej na œwiecie. Przychodzi czas gdy cz³owiek przekonywa siê, ¿e poznanie jest celem do którego zd¹¿a, a przyjemnoœæ i przykroœæ, radoœæ i cierpienie s¹ tylko nieocenionymi nauczycielami; poznaje równie¿ wielk¹ prawdê, ¿e tzw. z³o jest równie wa¿nym nauczycielem jak dobro, ¿e z obu mo¿e wyci¹gn¹æ wielk¹ naukê. W miarê jak radoœci i cierpienia przesuwaj¹ siê przez duszê, pozostawiaj¹ po sobie pewne wyraŸne œlady, i obrazy a wypadkow¹ tych wp³ywów i prze¿yæ jest to, co nazywamy natur¹, lub charakterem cz³owieka. Jeœli przyjrzeæ siê charakterowi jakiegokolwiek cz³owieka, widzimy, ¿e jest zespo³em jego sk³onnoœci, tendencji, cech, sum¹ d¹¿noœci ca³ej jego psychiki; badaj¹c dalej przekonamy siê, ¿e cierpienie na równi z radoœci¹ by³o czynnikiem kszta³tuj¹cym jego charakter. Zarówno dobre jak i z³e czyny i zdarzenia urabiaj¹ nasz¹ naturê, a cierpienie jest nieraz lepszym nauczycielem ani¿eli szczêœcie. Œmiem twierdziæ, ¿e badaj¹c charaktery wielkich ludzi jaka wyda³a historia, przekonalibyœmy siê i¿ w wiêkszoœci wypadków ból dawa³ im wiêksze nauki ni¿ szczêœcie, nêdza i ubustwo wiêcej ich uczy³y ni¿ dostatek, a ciosy i przeciwnoœci dobywa³y z ich g³êbi wiêcej wewnêtrznego ognia, ani¿eli pochwa³y, uznanie i chwa³a.

Wiedza jest przyrodzon¹ w³asnoœci¹ cz³owieka; kryje siê w nim samym, w g³êbi jego natury; nie istnieje wiedza która pochodzi³a by tylko z zewn¹trz. Gdy mówimy i¿ cz³owiek coœ "wie", oznacza to, w œcis³ym z punktu psychologi znaczeniu, i¿ "odkry³" to, lub "ods³oni³"; to czego cz³owiek siê "uczy" jest tym co "od-krywa", czyli odsuwa niejako, czy podnosi zakrywaj¹c¹ to zas³onê we w³asnej duszy, która jest skarbnic¹ nieskoñczonej wiedzy i m¹droœci. Mówimy i¿ Newton odkry³ prawo ci¹¿enia; czy tkwi³o ono gdzieœ na stronie, czekaj¹c aby siê mu ukazaæ? Wiedza o tym prawie przebywa³a w jego w³asnej myœli; ujrza³ je gdy nadszed³ odpowiedni po temu czas. Wszelka wiedza od pocz¹tku œwiata istniej¹ca w ludzkoœci pochodzi³a zawsze z umys³u cz³owieka; olbrzymia "biblioteka" zawieraj¹ca wszystk¹ m¹droœæ œwiata ukrywa siê w naszym umyœle. To, co jest poza nami, zewnêtrznoœæ, jest tylko bodŸcem który nas zmusza do zag³êbiania siê w siebie, w umys³ nasz, lub mówi¹c szerzej – psychikê; ale w³aœciwym przedmiotem który badamy jest zawsze nasza w³asne myœlowa natura.

Upadek jab³ka sta³ siê dla Newtona bodŸcem do zag³êbiania siê w siebie i zmusi³ go do przegrupowania wszystkich poprzednich zwi¹zków i ogniw swej mysli; i oto nagle odkry³ nowe ³¹cz¹ce je ogniwo, które nazywamy dziœ prawem ci¹¿enia. Nie tkwi³o to w jab³ku, ani we wnêtrzu Ziemi. Tote¿ twierdzê, ¿e wszelka wiedza, tak œwiecka jak duchowa, ukrywa siê w psychice cz³owieka. Najczêœciej jednak nie ods³ania siê ona jako nag³e odkrycie; jest ca³kiem utajona, przys³oniêta, a gdy siê tej zas³ony powoli uchyla, mówimy, ¿e sie "uczymy"; postêp w wiedzy dokonywa siê przez ten powolny proces "uchylania" zas³on. Cz³owiek w którym ta zas³ona jest œcis³a i ciê¿ka, jest ciemny, nie-wiedz¹cy; w którym zosta³a uchylona czêœciowo, bêdzie siê nazywa³ wykszta³conym, ale ten w którym zosta³a ca³kowicie usuniêta bedzie wszechwiedz¹cy. Tacy ludzie istnieli, wierzê, ¿e pojawi¹ siê i w przysz³oœci; a w odleg³ych cyklach ewolucji bêdzie ich na pewno tysi¹ce. Jak ogieñ jest ukryty w drewnie, (klasyczne porównanie z Upaniszadów, przyp. t³umacza) tak wiedza istnieje w stanie ukrytym w umyœle cz³owieka; bodŸce s¹ jak tarcie dla drewna, wywo³uj¹ j¹ z ukrycia w przejawienie.

Wszystkie nasze czyny i uczucia – ³zy i uœmiechy, radoœci i cierpienia, przekleñstwa i uwielbienia, pochwa³y i nagany, weso³oœæ i smutek – wszystkie, przekonamy siê jeœli spokojnie na siebie spojrzymy, by³y wywo³ane z naszej g³êbi przez bodŸce ciosy i cierpienia. A wypadkow¹ ich wszystkich jest nasza natura, my, tamiki jakimi jesteœmy. Wszystkie te bodŸce i uderzenia razem wziête nosz¹ nazwê Karmy – czynu, akcji, dzia³ania. Ka¿dy fizyczny czy myœlowy bodziec uderzenie dotykaj¹ce duszê, wywo³uj¹ce z jej wnêtrza drzemi¹cy p³omieñ, który odkrywa jej w³asn¹ wiedzê i moc, zwie siê karm¹, u¿ywaj¹c tego s³owa w jego najszerszym, powszechnym znaczeniu. Ale wszyscy nieustannie pe³nimy karmê; oto mówiê do was – jest to karma; a wy s³uchacie – to równie¿ jest karma; oddychamy, chodzimy, pracujemy – to wszystko jest karma. Ka¿da akcja, ka¿dy fizyczny czy myœlowy ruch, to tak¿e karma, a wp³yw jej pozostawia w nas zawsze swój œlad.

Istniej¹ pewne ruchy, czy dzia³ania, które s¹ jakby zespo³em, ogóln¹ sum¹ wielkiej iloœci drobniejszych ruchów; np. Gdy stoimy nad morzem i ws³uchujemy siê w szym fal uderzaj¹cych o brzeg, uwa¿amy to za silny, donoœny g³os; a przecie wiemy, ¿e na jedn¹ du¿¹ falê sk³¹da siê miliony malutkich, i ka¿da z nich wydaje pewien szmer, ale tak lekki, ¿e ³owimy go uchem, a reagujemy dopiero gdy siê ³¹cz¹ i razem wydaj¹ g³oœny szum. Podobnie ka¿de uderzenie serca jest dzia³aniem, prac¹; pewne dzia³ania odczuwamy, s¹ dal nas uchytne; czêsto s¹ to w³aœnie takie zespo³y wielu pomniejszych ruchów. Jeœli chcemy wyrobiæ sobie prawdziwe pojêcie o charakterze jakiegoœ cz³owieka, nie starajmy siê patrzeæ na jakieœ wielkie jego dokonania; nieraz nawet g³upiec potrafi w wyj¹tkowym momencie post¹piæ bohatersko; raczej obserwujemy nazwyklejsze, drobne czyny cz³owieka, te zdradz¹ nieomylnie rodzaj jego natury i objawi¹ jego ma³oœæ lub wielkoœæ. Niezwyk³e zdarzenia i sytuacje mog¹ wywo³aæ nawet z przeciêtnych, mizernych istot ludzkich pewien rodzaj wielkoœci; ale tylko ten jest naprawdê wielki którego charakter w ka¿dej okolicznoœci i na ka¿dym miejscu przejawia wielkoœæ.

Karma – dzia³anie, w swym wp³ywie na naturê cz³owieka jest najpotê¿niejszym czynnikiem z jakim ma on do czynienia. Sam cz³owiek zdaje siê byæ pewnym centrem, oœrodkiem, który przyci¹ga ku sobie z ca³ego otaczaj¹cego œwiata przeró¿ne moce, i w sobie je ³¹czy i niejako stapia, by wys³aæ je jako nowy silny pr¹d nazewn¹trz. Ten centr, ten oœrodek, to cz³owiek istotny; potê¿ny, wszechwiedz¹cy, który ca³y wszechœwiat ku sobie przyci¹ga; dobro i z³o, nêdza, cierpienie i szczêœcie, wszystkie œpiesz¹ ku niemu i skupiaj¹ siê wokó³ niego; a on tworzy z nich wszystkich jakby nowy stop, zespó³ cech, pr¹d d¹¿noœci, zwany charakterem, i rzuca go w otaczaj¹cy œwiat. Jak posiada w³adzê przyci¹gania wszystkiego, tak mo¿e i rzutowaæ ró¿ny rodzaj pr¹dów na zewn¹trz.

Wszelkie czyny jakie widzimy, wszelkie ruchy w spo³eczeñstwie ludzkim, wszelkie prace które nas otaczaj¹, s¹ poprostu wyrazem dzia³ania myœli, przejawem woli cz³owieka. Maszyny i narzêdzia, miasta i okrêty, ³odzie podwodne czy armaty, i najprzeró¿niejsze przedmioty, wszystkie s¹ przejawami woli cz³owieka; a Ÿród³em tej woli jest jego charakter, a charakter jest urabiany przez karmê. Jak¹ bêdzie karma takim bêdzie przejaw woli cz³owieka. Najmocniejsi ludzie jakich wyda³a historia byli wszyscy si³aczami w pracy, w czynie; by³y to wielkie duchy, o woli doœæ potê¿nej by œwiaty poruszyæ, a wolê t¹ wytrwa³¹ prac¹ przez wieki. Olbrzymy ducha, posiadaj¹cy nadludzk¹ wolê, jak Buddha czy Jezus – nie mogli jej rozwin¹c w przeci¹gu jednego ¿ywota, ani odziedziczyæ, wszak wiemy kto by³ ich rodzicami; nie dosz³y do nas wieœci o ¿adnych ich czynach, nie s³yszeliœmy aby cokolwiek mówili lub zdzia³ali dla dobra ludzkoœci. ¯y³o na œwiecie, ¿ycje i dziœ, miliony stolarzy podobnych do œw Józefa; istnia³y te¿ miliony ksi¹¿¹t, panuj¹cych w ró¿nych ksiêstewkach, jak ojciec Buddhy. Jeœli chcieæ twierdziæ, ¿e by³a to tylko dziedzicznoœæ, jak¿e wyt³umaczyæ fakt, ¿e ten ksi¹¿e, którego mo¿e nie s³uchali jego w³asni dworzanie, wyda³ na œwiat syna którego wielbi tak znaczna czêœæ ludzkoœci? A jak wyjaœniæ przepaœæ jaka bez w¹tpienia istnieje pomiêdzy skromnym cieœl¹, a jego Synem, czczonym jako Bóg przez miliony na ca³ej kuli ziemskiej?

Nie, tego zjawiska nie da siê wyt³umaczyæ dziedzicznoœci¹. Sk¹d¿e poczodzi³a, sk¹d wyros³a ta gigantyczna wola któr¹ Chrystus jak i Buddha rzucili w œwiat? Sk¹d siê w nich wziê³o to skupienie potêgi? Musia³a ona drzemaæ w ich g³êbi, rosn¹æ, objawiaj¹c siê coraz wiêcej i wiêcej przez wieki, a¿ wybuch³a olbrzymia, i spad³a lawin¹ na ca³¹ ludzkoœæ, i po dziœ dzieñ toczy jeszcze swój ogromny wp³yw wœród spo³eczeñstw – ta moc Chrystusa i Buddhy.

Rz¹dzi tym karma – dzia³anie, praca. Nikt nie mo¿e nic zyskaæ, nic otrzymaæ, czego nie zrobi, na co nie zas³u¿y; jest to prawo odwieczne; nieraz mo¿emy o tym pow¹tpiewaæ, ale przekonywamy siê z czasem, ¿e na d³ugi dystans to prawo jest powszechne. Cz³owiek mo¿e z najwiêkszym wysi³kiem zdobywaæ przez ca³e ¿ycie maj¹tek, mo¿e po drodze oszukiwaæ i wyzyskiwaæ tysi¹ce ludzi, byle dopi¹æ celu i wzbogaciæ siê; a w koñcu przekonywa siê, ¿e nie zas³u¿y³ na upragniony maj¹tek, i ¿ycie mu siê wydaje puste i zmarnowane. Mo¿emy gromadziæ materialne przedmioty dla zadowolenia swej przyjemnoœci; a przecie tylko to jest naprawdê nasze, co zarobimy sami. G³upiec mo¿e nabywaæ najlepsze ksi¹¿ki œwiata, a¿ wype³ni¹ pó³ki jego biblioteki; ale bêdzie w stanie czytaæ i przyswoiæ sobie tylko to, z nich, na co zas³u¿y³; a owo "zas³u¿enie" jest wyrazem jego czynów, jego pracy. Karma nasza okreœla na co zas³ugujemy i co jesteœmy sobie w stanie przyswoiæ. Sami jesteœmy odpowiedzialni za to, czym dziœ jesteœmy; mamy te¿ moc staæ siê w przysz³oœci tym, czym sami pragniemy. Jeœli to, czym jesteœmy dziœ, stanowi skutek naszych czynów i prac w przesz³oœci, tedy jasne jest i logiczne, ¿e od naszych obecnych czynów zale¿y stworzenie siebie takimi, jakimi chcemy byæ; wiêc wa¿ne jest rozumienie jak nale¿y pracowaæ. Ktoœ mo¿e siê spytaæ: "Czy¿ nie jest bezcelowe uczenie siê pracy? Wszak na ca³ym chyba œwiecie w ten czy w inny sposób pracuje ka¿dy". Tak, ale istnieje te¿ na œwiecie, i to w znacznym stopniu, rozdrabnianie i trwonienie energii. A o Karma Jodze mówi nam Bhagawad Gita, ¿e jest to sprawny, rozumny czyn, praca traktowana "naukowo"; wiedz¹c jak nale¿y dzia³aæ mo¿emy uzyskaæ najlepsze rezultaty. Trzeba pamiêtaæ, ¿e wszelkie dzia³anie jest po to, aby z naszego umys³u wywo³aæ moc, która ju¿ w nim tkwi; aby obudziæ duszê, wraz ze wszystkimi jej przyrodzonymi w³adzami. Moc jak i wiedza ukrywaj¹ siê w stanie potencjalnym w ka¿dym cz³owieku; wszelkie czyny i ka¿da praca to po prostu impulsy i bodŸce które wstrz¹sem budz¹ w nas te potencjalne olbrzymy.

Ludzie maj¹ ró¿ne pobudki sk³aniaj¹ce ich do dzia³ania. Jedni pragn¹ zdobyæ maj¹tek, inni s³awê, jeszcze inni w³adzê i ka¿dy dzia³a i trudzi siê aby osi¹gn¹æ to, o co mu chodzi. S¹ i tacy którzy pragn¹ dostaæ siê do nieba i czyni¹ wszystko co wedle ich mniemania, mo¿e ich tam zaprowadziæ. A inni chc¹ zdobyæ dobre imiê po œmierci, jak np. w Chinach, gdzie nikt nie dostaje tytu³u i nie zdobywa s³awy zanim nie umrze, co mo¿e jest lepsze ni¿ nasze zwyczaje. W Chinach, jeœli ktoœ spe³ni wyj¹tkowo dobry czyn, nie on, a jego nie¿yj¹cy ojciec, lub dziad otrzymuje tytu³ szlachectwa. I niejeden ca³e ¿ycie pracuje dla tego celu. A wyznawcy pewnej mahometañskiej sekty pracuj¹ aby mieæ wspania³y pomnik, czy grobowiec po œmierci. Znam sekty gdzie po urodzeniu dziecka przygotowuje siê dlañ grobowiec; jest to wed³ug nich najwa¿niejsza rzecz dla cz³owieka; uwa¿aj¹, ¿e im wiêkszy i wspanialszy bêdzie grobowiec, tym dla niego lepiej. Inni pracuj¹ z intencj¹ pokuty, czy zadoœæuczynienia; pope³niaj¹ szereg z³ych czynów, a potem wznosz¹ œwi¹tynie, wynagradzaj¹ sowicie kap³anów, aby ich przekupiæ i uzyskaæ „przepustkê” do nieba. S¹dz¹, ¿e taka dobroczynnoœæ oczyœci ich ca³kowicie i dotr¹ tam bezkarnie, bez wzglêdu na wszystkie swe grzechy. Oto s¹ ró¿ne pobudki sk³aniaj¹ce ludzi do czynu i dzia³ania.

Pracujmy w imiê samej pracy. Istniej¹ w ka¿dym narodzie ludzie którzy zaprawdê s¹ sol¹ ziemi, którzy trudz¹ siê i pracuj¹ dla samej pracy, nie dbaj¹c o imiê, o s³awê, czy maj¹tek, a nawet o nagrodê w niebie. Pracuj¹ po prostu bo praca jest s³uszna, jest dobra. Inni znów nios¹ pomoc potrzebuj¹cym, pomagaj¹ ubogim, albo dzia³aj¹ dla dobra ludzkoœci z jeszcze wy¿szych pobudek, bo wierz¹ w wartoœæ dobrych czynów, bo kochaj¹ trud ponoszony dla innych. Praca dla maj¹tku i s³awy rzadko przynosi natychmiastowe rezultaty; osi¹gamy je zazwyczaj na staroœæ, pod koniec ¿ycia. A jeœli cz³owiek pracuje nie maj¹c ¿adnych egoistycznych celów na widoku, czy oznacza to, ¿e nic nie zyskuje? Odwrotnie, zdobywa najwy¿sze. Bezinteresownoœæ w istocie o wiele bardziej „pop³aca”, ale ludzie nie maj¹ cierpliwoœci by to wypróbowaæ. Nawet z punktu zdrowia fizycznego jest ona bardziej „pop³atna”. Mi³oœæ, prawda, dobroæ, bezinteresownoœæ, nie s¹ to tylko górnolotne s³owa, czy piêkne moralne has³a, s¹ one naszym idea³em, bo kryje siê w nich potêga. Przede wszystkim cz³owiek który potrafi pracowaæ przez piêæ dni, ach, nawet piêæ godzin, bez ¿adnej, absolutnie ¿adnej egoistycznej pobudki, bez myœli o przysz³oœci, o nagrodzie czy karze, o ¿adnych skutkach, posiada w sobie si³ê która mo¿e zeñ uczyniæ moralnego olbrzyma. Nie jest to ³atwe; ale w g³êbi serca znamy dobrze wartoœæ tego i dobro jakie sprowadza. Najwiêkszym przejawem mocy jest zdolnoœæ powœci¹gliwoœci, opanowania w³asnej energii; takie skupienie jej w sobie jest przejawieniem wiêkszej mocy ani¿eli wszelkie czyny kierowane ku zewn¹trz. Wóz zaprzê¿ony w cztery konie, mo¿e niemal sam toczyæ siê z góry, albo te¿ woŸnica musi silnie powstrzymaæ konie; có¿ bêdzie przejawem wiêkszej si³y; pozwoliæ by siê wóz toczy³ niemal poci¹gaj¹c konie za sob¹, czy te¿ powstrzymywaæ je wedle w³asnej woli? Kula wystrzelona w powietrze poleci daleko, a¿ gdzieœ upadnie; a inna któr¹ powstrzyma w biegu napotkany mur, w który uderzy, wy³aduje przy tym znaczne ciep³o. Wszelka rzucona ku zewn¹trz, a egoizmem kierowana energia, rozprasza siê i marnuje, bo nie wytwarza ¿adnej powracaj¹cej ku nam mocy; ale jeœli bêdzie bezinteresowna, czyli jakby skupiona w sobie nie rzucaj¹ca siê gwa³townie naprzód, zrodzi moc. To powœci¹ganie i skupianie energii, bêdzie wci¹¿ wzmagaæ wolê, i stworzy silny charakter, a¿ z czasem stanie siê on tak mocny jak by³ charakter Buddhy.

Ludzie powierzchowni i niem¹drzy nie znaj¹ tej tajemnicy, a chcieliby rz¹dziæ œwiatem. Ka¿dy móg³by nim rz¹dziæ kto umia³by pracowaæ i... czekaæ.

Niech pracuje wytrwale przez parê lat, niech opanuje t¹ niem¹dr¹ chêæ rz¹dzenia, a gdy ona ca³kowicie zniknie, cz³owiek ten bêdzie ju¿ du¿¹ si³¹ wœród ludzkoœci. Ale wiêkszoœæ z nas nie patrzy daleko jak na parê lat w przód, podobnie jak niektóre zwierzêta nie widz¹ dalej ni¿ na parê kroków. Œwiat nasz to ma³e, ciasne kó³eczko; nie mamy cierpliwoœci i chêci patrzyæ dalej, ogarniaæ szerzej, i popadamy w egoizm i amoralnoœæ.

Nie nale¿y gardziæ nawet najni¿sz¹ form¹ pracy. Ten, kto nie potrafi jeszcze inaczej niech siê trudzi dla w³asnych egoistycznych celów, niech pracuje dla zysku, uznania, czy s³awy; ale niech ka¿dy siê stara rozumieæ i wy¿sze pobudki, i niech usi³uje wci¹¿ wznosiæ i uszlachetniaæ swoje. Bhagawad Gita mówi: „Masz prawo do dzia³ania i pracy, ale nie do jej owoców”. Zapomnijmy o rezultatach; dlaczego mamy koniecznie o nie siê troszczyæ? Jeœli chcemy komuœ pomóc, nie zastanawiajmy siê jaki bêdzie jego do nas stosunek, nie oczekujmy wdziêcznoœci. Jeœli chcemy spe³niæ jakieœ naprawdê dobre, szlachetne dzie³o, nie troszczmy siê jakie z tego wynikn¹ skutki.

Ujmuj¹c w ten sposób idea³ czynu i pracy powstaje pewien problem. Oto nieustaj¹cy, ¿ywy czyn jest bezsprzecznie potrzebny, musimy pracowaæ wci¹¿; nie moglibyœmy prze¿yæ ani jednej godziny w bezczynie, bez jakiegokolwiek dzia³ania. A odpoczynek, a spokój, a pogr¹¿anie siê w wewnêtrzn¹ g³êbiê? Jedn¹ stron¹ walki ¿yciowej jest praca, jesteœmy wprost pochwyceni w jej tryby, lub w gwa³towny wir. Ale drug¹ stron¹ ¿ycia jest spokój, cisza, odejœcie od zewnêtrznego œwiata i jego ruchu, tzw. „wyrzeczenie”; w tym stanie wszystko wokó³ jest ciche, ¿adnego gwaru, wysi³ku, poœpiechu, tylko przyroda wokó³, góry, lasy, zwierzêta, roœliny... Jakby dwa œwiaty, czy przeciwstawne? Ani jeden ani drugi nie przedstawia doskona³ego obrazu, ani doskona³ej dla nas ca³oœci. Cz³owiek przyzwyczajony do zupe³nej samotnoœci, wychowany tylko w przyrodzie, mo¿e siê zupe³nie za³amaæ jeœli naglê siê znajdzie wœród najwiêkszego gwaru, ha³asu, pêdu i konfliktów ¿ycia, np. w wielkim mieœcie; po prostu mo¿e byæ przezeñ zmia¿d¿ony, podobnie jak ryba ¿yj¹ca normalnie w g³êbi, gdy siê j¹ przeniesie na powierzchniê, pêka, pozbawiona ciœnienia masy wód, które utrzymywa³o w spójnoœci jej organizm. A cz³owiek przyzwyczajony do ruchu, gwaru i poœpiechu, wœród wiru ¿ycia woko³o, czy potrafi³by dobrze siê czuæ, gdyby go nagle przeniesiono w zupe³n¹ ciszê i samotnoœæ. Cierpia³by niezawodnie, a mo¿e nawet nie wytrzyma³by nerwowo. Cz³owiek ca³kowity, idealny, wœród najwiêkszej samotnoœci i ciszy znajduje intensywn¹ aktywnoœæ; a wœród gwaru, ruchu i zewnêtrznej aktywnoœci, potrafi czuæ siê w zupe³nej samotnoœci i ciszy jak by siê znajdowa³ na pustyni. Taki cz³owiek pozna³ tajemnicê skupienia, jest panem siebie. Mo¿e kroczyæ najbardziej ruchliw¹ ulic¹ wielkiego miasta, otoczony jej gwarem i poœpiechem, a myœl jego bêdzie trwaæ w spokoju i ciszy, jakby przebywa³ w grocie wœród gór, gdzie nie dochodzi ¿aden dŸwiêk; a jednoczeœnie jest nieustannie czynny wewnêtrznie. To jest idea³em Karma Jogi; kto to osi¹gnie, pozna³ tajemnicê czynu.

Ale zaczynaæ trzeba od pocz¹tku, przyjmowaæ pracê w miarê jak do nas przychodzi i uczyæ siê wci¹¿ bezinteresownoœci i spokoju; musimy badaæ nasze pobudki, obserwowaæ siebie w trakcie dzia³ania i pracy; sumiennie, bezstronnie; a przekonamy siê zapewne przez pierwsze lata takiego jogowego przygotowania, i¿ niemal wszystkie nasze pobudki s¹ egocentryczne; ale stopi¹ siê one powoli, w miarê wytrwa³ej i rzetelnej wewnêtrznej pracy, i wkrótce nadejdzie czas gdy potrafimy pracowaæ bezinteresownie. Trzeba wierzyæ, ¿e dla wszystkich przyjdzie kiedyœ taki dzieñ, w miarê jak siê trudz¹ na drogach ¿ycia, dzieñ gdy stan¹ siê bezinteresowni i bezosobiœci; a od chwili kiedy to osi¹gn¹ wszystkie ich w³adze i ca³a moc bêdzie tak skupiona, ¿e ukrywaj¹ca siê w nich m¹droœæ i wiedza bêd¹ siê mog³y objawiæ.


TAJEMICA PRACY

Walka z nêdz¹, pomaganie ludziom w ich materialnych potrzebach, jest bezsprzecznie dobr¹ i u¿yteczn¹; ale wartoœæ pomocy zwiêksza siê zale¿nie od nag³oœci i zasiêgu potrzeb, oraz trwa³oœci jej wp³ywu. Jeœli mo¿na zaspokoiæ jak¹œ pal¹c¹ potrzebê cz³owieka choæby na godzinê, bêdzie to mia³o swoj¹ wartoœæ; jeœli uda siê na ca³y rok uwolniæ go od troski i cierpienia, bêdzie to oczywiœcie o wiele dlañ wa¿niejsze, ale jeœli by siê mog³o oswobodziæ go na zawsze od zmartwieñ, udrêczeñ i niepokojów, by³oby to najwiêksz¹ pomoc¹ jak¹ w ogóle mo¿na daæ cz³owiekowi. Tylko wiedza duchowa jest w stanie daæ ludziom tak¹ pomoc, wszelka inna mo¿e zapobiegaæ cierpieniom tylko chwilowo. Jedynie wiedza ducha mo¿e zniweczyæ w nas sam¹ mo¿liwoœæ cierpienia i poczucia wszelkiego niedostatku; wiêc pomoc duchowa jest najwiêksz¹ jak¹ w ogóle mo¿na okazaæ cz³owiekowi. Kto jest w stanie przekazaæ mu wiedzê ducha ten jest najwiêkszym dobroczyñc¹ ludzkoœci; a gdy rzucimy okiem na bieg historii przekonamy siê, ¿e jednostki które by³y w stanie tak¹ pomoc¹ darzyæ swych bliŸnich, posiada³y najwiêksz¹ moc i potêgê, bowiem duchowoœæ jest podstaw¹ wszystkich naszych czynów i dzia³añ. Cz³owiek duchowo silny bêdzie i w innych dziedzinach sprawny i pe³en energii, jeœli tego zechce; ale dopóki moc duchowa nie obudzi siê w nim nawet fizyczne jego braki i potrzeby nie mog¹ byæ w³aœciwie i ca³kowicie zaspokojone.

Wiêc pomoc duchowa i psychiczna s¹ najwa¿niejsze i maj¹ najwiêksz¹ wartoœæ; nastêpn¹ co do wartoœci bêdzie pomoc intelektualna; dar wiedzy wiêksz¹ ma wagê ani¿eli obdarzanie ludzi ¿ywotnoœci¹ lub przyodziewkiem; mo¿naby nawet powiedzieæ, ¿e jest wa¿niejszy ni¿ danie ¿ycia cz³owiekowi, bo jego istotnym ¿yciem jest wiedza, poznanie; ciemnota i nie-wiedza to mrok i bez¿ycie; jak¹¿ ma wartoœæ nasze istnienie jeœli jest b³¹kaniem siê po omacku wœród ciemnoœci i z³udy? Dopiero na trzecim miejscu wartoœci bêdzie pomoc fizyczna i materialna. Tote¿ nie jest ona ani najwa¿niejsza, ani najbardziej ludziom potrzebna, bowiem nie jest w stanie definitywnie zniweczyæ wszystkich trosk i daæ cz³owiekowi trwa³e zadowolenie. Oczywiœcie g³ód jest cierpieniem; otrzymuje posi³ek i na pewien czas cierpienie znika, ale g³ód wkrótce znów powraca; a nam chodzi o ca³kowite i trwa³e unicestwienie cierpienia; a mo¿na to osi¹gn¹æ gdy siê znajdzie zaspokojenie wszystkich potrzeb, zadowolenie wszystkich pragnieñ.

Wówczas g³ód nie przyczyni nam moralnego cierpienia, bo ¿adne nieszczêœcie, ¿aden cios nie zdo³aj¹ go w nas wywo³aæ. Wiêc pomoc która nas czyni mocnymi duchowo jest najwy¿sza i najwa¿niejsza; z kolei intelektualna jest donios³a, bo dziêki niej zwiêksza siê nasza zdolnoœæ uczenia siê.

Sama fizyczna, materialna pomoc nie jest w stanie zaradziæ wszystkim nêdzom i udrêkom ludzkoœci; aby one znik³y musi przetworzyæ siê ca³a natura cz³owieka; fizyczne braki i niedostatki bêd¹ wci¹¿ odczuwane i bêd¹ mu wci¹¿ przyczyniaæ cierpienia; ¿adna, choæby najwiêksza iloœæ pomocy materialnej temu nie zaradzi. Jedynym trwa³ym wyjœciem, jest pozbycie siê egoizmu, chciwoœci, ¿¹dzy i ciemnoty. Brak wiedzy jest matk¹ wszelkiego z³a i cierpienia. Niech cz³owiek zdobêdzie œwiat³o prawdziwej wiedzy, niech uwolni siê od egoizmu, niech ducha w sobie obudzi, a wszelka nêdza, udrêka i cierpienie znikn¹ z tego œwiata; ale zanim siê to nie stanie nie ma na nie lekarstwa. Mo¿emy w ka¿dym domu za³o¿yæ jak¹œ dobroczynna instytucjê, mo¿emy ca³y kraj pokryæ szpitalami, przytu³kami itp. a nie zniweczy to ludzkiego cierpienia, dopóki nie przetworzy siê charakter cz³owieka.

Bhagawad Gita mówi nam, ¿e pracowaæ i dzia³aæ musimy wci¹¿. A w ka¿dym dzia³aniu ukrywaj¹ siê zawsze tak dobre jak i nie dobre elementy. ¯adna z naszych prac, ¿aden czyn nie jest pozbawiony jakiegoœ elementu dobra, ale te¿ ka¿dy gdzieœ, komuœ przyczynia cierpienia czy szkody. Z samej natury swej skoñczonoœci ka¿da dzia³alnoœæ musi zawieraæ te dwa czynniki; a jednak Szri Kriszna mówi nam z pe³nym autorytetem nakazu, ¿e dzia³aæ musimy wci¹¿. I dobre tego dzia³ania elementy i niedobre wydadz¹ swój plon, bêdzie nim karma; to, co by³o w nim dobre przyniesie nam pomyœlnoœæ; to, co by³o niedobre sprowadzi rezultaty smutne. Ale, trzeba to dobrze rozumieæ: tak dobre, jak niedobre czyny i dzia³ania stwarzaj¹ wiêzy duszy. A wyjœcie z tego niewol¹cego krêgu podaje nam Gita, ucz¹c, ¿e tylko bezinteresowna praca, bezinteresowny czyn, pozbawiony osobistego przy-wi¹zywania siê, tak do niego – jak naszej w³asnej akcji – jak do jego mo¿liwych rezultatów, nie tworzy wiêzów dla duszy, i nigdy nie mo¿e nas zniewoliæ. Postarajmy siê zrozumieæ co znaczy owo „nie-przywi¹zywanie siê” („unattachment”) do pracy.

Jest to podstawowa idea Bhagawad Gity: pracuj wci¹¿, ale nie b¹dŸ do tej pracy „przy-wi¹zany”. Powtarzane tak czêsto s³owo „Samskara” da siê doœæ œciœle przet³umaczyæ jako „wrodzone cechy i tendencje”. Jeœli porównamy nasz¹ psychikê do jeziora, mo¿emy powiedzieæ, ¿e ka¿da zmarszczka na wodzie, ka¿da najdrobniejsza fala, która w psychice naszej powstaje, gdy zamiera nie znika bez œladu a pozostawia po sobie pewien znak, jako mo¿liwoœæ powstania podobnej fali w przysz³oœci. Ów œlad wraz z mo¿liwoœci¹ powtórzenia siê tego samego, co go wywo³a³o, nazywamy Samskar¹. Ka¿dy czyn, ruch, czy dzia³anie jakie wykonujemy, ka¿da myœl zaistnia³a w naszym umyœle, pozostawiaj¹ w nim, lub w ca³ej psychice, okreœlony wp³yw nawet gdy ten wp³yw; nie jest dostrzegalny na powierzchni, jest zazwyczaj doœæ silny by dzia³aæ w podœwiadomym. A to, czym jesteœmy w danej chwili, jest okreœlane i wyznaczane przez sumê tych œladów, tych wp³ywów na nasz¹ psychikê.

To, czym jestem w tej chwili przedstawia sumê wszystkich moich wra¿eñ i prze¿yæ w poprzednich ¿ywotach; w³aœnie t¹ wypadkow¹ ich wszystkich nazywam charakterem; zosta³ on urobiony przez niezliczone doœwiadczenia, bodŸce, wp³ywy i prze¿ycia. Jeœli przewa¿a³y niedobre, charakter nie bêdzie tak¿e dobry. Jeœli bêd¹ nas wci¹¿ otacza³y z³e czyny, amoralne wp³ywy, brzydkie i ordynarne s³owa, myœli nasze skieruj¹ siê ku z³emu, ca³a psychika bêdzie pe³na skutków tych niepo¿¹danych wra¿eñ, i nawet bezwiednie ca³a nasza natura bêdzie siê sk³aniaæ ku z³emu. W³aœciwie ró¿ne z³e wp³ywy wci¹¿ na nas dzia³aj¹, a skutki s¹ ich zawsze negatywne; cz³owiek otoczony nimi staje siê sam niedobry, i nic na to nie mo¿e poradziæ; suma z³ych wp³ywów tworzy w nim tak siln¹ tendencjê do z³ych czynów, ¿e po pewnym czasie staje siê bezwoln¹ ofiar¹ ich narzucaj¹cej siê w³adzy, zmuszaj¹cej go niejako do czynienia Ÿle prawie automatycznie. Tak samo jeœli cz³owiek bêdzie otoczony dobrymi myœlami, przyk³adem ³adnego postêpowania, które w nim wzbudz¹ ¿yczliwe myœli, suma tych wp³ywów zniewoli go do spe³niania dobrych czynów prawie nieœwiadomie, po prostu nie potrafi inaczej. Gdy cz³owiek nagromadzi tak du¿o dobrych myœli i dobrych czynów, i¿ staj¹ siê one nieodpart¹ koniecznoœci¹, zmuszaj¹c¹ go do dalszego dobrego postêpowania prawie bezwiednie, nawet gdyby chcia³ zrobiæ coœ z³ego ju¿ nie potrafi; bo ogólna suma jego sk³onnoœci nie pozwoli mu na to, po prostu odrzuci go od takiego czynu, bo jest ju¿ „niewolnikiem” dobra. Wówczas mo¿emy powiedzieæ, ¿e charakter tego cz³owieka jest rzeczywiœcie wyrobiony i sta³y.

Jak ¿ó³w gdy wci¹gnie g³owê i nogi pod swoj¹ skorupê nie wychyli siê z niej za ¿adn¹ cenê, choæby go zabito i strzaskano jego ochronny domek, tak charakter cz³owieka który rz¹dzi swymi pobudkami i organami dzia³ania, jest tak ustalony, ¿e nie mo¿e siê od linii dobra odchyliæ. Albowiem posiad³ pe³n¹ w³adzê nad wszystkimi swymi wewnêtrznymi energiami, i nic nie zdo³a zmusiæ ich do dzia³ania wbrew jego woli.

Nieustanny pr¹d dobrych myœli i uczuæ dzia³aj¹cych na powierzchniow¹ naturê, ustala i wzmacnia sk³onnoœæ do dobrego i umiejêtnoœæ rz¹dzenia organami poznania i czynu (zwanymi w filozofii i psychologii indyjskiej: ¿nanendrija i karmendrija) oraz oœrodkami nerwowymi.

Tylko tym sposobem ustala siê charakter; dopiero gdy siê na dobre utrwali mo¿e cz³owiek siê zbli¿yæ do prawdy; jest wówczas na zawsze „bezpieczny”, bo nie potrafi ju¿ uczyniæ nic z³ego, mo¿e siê znaleŸæ w najgorszym towarzystwie, a nic nie bêdzie ju¿ dlañ groŸne. Ale istnieje te¿ wy¿szy stan od tej wrodzonej sk³onnoœci do dobrego; jest nim gor¹ce pragnienie wyzwolenia. Trzeba pamiêtaæ, ¿e celem ka¿dej Jogi jest osi¹gniêcie wolnoœci duszy, czyli wyzwolenie. Przez bezinteresownoœæ w pracy mo¿na dojœæ do poziomu Buddhy i wielkich Riszich, którzy osi¹gnêli ten stan poprzez medytacjê, jako nani (mêdrcy); czy te¿ przez modlitw, jak wielcy œwiêci – Bhaktowie; wszystkie drogi Jogi do tego samego celu prowadz¹. Ale tu napotykamy pewn¹ trudnoœæ. Wyzwolenie oznacza wolnoœæ ca³kowit¹ – oswobodzenie siê od wszelkich wiêzów, tak dobrych jak i z³ych, czynów; bo, jak mówiliœmy jedne i drugie sprowadzaj¹ odpowiednie skutki. Z³oty ³añcuch jak i ¿elazny stanowi wiêzy. Gdy wbijê sobie cierñ w palec, mogê u¿yæ drugiego aby go wydobyæ, ale gdy ten wyci¹gn¹³em przy pomocy drugiego, odrzucam oba, bowiem nie potrzebujê tego który mi chwilowo pomóg³; wszak oba s¹ tylko cierniami. Podobnie z³ym sk³onnoœci¹ trzeba przeciwstawiaæ dobre; a z³e wp³ywy myœlowe oddalaæ lub neutralizowaæ nowymi pr¹dami myœli dobrych, a¿ wszystko z³e zniknie, albo zostanie pokonane i odrzucone; ale gdy to siê ju¿ osi¹gnie trzeba i dobre sk³onnoœci opanowaæ. Wówczas „przywi¹zanie” tak¿e znika, i cz³owiek nie jest ju¿ z niczym „zwi¹zany”, nawet z dobrym; oznacza to: pracuj, ale niech ta praca, czyny i myœli nie pozostawiaj¹ g³êbokich œladów w twej psychice; niech to bêd¹ drobne fale przechodz¹ce szybko i niepostrze¿enie; a czyny wiêksze, przedsiêwziêcia znaczne, niech bêd¹ dzie³em mózgu i musku³ów, ale niech nie poch³aniaj¹ zbytnio uwagi duszy, niech nie pozostawiaj¹ w niej g³êbokich i trwa³ych œladów. Jak mo¿na do tego dojœæ? Mo¿emy z ³atwoœci¹ sprawdziæ, ¿e wra¿enie i wp³yw ka¿dego czynu któremu nadajemy znaczn¹ wagê i jesteœmy z nim emocjonalnie zwi¹zani, pozostaj¹ w nas na d³ugo. Mogê np. spotkaæ w przeci¹gu dnia setki osób, a wœród nich kogoœ, kto by³ mi ju¿ znany, a nie by³ ogni obojêtny; wieczorem gdy zostanê sam i postaram siê przypomnieæ twarze tych wszystkich osób, tylko ta jedna, znanej mi osoby, zjawi siê od razu przed oczami duszy, choæ mog³em j¹ widzieæ tylko krótk¹ chwilê; twarze innych ju¿ z pamiêci zniknê³y. Moja pamiêæ i przy-wi¹zanie do tej jednej osoby wy¿³obi³o o wiele trwalszy œlad w mej psychice ani¿eli wszystkie inne. Z punktu fizjologii wra¿enia wszystkich by³y takie same, ka¿da twarz odbija³a siê na siatkówce oka, a mózg rejestrowa³ obraz; a jednak skutek tego w psychice by³ z go³a inny. Byæ mo¿e i¿ wiêkszoœæ tych twarzy widzia³em po raz pierwszy, wiêc przedtem nigdy o nich nie myœla³em; a ta jedna, któr¹ dojrza³em na krótk¹ chwilê, wywo³a³a we mnie specjalne skojarzenia, mo¿e obraz jej latami trwa³ w mej pamiêci, mo¿e wiedzia³em o tej osobie setki szczegó³ów i to nowe spotkanie obudzi³o we mnie tysi¹czne, dot¹d uœpione wspomnienia, bo wra¿enie to, by³o powtórzeniem wielokrotnie wpierw znanych, wiêc musia³o byæ od wszystkich innych silniejsze i wywo³aæ we mnie g³êbok¹ reakcjê, pozostawiaj¹c¹ niezatarty œlad w mej psychice. Oto typowy skutek „przy-wi¹zania”.

W pracy naszej b¹dŸmy od „przy-wi¹zañ” wolni; niech siê praca dokonywa, niech czyn siê spe³nia, niech oœrodki mózgowe dzia³aj¹; nie ustawajmy w trudzie, ale niech nic nie wzburza nas, niech nic nie wywo³uje silnych pr¹dów ani fal w naszej psychice. Pracujmy jakbyœmy byli chwilowymi wêdrowcami w nieznanym kraju, „cudzoziemcami” w podró¿y; tak, dzia³ajmy, ale niech czyny nie stan¹ siê wiêzami; wszelkie wiêzy s¹ rzecz¹ straszn¹! Ten otaczaj¹cy nas œwiat nie jest wcale nasz¹ ojczyzn¹, jest on tylko jednym z wielu etapów jakie musimy przejœæ.

Trzeba pamiêtaæ s³ynne zdanie filozofii Sankhii: „Ca³a przyroda istnieje dla duszy, lecz nie dusza dla przyrody”. Jestem przekonany, ¿e ca³a przyroda istnieje po to, aby s³u¿yæ duszy ludzkiej za teren rozwoju i twórczoœci, innego znaczenia, s¹dzê, nie posiada; jest ono tu, widzialna przed nami, albowiem dusza musi zdobyæ wiedzê, m¹droœæ, poznanie, aby okryæ wolnoœæ. Trzeba wci¹¿ o tym pamiêtaæ, a wówczas nie staniemy siê niewolnikami przyrody; bêdziemy rozumieæ i¿ jest ona wielk¹ ksiêg¹ dla naszej nauki, ¿e mamy nauczyæ siê odczytywaæ jej pismo; a gdy zdobêdziemy potrzebn¹ wiedzê, utraci sw¹ wartoœæ i bêdzie nam zbêdna. Tymczasem my uto¿samiamy siê wci¹¿ z t¹ widzialn¹ przyrod¹, uwa¿amy, ¿e dusza ma jej s³u¿yæ, ¿e duch ma podlegaæ cia³u; dzia³amy jakbyœmy zgadzali siê z popularnym powiedzeniem, ¿e cz³owiek „¿yje aby jeœæ”, a nie „je aby ¿yæ”. Wci¹¿ robimy ten kardynalny b³¹d uto¿samienia siebie z cia³em fizycznym, przyzwyczajamy siê doñ, przywi¹zujemy i podlegamy mu; a z chwil¹ gdy siê jawi to zwi¹zanie ¿³obi ono g³êbokie œlady w naszej psychice i staje siê wiêzami dla duszy, i zmusza nas do czynów nie z wolnoœci, a z niewoli p³yn¹cych.

G³êbokie znaczenie tej nauki streszcza siê w jednym zdaniu: trzeba dzia³aæ jak swobodny twórca, nie jak niewolnik! Tak, dzia³ajmy nieustannie, ale nie wype³niajmy pracy niewolniczej. Czy nie zauwa¿yliœcie jak ludzie zazwyczaj pracuj¹? Nikt nie jest prosty, spokojny, swobodny w pracy; dziewiêædziesiêciu dziewiêciu ludzi na sto trudzi siê w pracy niewolniczo, bo pobudk¹ ich jest zawsze egoizm, nie dziw siê, ¿e s¹ nieszczêœliwi. Pracujmy jak ludzie wolni! Pracujmy z mi³oœci! S³owo „mi³oœæ” jest trudne do zrozumienia; mi³oœæ nigdy nie jawi siê tam, gdzie niema wolnoœci; nie mo¿e objawiæ siê w cz³owieku dopóki nie zaistnieje w nim wolnoœæ! Niewolnik istoty mi³oœci nie pozna nigdy. Jeœli siê kupi najemnika i narzuci mu siê wiêzy i zmusi by dla nas pracowa³, zmieni siê on w bezwolny automat, ale nie bêdzie w nim ani cienia mi³oœci.

Podobnie gdy sami pracujemy niewolniczo, dla zdobycia œwiatowych dóbr, mi³oœæ nie mo¿e w nas zaistnieæ, a trud nasz nie jest prawdziw¹ prac¹; stosuje siê to do roboty spe³nianej dla rodziny, przyjació³, czy te¿ siebie samego. Ka¿da praca egoistyczna jest prac¹ niewolnicz¹; jest to sprawdzianem czyœmy wolni czy nie wolni. Ka¿dy czyn spe³niony z mi³oœci daje szczêœcie; nie istnieje ¿aden trud mi³oœci który by nie przynosi³by nam, jako sw¹ reakcjê, radoœci i pokoju. Prawdziwe istnienie, prawdziwa wiedza i prawdziwa mi³oœæ, s¹ wieczyœcie ze sob¹ z³¹czone, s¹ w³aœciwie jednym; gdzie jedna jest, tam dwie inne pojawiaj¹ siê równie¿; gdy¿ s¹ to trzy postacie Tego, który jest „Jedyny bez wtórnego” - Byt - M¹droœæ - Szczêœliwoœæ. Gdy ów nieskoñczony Byt, objawia siê jako wzglêdne istnienie, widzimy go jako przejawiony œwiat; a M¹droœæ zmienia siê w wiedzê o przedmiotach tego œwiata; a Szczêœliwoœæ staje siê Ÿród³em wszelkiej prawdziwej mi³oœci jak¹ zna ludzkie serce. Tote¿ prawdziwa mi³oœæ nie mo¿e nigdy sprowadzaæ reakcji cierpienia. Ale nie wszystko co siê nazywa mi³oœci¹ jest ni¹ w istocie; przypuœæmy, ¿e mê¿czyzna kocha kobietê i jest o ni¹ zazdrosny, ka¿dy jej ruch bada podejrzliwie, chcia³by aby wci¹¿ by³a przy nim, ca³y dzieñ, przy posi³kach jak i w pracy, aby spe³nia³a ka¿de jego ¿yczenie; czyli jest jej niewolnikiem i chcia³by j¹ uczyniæ niewolnic¹. Ale to nie jest mi³oœci¹; jest to raczej jakieœ niewolne i pe³ne egoistycznej s³aboœci uczucie, podaj¹ce siê za mi³oœæ. Sprowadza ci¹g³e cierpienie, a wiêc nie mo¿e byæ mi³oœci¹; jeœli kochana kobieta nie chce spe³niaæ jego ¿yczeñ, staje siê to dlañ mêk¹, a w mi³oœci jest to niemo¿liwe, nie mo¿e ona nigdy sprowadzaæ reakcji cierpienia; jej reakcj¹ jest zawsze radoœæ i szczêœcie, jest to najlepszym jej sprawdzianem; tak czêsto zgo³a inne namiêtnoœci i uczucia podaj¹ siê za mi³oœæ i my sami za tak¹ j¹ uwa¿amy, a jest to b³¹d, fatalna pomy³ka.

Gdy potrafimy kochaæ mê¿a, czy ¿onê, rodziców czy dzieci, ca³y œwiat i ka¿dego cz³owieka, tak, i¿ uczucie to nie przysporzy nam wcale cierpienia, i nie bêdziemy nigdy czuli zazdroœci, chêci posiadania, czy wzajemnoœci lub wdziêcznoœci, czyli ¿adnego egocentrycznego uczucia, wtedy dopiero mo¿emy o sobie powiedzieæ i¿ jesteœmy wolni i nie „przy-wi¹zani”.

Szri Kriszna mówi w Bhagawad Gicie: „Zwa¿, o Parto i¿ w trzech œwiatach ogromnych nie masz nic cobym osi¹gn¹æ móg³, a jednak dzia³am niezmiennie wci¹¿. A gdybym w tym dzia³aniu nie trwa³ czujnie i niezmordowanie...œwiaty zagas³yby wszystkie gdybym Ja nie dzia³a³”* (Bhagawad Gita; Rozmowa III, 22-23, polskie wydanie 3; Biblioteka Polsko-Indyjska, 1957, Madras, India.) Czemu¿ dzia³a On wci¹¿, bêd¹c Panem wszechœwiata? Albowiem mi³uje. Bóg nie jest z niczym zwi¹zany, choæ stwarza wszystko, bo...mi³uje swoje stworzenie. Prawdziwa mi³oœæ niweczy wszelkie wiêzy, nie da siê kochaæ gdy jesteœmy zwi¹zani, czy przy-wi¹zani. Wszêdzie gdy dostrzegamy przy-wi¹zanie, trzymanie siê uparte osób, przedmiotów czy idej, mo¿emy byæ pewni, ¿e jest to przyci¹ganie cz¹stek materii, najczêœciej fizycznej, gdy organizmy ludzkie wzajemnie siê przyci¹gaj¹, i dzia³a w nich chêæ bycia coraz bli¿ej siebie, a gdy to nie jest mo¿liwe – cierpi¹; ale prawdziwa mi³oœæ dzia³a inaczej; nie zale¿y ona od czysto fizycznych têsknot i pragnieñ. Dwoje ludzi którzy siê prawdziwie kochaj¹ mog¹ byæ od siebie o setki mil, a nie wp³ynie to bynajmniej na ich uczucie, nie zmniejszy go i nie zmieni siê w ból. Albo jest to jakby lgniêcie do w³asnych pojêæ, idej czy u³udnych przedmiotów czyli uto¿samianie siê z nimi i uzale¿nienie.

Osi¹gniêcie takiej ca³kowitej swobody od przy-wi¹zañ mo¿e byæ prac¹ ca³ego ¿ycia, ale gdy raz j¹ zdobêdziemy jesteœmy wolni, i u celu mi³oœci. Wiêzy przyrody le¿¹ potargane, widzimy j¹ tak¹ jak¹ jest, we w³aœciwej perspektywie i w ca³ym jej znaczeniu, i nie zdo³a ju¿ ukuæ na nas ¿adnych wiêzów; jesteœmy wolni, nie troszczymy siê o jakikolwiek rezultat prac; któ¿by osi¹gn¹wszy cel myœla³ o skutkach i plonach?

Czy oczekujemy czegokolwiek od naszych dzieci w zamian za mi³oœæ nasz¹? Wszak pracê dla nich uwa¿amy za prosty obowi¹zek i koniec. Cokolwiek byœmy robili dla jednostki, czy dla gromady, dla wioski, miasta czy pañstwa, przyjmujemy tak¹ sam¹ postawê jaka mamy w stosunku do naszych dzieci, nie oczekujemy nic w zamian, ¿adnej nagrody, ¿adnej wdziêcznoœci. Jeœli zawsze, niezmiennie potrafimy pracowaæ jako swobodny twórca, gdy ka¿dy czyn spe³niany dla ludzi bêdzie prostym i bezpoœrednim darem, bez jednej myœli o nagrodzie, uznaniu, wdziêcznoœci, wówczas posi¹dziemy ca³kowit¹ bezinteresownoœæ. Przy-wi¹zanie trwa tylko tam, gdzie oczekujemy czegoœ w zamian czyli - „zap³aty”.

Praca egoistyczna jest zawsze niewolnicza i stwarza zawsze wiêzy; praca swobodna twórców w³adaj¹cych w pe³ni sw¹ myœl¹ i uczuciami, rodzi radoœæ i szczêœcie. Jest pe³ni¹ swobody. Nieraz mówimy o prawach, s³usznoœci i sprawiedliwoœci, ale widzimy, ¿e te has³a s¹ na œwiecie pustym frazesem, lub naiwnoœci¹. Zazwyczaj dwie odmienne pobudki kieruj¹ czynami ludzi: w³adza-si³a i mi³osierdzie. Kierowanie siê pierwsz¹ jest zawsze wyrazem egoizmu; wszyscy usi³uj¹ wyzyskaæ najbardziej jak siê da, ka¿d¹ odrobinê w³adzy czy przewagi jak¹ posiadaj¹. Ale mi³osierdzie zdaje siê byæ rzecz¹ nadziemn¹; niemo¿na byæ dobrym nie znaj¹c g³êbi mi³osierdzia. Nawet prawo i sprawiedliwoœæ musz¹ siê opieraæ na mi³osierdziu.

Ka¿da myœl o zysku, o nagrodzie za sw¹ pracê, staje siê przeszkod¹ w naszym wewnêtrznym rozwoju, a w koñcu musi spowodowaæ cierpienie. Istnieje jeszcze inna droga do obudzenia w nas bezinteresownoœci: oto mo¿na ka¿d¹ pracê uwa¿aæ za czeœæ i ofiarê sk³adan¹ Bogu, jeœli wierzymy w osobowego Boga. W takiej pracy z czystych pobudek sk³adamy Jemu w ofierze wszystkie rezultaty naszego trudu, przy czym oczywiœcie nie mamy ju¿ prawa oczekiwaæ czegokolwiek od ludzi. Pan dzia³a wci¹¿, i my jako On musimy dzia³aæ prosto i bez osobiœcie. Jak woda nie mo¿e zmoczyæ lotosowego p³atka, tak trud nie mo¿e narzuciæ wiêzów cz³owiekowi który jest czysty i nie egoistyczny; nie dotknie go ¿aden grzech, choæby przebywa³ wœród t³umu najbardziej zepsutego miasta.

W naszych ksiêgach œwiêtych jest œliczna opowieœæ o tym czym jest ca³kowite samo-ofiarowanie. Oto po bitwie na polach Kurukszetry piêciu braci Pandawów odprawi³o olbrzymi obrzêd ofiarny, poœwiêcaj¹c bogom objaty, rozdaj¹c ogromne sumy ubogim. Wszyscy wokó³ podziwiali wspania³oœæ i hojnoœæ tych ofiar, mówi¹c, ¿e nigdy nie by³o na œwiecie tak niezwyk³ego obrzêdu. Ale oto gdy ten siê zakoñczy³ przysz³o ma³e leœne zwierz¹tko, zwane u nas mangusem, a wygl¹da³o dziwnie bo jedna po³owa jego cia³a by³a szaro-br¹zowa, druga zupe³nie z³ota, jakby przysypana z³otym proszkiem, i poczê³o tarzaæ siê po posadzce wielkiej sali królewskiej. Po chwili powsta³o i przemówi³o do zebranych: „Nie mówicie prawdy, wasza ofiara nie by³a prawdziw¹, do dna rzeteln¹ ofiar¹”. Oburzenie zebranych by³o du¿e: „Co te¿ ty gadasz!” wybuchli. „Mówisz, ¿e to nie by³a istotna ofiara, mo¿e nie wiesz ile pieniêdzy i klejnotów rozdano ubogim i wszyscy siê cieszyli i radowali. By³ to najwspanialszy ofiary obrzêd jaki kiedykolwiek ludzie widzieli”. Ale zwierz¹tko odpar³o; „Nie przekonaliœcie mnie, ja znam o wiele wy¿sze ofiary. Pos³uchajcie: W ma³ej wiosce ¿y³ raz ubogi bramin ze sw¹ ¿on¹, synem i synow¹. ¯yli przewa¿nie z drobnych darów jakie im ofiarowywano za nauczanie. A¿ przyszed³ wielki g³ód w ca³ym kraju gdzie ta wiosczyna le¿a³a i rodzina bramina odczu³a go boleœnie. Po paru dniach zupe³nego g³odowania ojciec przyniós³ do domu trochê m¹ki jêczmiennej, któr¹ z najwiêkszym trudem zdoby³, i podzieli³ j¹ na cztery czêœci, dla ka¿dego cz³onka rodziny. Przygotowano upragniony posi³ek i ju¿ zabierano siê do jego spo¿ycia, gdy ktoœ zapuka³ do drzwi. Ojciec otworzy³ i oto we drzwiach sta³ nieznajomy goœæ. A w Indii goœæ jest osob¹ œwiêt¹, przedstawia Boga, i ma byæ jak On ze czci¹ ugoszczony. Tote¿ biedny, a nabo¿ny bramin rzek³: „WejdŸcie panie, witamy was z radoœci¹.” I posadzi³ go przy rozes³anym liœciu, i poda³ mu sw¹ porcjê jêczmiennego placka. Goœæ spo¿y³ szybko, jakby by³ bardzo zg³odnia³y i rzek³: „Ach gospodarzu, có¿eœcie uczynili! przez dziesiêæ dni nic nie jad³em, a ta odrobina po¿ywienia tylko podnieci³a mój g³ód i jest teraz zupe³nie nieznoœny”. Tedy ¿ona bramina rzek³a do mê¿a: „Daj, ¿e mu i moj¹ czêœæ” A choæ m¹¿ protestowa³, nalega³a, mówi¹c: „Jest to cz³owiek ubogi, czy¿ nie jest naszym obowi¹zkiem jako ludzi rodziny (Grahastów) zaspokoiæ jego g³ód? A moim obowi¹zkiem jako pani domu i twojej, mê¿u, wiernej towarzyszki, oddaæ mu i moj¹ czêœæ, widz¹c, ¿e ty nie masz ju¿ nic do ofiarowania”. I poda³a goœciowi swoj¹ czêœæ placków; ten spo¿y³ je szybko i rzek³, ¿e g³ód pali go jeszcze dojmuj¹co.

Wówczas syn siê odezwa³: „WeŸ ojcze i moj¹ czêœæ, czy¿ nie jest obowi¹zkiem syna pomagaæ ojcu w pe³nieniu jego Dharmy?” Ale i ta trzecia czêœæ nie zaspokoi³a jeszcze g³odu goœcia; tedy synowa prosi³a teœcia aby i jej placek ofiarowa³ goœciowi; tym razem stwierdzi³, ¿e ju¿ nie jest g³odny i odszed³ b³ogos³awi¹c ich serdecznie. A nazajutrz znaleziono wszystkich czworo martwych. Umarli z g³odu, choæ garœæ ofiarowanej goœciowi m¹ki mog³a uratowaæ ich ¿ycia. Gdy tam przyszed³em nad ranem, zobaczy³em okruszyny m¹ki na pod³odze kuchni, i wytarza³em siê w niej z rozkosz¹, i o dziwo, ta po³owa mego cia³a która dotknê³a m¹ki sta³a siê z³ota, jak to widzicie. Odt¹d wêdrujê po œwiecie szukaj¹c drugiej takiej ofiary, ale nigdzie dot¹d nie znajdujê, przy ¿adnej druga po³owa mego cia³a nie zmieni³a siê w z³ot¹. Oto dlaczego mówiê, ¿e wasza nie jest prawdziw¹, do dna rzeteln¹ ofiar¹”.

To wspania³e pojêcie najwiêkszej goœcinnoœci i mi³osierdzia, stanowi¹ce czêœæ dot¹d nieod³¹czn¹ kultury Indii, na nieszczêœcie poczyna zanikaæ, a wielkich ludzi jest w niej coraz mniej; zachodnie pojêcia „ka¿dy sobie” zara¿aj¹ kraj.

Teraz mo¿e zrozumiecie ca³e znaczenie Karma Jogi; pomagaæ ka¿demu zawsze, nawet za cenê w³asnego ¿ycia, o nic nie pytaj¹c. Niech tysi¹c razy nas oszukuj¹, nie obruszaæ siê, nie pytaæ, i nie myœleæ o tym, co my dla innych robimy. Nie chwaliæ siê nigdy sw¹ prac¹, ofiar¹ czy mi³osierdziem, i nigdy nie oczekiwaæ wdziêcznoœci. A gdy coœ dajemy ubo¿szym od nas nie chcieæ aby nam dziêkowano; to my raczej musimy byæ im wdziêczni, ¿e daj¹ nam sposobnoœæ do uczenia siê prawdziwej Karma Jogi. Z tego co powiedzia³em jasno wynika, ¿e trudniej jest wedle induskich pojêæ, byæ idealnym cz³owiekiem rodziny (Grahast¹) ani¿eli nawet idealnym Sanjasinem; ¿ycie czynu jako ofiary – czyli czysta Karma Joga – jest równie, a mo¿e bardziej trudne ani¿eli ¿ycie prawdziwego wyrzeczenia i odejœcia od œwiata.


CA£KOWITA BEZOSOBOWOŒÆ

Jak ka¿dy nasz czyn powraca do nas w formie wywo³anej re-akcji, podobnie wywiera swój wp³yw na innych, a ich czyny na nas. Chyba ka¿dy zaobserwowa³, ¿e gdy ktoœ pope³nia czyny niedobre, sam staje siê coraz gorszy; a gdy zaczyna spe³niaæ coœ dobrego, wzmacnia siê i uczy siê robiæ dobrze coraz czêœciej. Ta intensyfikacja wp³ywu jaki maj¹ na nas czyny, nie da siê wyjaœniæ inaczej jak nieuchronnym dzia³aniem wzajemnym ludzi na siebie i wywo³ywaniem w innych reakcji na nasze w³asne czyny.

WeŸmy przyk³ad: gdy spe³niam jakiœ czyn, jestem w stanie pewnego rodzaju wibracji, i wszystkie osoby w moim otoczeniu które znajduj¹ siê w podobnych stanach doznaj¹ wp³ywu tych wibracji mojej myœli, czy uczuæ. Jeœli mamy w pokoju ró¿ne instrumenty muzyczne tak samo nastrojone, mo¿emy sami ³atwo zauwa¿yæ i¿ jeœli uderzymy w jeden z nich, wszystkie inne tak¿e zadŸwiêcz¹, czyli zawibruj¹ podobnie. Tak samo wszystkie psychiki ludzkie podobnie nastrojone czyli maj¹ce takie samo napiêcie, jeœli mo¿na siê tak wyraziæ, bêd¹ odpowiada³y podobnie na tak¹ sam¹ myœl. Oczywiœcie zasiêg wp³ywu jakiejœ myœli na psychikê innych mo¿e byæ bardzo ró¿ny, zale¿nie od odleg³oœci i wielu innych czynników; ale jesteœmy zawsze na wszelkie wp³ywy wra¿liwi.

Gdy spe³niam jakiœ z³y czyn, myœl moja jest w stanie pewnej wibracji i wszystkie umys³y jakie znajduj¹ siê w podobnym stanie wibracji mog¹ doznaæ wp³ywu moich. Gdy spe³niam czyn dobry, myœl ma znajduje siê w zgo³a innym stanie wibracyjnym, i tak samo wszystkie podobnie nastrojone umys³y, mog¹ odczuæ wp³yw moich wibracji; zakres tej w³aœciwoœci wywierania wp³ywu przez jedn¹ psychikê na inne, zwiêksza siê lub zmniejsza, zale¿nie od si³y czy skali napiêcia.

Jeœli te porównania posuniemy nieco dalej, mo¿na sobie wyobraziæ, ¿e jak fale œwiat³a biegn¹ przez miliony lat zanim dosiêgn¹ jakiegoœ przedmiotu, tak i fale myœli mog¹ biegn¹æ przez setki lat zanim nie napotkaj¹ jakiegoœ obiektu wibruj¹cemu jemu w odpowiedzi. Jest wiêc zupe³nie mo¿liwe do wyobra¿enia, ¿e ca³a nasza atmosfera jest pe³na takich pulsuj¹cych, wibruj¹cych myœli, zarówno dobrych jak i z³ych, czyli przynosz¹cych szkodê lub po¿ytek ludziom. Ka¿da myœl wychodz¹ca z czyjegoœ mózgu wibruje czy pulsuje w otaczaj¹cej atmosferze dopóki nie napotka odpowiedniego obiektu który j¹ przyjmie (czyli podobn¹ wibracj¹ odpowie). Ka¿dy umys³ otwarty na wszelkie wibracje natychmiast je przyjmuje. Wiêc gdy cz³owiek pope³nia jakiœ z³y czyn, wprowadza przez to sw¹ myœl w pewien stan napiêcia i wibracji i wszystkie fale myœlowe w jego otoczeniu odpowiadaj¹ce na stan tego napiêcia, zwróc¹ siê jakby przyci¹gniête ku niemu, z tendencj¹ przenikniêcia w jego psychikê. Oto dlaczego cz³owiek który pope³nia z³e czyny ma coraz wiêksz¹ chêæ i sk³onnoœæ do pope³niania ich coraz wiêcej.

Podobnie rzecz siê ma i tym który robi dobrze; staje siê otwarty na wszystkie fale wibracji twórczych i dobrych jakie istniej¹ w otaczaj¹cej go atmosferze, wiêc jego dobre czyny staj¹ siê coraz czêstsze i silniejsze, a wewnêtrzna ku nim sk³onnoœæ intensywniejsza. Mo¿na wiêc powiedzieæ, ¿e czyni¹c Ÿle wystawiamy siebie na podwójne niebezpieczeñstwo, przede wszystkim otwieramy do siebie dostêp wszystkim destrukcyjnym wibracjom i wp³ywom znajduj¹cym siê w pobli¿u i os³abiamy nasz¹ na nie odpornoœæ; a nastêpnie, co na dalek¹ metê jest jeszcze w skutkach swych gorsze, - „zara¿amy” z³em innych, pchamy ich niejako do z³ego, co mo¿e mieæ, choæby za wiele lat, dla nich, jak i dla nas samych konkretne a bardzo niepo¿¹dane skutki. A gdy robimy coœ dobrego tym samym i innym i sobie pomagamy; i, jak i wszystko inne w cz³owieku, te dobre i z³e energie s¹ w nim zasilane z zewn¹trz.

Wed³ug filozofii Karma Jogi, ¿aden nasz czyn nie mo¿e byæ zniweczony, zanim skutek jego siê nie dope³ni; niema takiej potêgi w przyrodzie która by mog³a temu przeszkodziæ. Jeœli pope³niê czyn z³y, muszê ponieœæ jego konsekwencje, czyli cierpieæ; i ¿adna si³a we wszechœwiecie nie jest w stanie temu przeszkodziæ, lub dzia³anie tych skutków powstrzymaæ. Podobnie i z czynami dobrymi, nic nie mo¿e unicestwiæ ich pomyœlnych skutków. Ka¿da przyczyna musi stworzyæ rezultat i nic nie mo¿e tego rezultatu powstrzymaæ. Ale tu mamy ciekawe i donios³e w Karma Jodze twierdzenie, mianowicie, ¿e tak dobre jak z³e czyny s¹ œciœle ze sob¹ zwi¹zane. ¯e nie da siê przeprowadziæ wyraŸnej linii demarkacyjnej œciœle odgraniczaj¹cej to, co jest dobre tj. pomocne, od z³ego tj. szkodliwego; czyli trudno z ca³¹ powiedzieæ, ¿e jeden czyn jest absolutnie dobry, drugi absolutnie z³y. Twierdzi siê, ¿e ka¿dy czyn musi rodziæ dobre i niedobre skutki. Jeœli weŸmiemy najbli¿szy przyk³ad: oto mówiê do was moi s³uchacze i pewnie nie jeden z was myœli, ¿e robiê przez to coœ dobrego; ale mo¿e jednoczeœnie uœmiercam tysi¹ce mikrobów w otaczaj¹cym powietrzu, wiêc dla nich jest to szkodliwe i z ich punktu jest z³e. Zazwyczaj czyn jakiœ który dzieje siê blisko nas i wp³ywa dodatnio na znane nam jednostki, nazywamy dobrym; ale ktoœ kogo nie widzimy, kto jest od nas daleko, mo¿e ten sam czyn nazwaæ niedobrym i uwa¿aæ, ¿e mu szkodzi; tak samo przy wszechstronnej analizie jakiegoœ czynu który poczytujemy za z³y, mo¿emy dostrzec i¿ gdzieœ i coœ dobrego z niego wynika. („Niema tego z³ego co by na dobre nie wysz³o”, to polskie przys³owie wskazuje, ¿e m¹droœæ ludowa by³a bliska rozumienia tych praw. przyp. t³umacza). Kto umie dostrzec w czynach dobrych coœ co mo¿e byæ dla kogoœ i niedobre; a wœród czynów z³ych umie dopatrzeæ siê i czegoœ dobrego, co gdzieœ, komuœ mo¿e w swych skutkach przynieœæ pomoc – ten pozna³ jedn¹ z tajemnic dzia³ania.

Có¿ z tego wynika? Oto jakkolwiek byœmy siê starali, nie mo¿e istnieæ w tym ograniczonym œwiecie czynnoœæ doskonale czysta, czyli absolutnie nieszkodliwa; jak i ca³kowicie „nieczysta”, czyli absolutnie i wszêdzie szkodz¹ca. Nie mo¿emy np. oddychaæ ani siê poruszaæ bez szkody dla jakiegoœ ¿yj¹tka, a ka¿dy kês spo¿ywanej przez nas strawy, mo¿e j¹ od kogoœ odbieraæ, czyli mo¿e jakiœ cz³owiek, zwierzê, czy ¿yj¹tko ma jej o tyle mniej.

A jeœli tak jest, mo¿emy wyci¹gn¹æ z tego wniosek, ¿e nie da siê osi¹gn¹æ doskona³oœci tylko przez czyny i pracê. Mo¿emy dzia³aæ przez ca³¹ wiecznoœæ, a nie znajdziemy z tego zawi³ego, jak labirynt, zagadnienia ¿adnego wyjœcia; wci¹¿ nieuniknione skutki czynów bêd¹ mieszane, tak dobre jak i niedobre. Warto siê nad tym zastanowiæ.

Drug¹ kwesti¹ wart¹ zastanowienia jest pytanie jaki jest cel czynów i pracy? Zdaje siê i¿ w ka¿dym kraju s¹ ludzie którzy s¹dz¹, ¿e kiedyœ nadejdzie dzieñ gdy ca³y œwiat stanie siê doskona³y; gdy nie bêdzie chorób, ani nieszczêœæ, ani z³a, a mo¿e nawet œmierci. Jest to ca³kiem dobre pojêcie dla podniesienia i napawania otuch¹ ludzi nieoœwieconych; ale g³êbsze zastanowienie wyka¿e ka¿demu, ¿e nie ma ono podstaw, ¿e po prostu taki stan jest niemo¿liwy. Bo to, co jest dobre i to, co z³e to jakby dwie strony tej samej monety, i nie mo¿emy spe³niaæ w ograniczonym œwiecie czynów absolutnie dobrych, zawsze coœ w nich niedobrego dla kogoœ zostaje. Co w³aœciwie rozumiemy przez doskona³oœæ? ¯ycie absolutnie doskona³e jest w tym œwiecie nie do pomyœlenia, bo samo ¿ycie jest stanem nieustannej walki pomiêdzy cz³owiekiem a wszystkim co na zewn¹trz niego znajduje. W³aœciwie w ka¿dej chwili walczymy ze œwiatem na zewn¹trz nas, a jeœli ponosimy pora¿kê przep³acamy to ¿yciem. Walczymy o po¿ywienie i powietrze, gdy jednego lub drugiego nam zabraknie – umieramy. ¯ycie na ziemi nie jest wcale prostym, ³atwym, spokojnie p³yn¹cym procesem, jest z³o¿one z najrozmaitszych elementów. Zazwyczaj ¿yciem nazywamy t¹ wielce z³o¿on¹ walkê pomiêdzy czymœ wewn¹trz nas, a otaczaj¹cym œwiatem, a gdy ta walka, to œcieranie siê ustaje, wraz z nim zamiera i ¿ycie.

A przecie idealne szczêœcie jest wyobra¿ane przez ludzi jako ustanie tej walki. Ale czy samo ¿ycie mo¿e tu na ziemi istnieæ bez walki, czy jeœli tarcie ustanie nie zatrzyma siê i samo ¿ycie? Mówi³em na innym miejscu, ¿e pracuj¹c dla innych, dla „œwiata”, jak to nieraz lubimy nazywaæ, w istocie pomagamy przede wszystkim sobie. G³ównym skutkiem pracy dla innych jest rozszerzanie siê naszej w³asnej istoty, jest zapominanie o w³asnym egoizmie, wychodzenie poza obrêb siebie. Pracuj¹c nieustannie dla innych, czyni¹c im dobrze, zapominamy o naszym ma³ym „ja”; i to zapominanie, to przekraczanie ciasnych granic siebie, jest najwiêksz¹ nauk¹ jak¹ mo¿emy w ¿yciu zdobyæ. Ludzie nieraz ca³kiem bezsensownie s¹dz¹, ze mog¹ zdobyæ szczêœcie jak jak¹œ zewnêtrzn¹ rzecz; a po wielu latach walk i usi³owañ przekonywuj¹ siê, ¿e szczêœcie polega na wyzbyciu siê egoizmu, i ¿e nikt nie mo¿e nas szczêœciem obdarzyæ, ¿e zale¿y ono tylko i jedynie od nas samych. Ka¿dy akt mi³osierdzia, ka¿da myœl rozumienia i wspó³czucia, ka¿dy czyn pomocny, dobroci, serdecznoœci, uwalnia nas jakby od czêœci pychy, zarozumia³oœci, wynoszenia siê ponad innych; a budzi w nas prost¹ pokorê i skromnoœæ i dlatego w³aœnie jest dla nas dobry.

W tym punkcie wszystkie trzy œcie¿ki Jogi – D¿nana, Bhakti i Karma, czyli Joga poznania, mi³oœci i czynu, schodz¹ siê i ³¹cz¹. Najwy¿szym idea³em wszystkich trzech jest przekroczenie granic swojego „ja”, gdy nie ma ju¿ myœli o sobie, a tylko o „tobie”, o innych; i w³aœnie Karma Joga, œwiadomie dla cz³owieka lub nieœwiadomie, prowadzi go do tego celu. Religijni kaznodzieje lubi¹ mówiæ o osobowym Bogu, oraz zachowaniu swej indywidualnoœci na wieki, choæ nie s¹dzê aby widzieli co to oznacza; ale ich pojêcia o etyce nie mog¹ siê opieraæ na niczym innym jak na poœwiêceniu i samowyrzeczeniu, czy tzw. „samozaparciu siê”, inaczej mówi¹c bezosobowoœci. Jest to podstaw¹ wszelkiej moralnoœci, wspóln¹ wszystkim religiom; mo¿na rozszerzyæ to na ludzi czy i zwierzêta i Anio³y i wszechstworzenie, ale bêdzie to zawsze podstaw¹ ka¿dej etyki, zasad¹ niezmienn¹ wszelkich systemów i pojêæ moralnych.

Istnieje wiele ludzkich typów na œwiecie; jeden, to najwy¿szy, który mo¿na nazwaæ nadcz³owiekiem, lub bogiem-cz³owiekiem; ten przekroczy³ ju¿ ca³kowicie swe „ja”, istnieje dla innych, dla œwiata, i nieustannie mu pomaga, nawet za cenê w³asnego ¿ycia. Oczywiœcie jest to typ wznios³y i najwspanialszy. Gdyby takich paru by³o w jakimœ kraju, by³by on zaiste b³ogos³awiony; ale na nieszczêœcie takich nad-ludzi jest jeszcze niewielu. Nastêpny typ stanowi¹ ludzie którzy gotowi robiæ dobrze innym, s³u¿yæ im i pomagaæ, dopóki to nie przyczynia im samym szkody, cierpienia czy zbydniego wysi³ku; a trzeci to ludzie, którzy chc¹ wszystkiego dla siebie, nawet kosztem krzywdy i cierpienia innych. Jeden z poetów sanskryckich mówi³, ¿e istnieje i czwarty rodzaj, nawet doœæ liczny, ludzi którzy krzywdz¹ i mêcz¹ innych bez ¿adnej dla siebie, korzyœci. (W czasach Wiwekanandy nie istnia³a jeszcze szko³a psychologii zwana psychoanaliz¹, nie wiedzia³ wiêc o jej twierdzeniach, ¿e okrucieñstwo i rozmyœlne zadawanie bólu innym – ludziom czy zwierzêtom – ma u swych podstaw ¿¹dzê w³adzy; pomijaj¹c patologiczny sadyzm na pod³o¿u p³ci. przyp. t³um).

Jak na jednym biegunie istnienia znajduj¹ siê ludzie najwy¿si, wychylaj¹cy siê ju¿ po za ludzkoœæ w nadcz³owieczeñstwo, którzy czyni¹ dobro, dla samego dobra; tak na drugim biegunie s¹ ci najni¿si, którym siê podoba zadawanie cierpienia innym dla... (powiem znów: poczucia swojej w³adzy, przyp t³um) samego z³ego, nawet gdy sami nic na tym nie zyskuj¹.

Istniej¹ dwa terminy w Sanskrycie bardzo zreszt¹ wieloznaczne – Prawritti, co oznacza: tocz¹cy ciê, zd¹¿aj¹cy ku..., i Niwritti, co znaczy odchodz¹cy od czegoœ (mo¿na równie¿ powiedzieæ: wychodz¹cy ku zewn¹trz, i odchodz¹cy od zewn¹trz, przypisek t³um). Pierwsze to ca³y ten œwiat, „ja i moje”, obejmuje to wszystko – przedmioty, zjawiska itd. - co powiêksza i wzbogaca nasze „ja” - maj¹tek, w³adza, s³awa, wp³ywy itd., oraz ludzi którzy maj¹ nieustann¹ ¿¹dzê zdobywania, zagarniania i przyci¹gania wszystkiemu ku jednemu oœrodkowi, którym jest ich „ja”. Stanowi to naturaln¹ tendencjê ka¿dej istoty ludzkiej, to zdobywanie i chwytanie wszystkiego ze wszech stron i gromadzenie wokó³ jednego oœrodka, którym jest ich „szanowne ja”. To jest Prawritti.

Gdy ta tendencja siê zmniejsza i cz³owiek siê zbli¿a, czy te¿ wychodzi ju¿ na drogê Niwritti, czyli „odchodzenie od”, wówczas dopiero zaczyna siê dzia³anie religii, powstanie moralnoœci i etyka. Na jednej i na drugiej – Prawritti i Niwritti – jest dzia³anie, czyn; ale na pierwszej egoistyczny, a wiêc nie-dobry (nie wytwarzaj¹cy dobrych skutków); na drugiej coraz mniej egoistyczny i wreszcie zupe³nie altruistyczny czyli bezosobisty. Prawa Niwritti s¹ podstaw¹ wszelkiej religii i etyki, a szczyt doskona³oœci na tej drodze to zupe³ne zapomnienie o sobie, „zaparcie siê siebie” (nie jest to dobre s³owo bo sugeruje istnienie „czegoœ”, - „ja” - co poœwiêcamy, zapieraj¹c siê go, tym czasem na tym poziomie – szczycie Niwritti - „ja” ju¿ siê tak rozszerzy³o, ¿e obejmuje wieloœæ ludzi, istot, wszech¿ycia i czuje swoje ¿ycie we wszystkim, czyli jest to radosna twórczoœæ oddawania, dzielenia siê, co jest dobrem, przyp. t³um.) czyli gotowoœæ poœwiêcenia wszystkiego , nawet w³asnego ¿ycia dla kogoœ, lub w ogóle dla innych.

Gdy cz³owiek osi¹ga ten poziom mo¿na powiedzieæ i¿ doszed³ do szczytu Karma Jogi. Jest to najwy¿szy stan jako skutek pracy i czynów dla dobra, w imiê niego samego. Mo¿e istnieæ cz³owiek który nie studiowa³ ¿adnej filozofii, który nigdy nie wierzy³ i nie wierzy w Boga, który siê nigdy w swym ¿yciu nie modli³, a jednak tylko przez moc dobrych czynów osi¹gn¹³ stan w którym gotów jest oddaæ wszystko, z ¿yciem w³¹cznie, dla innych; czyli dochodzi do tej samej wy¿yny jak¹ osi¹ga cz³owiek religijny przez modlitwê i Jogê mi³oœci; a filozof przez studia i wiedzê, czyli ¯nana Jogê; mo¿emy wiêc powiedzieæ, ¿e zarówno filozof, jak cz³owiek mi³oœci, oraz pracownik – innymi s³owy Jogin ¯nany, Bhakti i Karmy – spotykaj¹ siê w jednym szczytowym punkcie w bez osobistoœci, wiêc ca³kowitego wyjœcia poza siebie, zniweczenia ma³ego, oddzielnego „ja”. Choæ ich systemy myœlowe, filozoficzne, czy religijne mog¹ siê ró¿niæ, ³¹czy ich to jedno – absolutna bezosobowoœæ. Ca³a ludzkoœæ chyli czo³o w czci i pewnej „trwodze” zdumienia, przed cz³owiekiem który gotów siebie dla innych poœwiêciæ. Nie jest to spraw¹ wiary, przekonañ, czy teorii, bo nawet ludzie którzy s¹ przeciwni religijnym systemom i wszelkim „duchowoœciom”, czuj¹ siê zmuszeni do szacunku w obliczu jednego z wielkich czynów absolutnego samopoœwiêcenia.

Czy nie spotkaliœcie nawet najbardziej ortodoksyjnych chrzeœcijan, chyl¹cych czo³o przed wielkoœci¹ Buddhy gdy czytali tak¹ ksi¹¿kê jak „Œwiat³o Azji”? Buddhy który nie mówi³ o Bogu, a tylko wci¹¿ uczy³ samopoœwiêcenia? Tylko, ¿e ten ortodoksalny, ciasny cz³owiek nie wie, ¿e wype³nienie jego w³asnego ¿ycia i jego cel jest zupe³nie ten sam co i tych, od których siê ró¿ni wyznaniem i intelektualnymi przekonaniami. A cz³owiek gor¹co religijny który wci¹¿ myœli o Bogu i w imiê Jego spe³nia dobre czyny, dochodzi w koñcu do tego samego punktu gdy mówi ca³¹ dusz¹: „B¹dŸ wola Twoja”, i wszystko oddaje, nic nie zachowuj¹c dla siebie; bo to równie¿ jest tym poœwiêceniem, t¹ bezosobowoœci¹. Filozof przy pomocy nauki, zg³êbiania filozofii, widzi i¿ nasze oddzielne „ja”, jest u³ud¹, wiêc chêtnie i ze wzglêdn¹ ³atwoœci¹ jest gotów poœwiêciæ je dla innych. I to jest tym samym szczytem. Wiêc nana, Bhakti i Karma spotykaj¹ siê i ³¹cz¹ w tym górnym punkcie; a oznacza to prawdê powtarzan¹ od wieków przez wszystkich wielkich Nauczycieli, i¿ Bóg a œwiat to nie jest to samo, ¿e po „jednej stronie” jest Bóg, po drugiej „œwiat”; a przez „œwiat” rozumieli egoizm, egocentryzm zamykaj¹cy siê w swej pysznej a z³udnej odrêbnoœci. A Bóg to absolutna mi³oœæ, czyli altruizm. Mo¿na ¿yæ w pa³acu, zasiadaæ na tronie, a byæ doskonale bezosobowym – i wówczas jest siê z Bogiem. A inny cz³owiek mo¿e mieszkaæ w lepiance, byæ odziany w ³achmany i nie posiadaæ ¿adnych dóbr, a jednak nale¿eæ do „œwiata”, jeœli jest pogr¹¿ony w egoizmie i poczuciu oddzielnoœci.

Wróæmy do tego, co ju¿ by³o powiedziane, ¿e robi¹c dobrze, s³u¿¹c jednym, mo¿emy jednoczeœnie szkodziæ innym; czyli robieniu dobrego bêdzie towarzyszy³a czyjaœ szkoda, wiêc tzw „z³e”; oraz i¿ czyni¹c Ÿle zawsze jakaœ odrobina dobra z tego gdzieœ wynika; czyli, ¿e te dwie rzeczy s¹ ze sob¹ z³¹czone. Przyj¹wszy takie twierdzenie jak¿e mamy dzia³aæ? Istnia³y na œwiecie sekty które w zadziwiaj¹co niedorzeczny sposób radzi³y powolne samobójstwo aby ujœæ od tego œwiata; rozumiej¹c i¿ jeœli cz³owiek nie mo¿e nie krzywdziæ, lub nie zabijaæ jakichœ istot, choæby to by³y ma³e ¿yj¹tka, lub roœliny – to lepiej usun¹æ siê od tego ¿ycia; wydaje siê to nie pozbawione pewnej logiki. D¿ainowie g³osili t¹ teoriê, podaj¹c takie wyjœcie jako idea³. Ale nie s¹dzê aby to mia³o jakiekolwiek twórcze i rozumne podstawy. Wyjœcie rozumne i twórcze podaje Bhagawad Gita, mówi¹c i¿ nie nale¿y byæ z niczym zwi¹zanym, do niczego przywi¹zanym, a spe³niaæ wszystkie wymagane przez ¿ycie prace jak najlepiej. Czuæ siê niejako oddzielnym od œwiata (jego egoizmu, chciwoœci itp) pozostaj¹c w nim, i spe³niaj¹c wszelkie czyny i prace nie dla siebie. Ka¿da praca któr¹ siê robi wy³¹cznie dla siebie, przyniesie nam nieuniknienie swój skutek; jeœli bêdzie to praca dobra, przyniesie skutek pomyœlny, jeœli nie dobry skutkiem bêdzie cierpienie; i ten skutek trzeba przyj¹æ i znieœæ, wyjœcia niema, uchyliæ siê odeñ nie mo¿na. Ale skutek takiego samego czynu lub pracy nie dla siebie, z zupe³nie bezinteresown¹ pobudk¹ spe³niany, do nas nie wraca i ¿adnego nie wywiera na nas wp³ywu. Istnieje w naszych ksiêgach dobitny tego wyraz: „Ten który wie, i¿ nic nie czyni dla siebie, gdyby nawet ca³y œwiat zniszczy³ (lub poleg³ sam) nie jest ani zabójc¹ ani zabitym”. Mo¿na wiêc powiedzieæ, ¿e Karma Joga uczy: „Nie wyrzekaj siê i nie odchodŸ od œwiata, ¿yj wœród niego, wch³aniaj wszelkie jego wp³ywy; ale jeœli praca twa ma tylko twej przyjemnoœci s³u¿yæ, tedy nie pracuj wcale”. Przyjemnoœæ, zadowolenie nie powinno nigdy byæ naszym celem. Najpierw pozb¹dŸ siê twego „ja”, a wtedy przyjm ca³y œwiat za swój. Spotka³em w jednej z chrzeœcijañskich ksi¹¿ek powiedzenie, które, o ile mi siê zdaje, wyra¿a t¹ sam¹ myœl: „Stary cz³owiek musi umrzeæ”. Tym starym cz³owiekiem jest zakorzenione pojêcie, ¿e œwiat ca³y jest stworzony dla naszej przyjemnoœci i zadowolenia. Niem¹drzy rodzice ucz¹ swe dzieci modliæ siê: „O Bo¿e dziêki Ci ¿eœ stworzy³ dla mnie to s³oñce i ksiê¿yc”, jakby Pan wszechstworzenia nie mia³ nic lepszego do roboty jak dawaæ dzieciom œwiat³o s³oneczne. Oby¿ nie uczono dzieci takich modlitw! A jeszcze gorszym bezsensem jest twierdzenie, ¿e zwierzêta zosta³y stworzone dla cz³owieka, który ma je zabijaæ dla swojego po¿ywienia czy stroju, i u¿ywaæ ca³ego œwiata dla swojej przyjemnoœci i korzyœci. Z tak¹ sam¹ doz¹ „s³usznoœci” tygrys mo¿e powiedzieæ: „Cz³owiek zosta³ stworzony dla mnie”, i modliæ siê do Boga: „O Bo¿e, jak¿e Ÿli s¹ ci ludzie, którzy mnie unikaj¹ i broni¹ siê tak, ¿e nie mogê ich z³apaæ i zaspokoiæ mego g³odu; ³ami¹ Twe prawo”.

Prawd¹ jest, ¿e jeœli ten œwiat jest stworzony dla nas, to i my jesteœmy stworzeni dla œwiata; a pojêcie, ¿e wszystko istnieje aby nam dostarczyæ przyjemnoœci jest pojêciem najni¿szym i najgorszym, skuwa nas i poni¿a. O nie! œwiat ten nie istnieje dla naszej przyjemnoœci; miliony ludzi znika co roku, przyroda siê przez to nie zmienia, i nie odczuwa ani ubytku ani przyp³ywu innych. Ludzkoœæ jest tylko cz¹stk¹ przyrody, oba czynniki pozostaj¹ we wspó³zale¿noœci.

A wiêc aby pracowaæ swobodnie (tj. nie stwarzaj¹c wi¹¿¹cych nas kajdan) trzeba przede wszystkim nie uzale¿niaæ siê i nie przy-wi¹zywaæ siê samemu; nastêpnie nie rzucaæ siê w wir, nie byæ nieoddzieln¹ czêœci¹ pr¹du, a staæ jakby na uboczu, jako œwiadek wszystkiego co siê dzieje, ale jednoczeœnie nie przestaj¹c energicznie pracowaæ. Mistrz mój – Ramakriszna Paramahamsa – mówi³ nieraz: „Trzeba mieæ taki stosunek jak ma najlepsza niañka do dzieci”, bêdzie ona najserdeczniej siê nimi zajmowaæ, jakby by³y jej w³asne, bêdzie ³agodna i dobra póki jest z nimi, ale jak tylko wymówi¹ jej pracê, jest od razu gotowa bez protestu ani cierpienia, ruszyæ dalej ze swoim drobnym dobytkiem. Ta gotowoœæ odejœcia ka¿dej chwili od wszystkiego jest wa¿na; w³aœnie taki stosunek do ka¿dej rzeczy któr¹ uwa¿amy za swoj¹, jest s³uszny. Jeœli wierzycie w Boga, wierzcie równie¿ we wszystko co uwa¿acie za swoj¹ w³asnoœæ w istocie do Niego nale¿y. Nieraz s³aboœæ jest brana za si³ê i dobroæ; np. myœleæ, ¿e ktoœ nie mo¿e siê obejœæ beze mnie, oraz, ¿e mogê wiele innym daæ, jest s³aboœci¹; takie przekonanie rodzi zwi¹zanie z ludŸmi, rodzi wiêzy, a wiêc sprowadza nieuniknione cierpienie. Trzeba przekonaæ siebie, ¿e w istocie nikt na ca³ym szerokim œwiecie nie jest od nas zale¿ny; nawet ¿ebrak nie zale¿y od naszego mi³osierdzia; ¿adne serce nie wyczekuje naszej dobroci czy mi³oœci; ¿adna istota nie wypatruje naszej pomocy. Wszelka pomoc i mi³oœæ, p³yn¹ z przyrody (Boga); wszêdzie potrzebna pomoc przyjdzie i zawsze, czy my tu bêdziemy, czy nie bêdziemy. Dzia³anie Przyrody nie zatrzyma siê, ani zmieni przez dzia³anie takich ludzi jak wy, moi s³uchacze, lub ja; zaznaczy³em ju¿, ¿e mo¿noœæ dopomo¿enia komukolwiek b¹dŸ jest dla nas przywilejem, ³ask¹ u¿yczon¹ nam abyœmy przez to mogli sobie samym dopomóc w samo-wychowaniu. Jest to wielka do przyswojenia nauka; gdy j¹ raz w pe³ni zrozumiemy i przyswoimy, nie bêdziemy nigdy smutni ani nieszczêœliwi; bêdziemy mogli w ka¿dej spo³ecznoœci poruszaæ siê swobodnie i bez ¿adnej obawy, czy niebezpieczeñstwa. Mo¿emy mieæ rodzinê, ¿onê, mê¿a, albo te¿ staæ na czele pu³ków ¿o³nierzy, czy te¿ rz¹dziæ zastêpami s³u¿by, a nawet królestwem; jeœli bêdziemy zawsze dzia³aæ z poczuciem i¿ œwiat nie istnieje dla nas i nigdzie nie jesteœmy nieodzowni, nic nam nie zaszkodzi. Trzeba wyzbyæ siê tego, nieraz zakorzenionego na Zachodzie, pojêcia, ¿e „mamy coœ zrobiæ dla kogoœ”, ¿e œwiat, czy ojczyzna oczekuje naszego s³u¿enia itp. Myœleæ, ¿e cz³owiek siê rodzi aby pomagaæ œwiatu jest nonsensem; jest pych¹ w sukience pokory, egoizmem, wywy¿szaniem siê pozuj¹cym na cnotê. Gdy przyswoimy sobie myœlowo i uczuciowo to przekonanie, ¿e nic na œwiecie nie zale¿y od nas, wówczas nie pojawi siê ¿adne cierpienie zwi¹zane z prac¹ czy pomaganiem innym. Jeœli coœ komuœ dajemy nie spodziewaj¹c siê absolutnie nic w zamian, nie maj¹c nawet przelotnej myœli, ¿e siê nam coœ za to nale¿y, nawet wdziêcznoœæ, czy przyznanie ¿eœmy wyœwiadczyli przys³ugê, tedy brak tej wdziêcznoœci nie dotknie nas; a w razie gdy ona przyjdzie nie zwi¹¿e nas i nie stworzy nowego zobowi¹zania; bêdziemy mieli raczej uczucie, ¿e to, coœmy temu cz³owiekowi dali nale¿a³o mu siê, ¿e by³o jego Karm¹ otrzymaæ to od nas, a nasz¹ – byæ narzêdziem tej pomocy. Dlaczego mielibyœmy byæ dumni z ofiarowania czegokolwiek innemu cz³owiekowi? Byliœmy w³odarzami jakiœ dóbr, pos³añcami przynosz¹cymi taki czy inny dar; widaæ Karma tego cz³owieka tego ¿¹da³a. Pocó¿by wiêc mia³a powstawaæ w nas duma, lub nawet œwiadomoœæ „zrobi³em dobry czyn?”. To, co mo¿emy komukolwiek ofiarowaæ nie mo¿e w ¿adnym razie byæ bardzo znaczne i wielkie; a nasze pomaganie ludziom nie jest niczym nadzwyczajnym; niema wiêc ¿adnej podstawy do uczucia choæby najl¿ejszej dumy. Gdy zdobêdziemy t¹ niezale¿noœæ, to nie-przywi¹zywanie siê do niczego na œwiecie, wówczas rzeczy z³e i dobre utrac¹ dla nas znaczenie. Tylko egoizm wywo³uje w nas t¹ ró¿nicê: reakcji ta to, co uwa¿amy za dobre i to, co poczytujemy za z³e. Jest to trudne do zrozumienia, ale z czasem przekonamy siê, ¿e nic nie mo¿e mieæ nad nami w³adzy, jeœli sami na to nie pozwolimy. Nic nie mo¿e mieæ w³adzy nad duchem, dopóki ten nie daje siê zamroczyæ i nie traci przez to swej niezale¿noœci. A przez nie zwi¹zanie siê z niczym, przez owo nie-przywi¹zywanie siê, odmawiamy prawa uzale¿niania nas i wywierania na nas wp³ywu wszystkim i wszystkiemu. Bardzo ³atwo twierdziæ s³ownie, ¿e nic nie ma prawa na nas wp³ywaæ, zanim sami na to nie pozwolimy, ale có¿ jest oznak¹ i¿ cz³owiek a¿ tak zupe³nie od wszystkiego zewnêtrznego siê uzale¿ni³? Oto ¿adne koleje losu, ¿adne szczêœliwe czy nieszczêœliwe zdarzenia, nie wywo³aj¹ w jego psychice najmniejszej zmiany; we wszelkich okolicznoœciach pozostanie taki sam, spokojny i cichy.

¯y³ ogni w Indii wielki mêdrzec i œwiêty imieniem Wjasa; by³ on autorem aforyzmów Wedanty. Ojciec jego usi³owa³ osi¹gn¹æ doskona³oœæ przez Jogê, ale nie osi¹gn¹³ jej; dziad jego tak samo, i pradziad równie¿; a sam Wjasa tak¿e nie w pe³ni j¹ osi¹gn¹³; ale syn jego Szuka, od dzieciñstwa by³ doskona³ym w Jodze i m¹droœci. Wjasa przekaza³ mu ca³¹ wiedzê jak¹ posiada³, po czym pos³a³ go na dwór króla D¿anaki. By³ to wielki król, a zwano go D¿anaka Wideha, co znaczy D¿anaka „bez cia³a” lub „nie czuj¹cy cia³a”. Choæ by³ królem z ca³¹ przynale¿n¹ do tego „urzêdu” potêg¹, nie pamiêta³ zupe³nie ¿e posiada cia³o, czu³ siê wci¹¿ duchem. Do niego pos³a³ na naukê swego syna Wjasa; a król widz¹c ¿e wkrótce ch³opiec przybêdzie poczyni³ szereg zarz¹dzeñ na jego przyjêcie; gdy stan¹³ u wrót pa³acu stra¿ nie zwróci³a nañ uwagi, dano mu tylko sto³ek i tak siedzia³ przez trzy dni i trzy noce, nikt doñ nie mówi³, nikt nie pyta³ kim jest. A by³ to przecie syn wielkiego i znanego mêdrca, którego czci³ ca³y kraj, i on sam by³ wszêdzie szanowany; a oto g³upi, pospolici stra¿nicy nie zwracali nañ wcale uwagi. Po up³ywie trzech dni nagle ministrowie, z królem na czele, w otoczeniu wspania³ej œwity przyszli go powitaæ z szacunkiem i najwiêkszymi honorami. Zaprowadzono go do wspania³ych komnat, przygotowano wonne k¹piele i najbogatsze szaty, i przez osiem dni otacza³ go najwiêkszy, iœcie królewski zbytek. Ale spokojna, skupiona twarz Szuki nie wyra¿a³a ¿adnej zmiany, nie okazywa³a ¿adnego wra¿enia pod wp³ywem tak zmienionego traktowania; by³ tak samo spokojny i cichy wœród ca³ego przepychu, jak wpierw siedz¹c samotnie przy wrotach pa³acu. Wówczas poprowadzono go przed oblicze króla, który siedzia³ na wspania³ym tronie, otoczony starszyzn¹, a sala rozbrzmiewa³a muzyk¹, tancerki popisywa³y siê tañcami, wesele i œmiech panowa³y w ca³ym zgromadzeniu. Król wrêczy³ ch³opcu pe³n¹ po brzegi czarê mleka i poleci³ okr¹¿yæ siedem razy salê nie uroniwszy z niej ani kropli. Szuka wzi¹³ czarê i poszed³ wokó³ sali, tak pe³nej zabawy, piêknych twarzy, weso³ej muzyki; szed³ spokojnie i wedle królewskiego ¿yczenia siedem razy okr¹¿y³ salê nie uroniwszy ani kropli. Myœl jego nie podlega³a ¿adnym wp³ywom, by³ tak skupiony, i¿ nic nie dochodzi³o do jego œwiadomoœci. Oczywiœcie, bo nic nie mog³o nañ wp³yn¹æ dopóki sam nie da³by na to przyzwolenia. Gdy podszed³ do króla ze sw¹ pe³n¹ czar¹, ten mu rzek³: „Móg³bym tylko powtórzyæ to, czego nauczy³ ciê ojciec, i to, co przyswoi³eœ ju¿ sobie sam; pozna³eœ prawdê; mo¿esz wracaæ do domu”.

A wiêc cz³owiek który zdoby³ opanowanie siebie, nie podlega ¿adnym wp³ywom z zewn¹trz, i nigdy ju¿ nie bêdzie niewolnikiem zewnêtrznoœci. Jest wolny, mo¿e swobodnie wszêdzie przebywaæ na tym œwiecie. Zazwyczaj spotykamy dwa wrêcz odwrotne zdania o œwiecie; jedno wielce pesymistyczne wyra¿a siê w s³owach: „ach jak¿e straszny jest ten œwiat”; drugie optymistyczne odczucie jest niemal pe³ne zachwytu: „Jak¿e piêkny, jak cudowny jest ten œwiat!” Dla ludzi którzy nie posiadaj¹ spokoju myœli, którzy nie rz¹dz¹ sw¹ psychik¹, œwiat bêdzie zawsze wydawa³ siê pe³en z³a, a w najlepszym razie bêdzie siê przedstawia³ jako po³¹czenia z³a i dobra. Dopiero gdy stajemy siê panami siebie, zdobywamy taki optymizm dla którego wszystko jest dobre. Wówczas nic nie przedstawia siê nam jako z³o, i nie mo¿ne na nas wp³ywaæ ani z³e i dobre; wówczas znajdujemy i¿ wszystko posiada swe w³asne miejsce i ma pewn¹ wyraŸn¹ harmoniê. Nieraz ludzie którzy mówili, ¿e ten œwiat jest piek³em, po pewnym czasie æwiczeñ Jogi, a wiêc zdobywania samowiedzy i samoopanowania, poczynali twierdziæ, ¿e jest piêkny. Jeœli bêdziemy szczerze praktykowaæ Karma Jogê i usi³owaæ dojœæ do takiego stanu, mo¿emy byæ pewni, ¿e w koñcu osi¹gniemy doskona³oœæ w bezosobistym i bezinteresownym do wszystkiego stosunku, i uwolnimy siê od egoizmu; a od chwili gdy to nasze z³udne „ja” znika, ten œwiat który siê nam wydawa³ pe³en z³a, zdaje siê teraz radosny i b³ogos³awiony. Istotnie ca³a atmosfera takiego cz³owieka bêdzie szczêsna i b³ogos³awiona, i ka¿da twarz bêdzie siê doñ uœmiechaæ. Oto cel Karma Jogi i jej szczyt w praktycznym ¿yciu.

Systemy naszej hinduskiej Jogi nie s¹ ze sob¹ w sprzecznoœci; wszystkie wiod¹ do tego samego celu i czyni¹ z nas ludzi doskona³ych; ale ka¿d¹ trzeba usilnie i sumiennie praktykowaæ. Ca³a tajemnica le¿y w praktyce, w czynnym stosowaniu ka¿dego systemu. Najprzód mo¿emy o nich s³uchaæ, potem myœleæ i zastanawiaæ siê, a nastêpnie praktykowaæ, wprowadzaæ w czyn. Dotyczy to ka¿dej Jogi. Na pocz¹tku nie wszystko co s³yszymy bêdzie nam jasne, trzeba myœleæ i staraæ siê ogarn¹æ, nie przyjdzie to od razu, ale w miarê zag³êbiania siê zdobêdziemy zrozumienie. Wszak wyjaœnienie ka¿dej rzeczy le¿y w nas samych; w istocie nikt nikogo nie uczy, musimy zawsze sami siê uczyæ. Zewnêtrzny nauczyciel podaje nam tylko pewne myœli, co pobudza nauczyciela wewnêtrznego do pracy nad zrozumieniem danych kwestii. I powoli rozjaœniaj¹ siê one, dziêki naszej w³asnej w³adzy pojmowania i zg³êbiania, i ogarniemy je we w³asnej duszy, a to g³êbokie zrozumienie zmienia siê wkrótce w wolê. Najprzód jawi siê odczucie, potem chêæ, która zmienia siê w wolê, a z niej rodzi siê olbrzymia si³a ku pracy, przenika ona wkrótce ca³¹ nasz¹ istotê, ka¿dy nerw i musku³ nieomal, a¿ ca³e cia³o staje siê powolnym narzêdziem które ma s³u¿yæ tej Jodze bezinteresownego czynu, i niebawem osi¹gamy doskona³¹ bezosobowoœæ, ca³kowite zapomnienie o sobie. Osi¹gniêcie to nie zale¿y od ¿adnych wyznañ ani dogmatów, jak i ¿adnych przekonañ czy ideologii. Niema najmniejszego znaczenia czy cz³owiek jest chrzeœcijaninem czy ¿ydem, mahometaninem czy hindusem. Jedna istnieje kwestia, pytanie: czy jesteœ bezinteresowny? zupe³nie bezosobisty we wszystkim co czynisz? czy na prawdê nie istniejesz dla siebie? Jeœli tak, osi¹gniesz doskona³oœæ, nawet jeœli nie przeczytasz ¿adnej religijnej ksi¹¿ki, jeœli nigdy nie pójdziesz do koœcio³a, czy œwi¹tyni.

Ka¿dy z naszych systemów Jogi mo¿e doprowadziæ cz³owieka do doskona³oœci bez pomocy innych filozofii, gdy¿ wszystkie maj¹ ten sam cel. Joga pracy – Karma Joga, czy Bhakti Joga, czy ¯nana Joga, ka¿da jest w stanie s³u¿yæ za bezpoœredni¹ i od innych nie zale¿n¹ drogê do Wyzwolenia (Moksza) „Tylko ludzi nierozumni twierdz¹, ¿e czyn a filozofia to dwie rzeczy ró¿ne; ludzie rozumni wiedz¹ i¿ jest inaczej”. Tak, ludzie rozumni wiedz¹, ¿e choæ na pozór odrêbne, wiod¹ wszystkie do celu którym jest doskona³oœæ cz³owieka, czyli nad-cz³owieczeñstwo.

 

WOLNOή

Wspomnieliœmy, ¿e s³owo Karma, oznacza nie tylko pracê, czyn, ale tak¿e psychologicznie bior¹c i przyczynowoœæ. Ka¿dy czyn, dzia³anie, czy myœl, które wywo³uj¹ jakiœ skutek, s¹ zwane Karm¹; czyli prawo Karmy jest to prawo przyczynowoœci, nieuniknionego nastêpstwa skutku po przyczynie. Gdziekolwiek powstaje przyczyna tam musi nastêpowaæ za ni¹ skutek; jest to nieodpart¹ koniecznoœci¹ i nic nie mo¿e siê jej sprzeciwiæ; wed³ug naszej filozofii prawo to rz¹dzi wszêdzie we wszechœwiecie. Cokolwiek czujemy, myœlimy, czy robimy, wszelki czyn dokonywuj¹cy siê na œwiecie, bêd¹c skutkiem uprzednich przyczyn, staje siê tak¿e sam przyczyn¹ nastêpnych skutków.

Trzeba, rozpatruj¹c t¹ kwestiê, rozumieæ dobrze co oznacza s³owo „prawo”. Prawem nazywamy tendencjê pewnej serii zjawisk do powtarzania siê w pewnym nastêpstwie. Gdy widzimy jakieœ zdarzenie nastêpuj¹ce po poprzednim, albo jawi¹ce siê jednoczeœnie, spodziewamy siê i¿ ta nastêpczoœæ lub wspó³istnienie powtórzy siê. Nasi dawni mistrzowie logiki i filozofowie szko³y Njana nazywali to Wjapti. Wed³ug nich wszystkie nasze pojêcia powstaj¹ dziêki asocjacjom. Pewna seria zjawisk ³¹czy siê w naszej myœli z pewnymi faktami w rodzaj niezmiennego ³adu; tak, ¿e ilekroæ ujrzymy jakieœ zjawisko, natychmiast ³¹czy siê ono w umyœle z innymi faktami, które mia³y miejsce przy nim. Ka¿de pojêcie, lub wedle naszej psychologii ka¿da fala powstaj¹ca w materii myœlowej – Czitta (wspó³czesny badacz jasnowidz powiedzia³by: w materii naszego mentalnego lub myœlowego cia³a, czyli narzêdzia, które jest w mózgu zupe³nie odrêbne) musi zawsze wzbudzaæ wiele podobnych fal.

Jest to psychologiczne pojêcie asocjacji, a przyczynowoœæ jest tylko jedn¹ z postaci tego powszechnego prawa asocjacji. Owo wszechprzenikanie asocjatywnoœci oddaje Sanskryckie s³owo „Wjapti”. W œwiecie zewnêtrznym to pojêcie prawa jest takie samo jak w wewnêtrznym – jest to spodziewanie siê, ¿e po danym fakcie nast¹pi inny, i ¿e ta seria bêdzie siê powtarzaæ. Czyli mówi¹c œciœle prawo jako takie nie istnieje w przyrodzie. Jest wiêc b³êdem mówienie, ¿e prawo ci¹¿enia istnieje w ziemi, lub te¿, ¿e jakieœ prawo istnieje obiektywnie w przyrodzie. Prawo to raczej metoda, sposób w jaki nasz umys³ postrzega seriê zjawisk, ale to tkwi w umyœle, w nas samych. Pewne zjawiska zachodz¹ce jedne po drugich, albo razem, po których nastêpuje nasze przekonanie, ¿e bêd¹ siê regularnie powtarzaæ, umo¿liwiaj¹c nam przez to postrzeganie i poznanie metody ca³ej serii, stanowi to, co nazywamy prawem.

Nastêpnie trzeba siê zastanowiæ co rozumiemy pod powszechnoœci¹ praw. Nasz wszechœwiat jest t¹ czêœci¹ istnienia któr¹ nasi sanskrytcy psychologowie zwali: Desz-kala-nimitta, a co psychologia europejska nazywa: czasem, przestrzeni¹ i przyczynowoœci¹. Czyli ten nasz wszechœwiat jest tylko czêœci¹ nieskoñczonego istnienia, zamkniêt¹ w pewien uk³ad sk³adaj¹cy siê z czasu i przestrzeni i przyczynowoœci; z czego wynika, ¿e prawo jest mo¿liwe tylko w tak, a nie inaczej uwarunkowanym œwiecie; poza nim prawo nie mo¿e istnieæ. A gdy mówimy o wszechœwiecie z koniecznoœci mówimy tylko o tej czêœci istnienia, która jest ograniczona przez nasz umys³; œwiatem który jest postrzegany przez nasze zmys³y, który mo¿emy widzieæ, dotykaæ, s³yszeæ, odczuwaæ, myœleæ i wyobra¿aæ; i tylko to jest rz¹dzone prawem; ale poza nim istnienie nie mo¿e podlegaæ prawu gdy¿ przyczynowoœæ nie siêga poza œwiat naszych umys³ów. Wszystko co jest poza zasiêgiem naszego umys³u i postrzegania zmys³ami, nie jest poddane prawu przyczynowoœci, gdy¿ w tamtych dziedzinach – poza spostrzeganiem zmys³ami – nie istniej¹ myœlowe asocjacje, a nie ma przyczynowoœci bez asocjacji pojêæ. Byt, istnienie, podlega prawu przyczynowoœci tylko gdy jest zamkniête w „imiê i kszta³t”, i tylko wówczas mówi siê i¿ jest pod dzia³aniem prawa, bo wszystkie prawa maj¹ swój korzeñ w przyczynowoœci.

Z tego wynika i¿ nie mo¿e istnieæ tzw „wolna wola”; same te dwa s³owa s¹ w sprzecznoœci, bowiem wola wyra¿a to, co wiemy, a wszystko co wiemy jest zawarte w naszym œwiecie, a wszystko w obrêbie naszego œwiata jest ukszta³towane i uwarunkowane przestrzeni¹, czasem i przyczynowoœci¹. Wszystko co poznajemy, lub jesteœmy w stanie poznaæ, musi podlegaæ prawu przyczynowoœci, a to, co mu podlega nie mo¿e byæ wolne. Dzia³aj¹ nañ ró¿ne czynniki i ono same staje siê z kolei przyczyn¹.

Ale to, co zosta³o zmienione w wole, co nie by³o ni¹ wpierw, a dopiero znalaz³szy siê w ograniczeniu czasu, przestrzeni i przyczynowoœci zmieni³o siê w wolê cz³owieka, jest wolne, i gdy wyjdzie poza ograniczenia czasu, przestrzeni i przyczynowoœci bêdzie znów wolne. To z wolnoœci wy³ania siê i wpada w ograniczone i uwarunkowane tymi ograniczeniami i w tym stanie pozostaje, a¿ siê z niego wydobywa i staje siê znów wolne.

Od wieków powstawa³o w ludzkich umys³ach pytanie sk¹d wszechœwiat pochodzi, w kim czy w czym trwa, i ku czemu zmierza; a odpowiedŸ jak¹ daje nasza filozofia mo¿e byæ streszczona w s³owach: z wolnoœci wychodzi, w wiêzach i uwarunkowaniach trwa, i w wolnoœæ znów powraca. Wiêc gdy mówimy o cz³owieku jako bêd¹cym niczym innym jak tym nieskoñczonym Bytem który siê przejawia, mamy na myœli i¿ tylko drobna cz¹stka tego Bytu przejawia siê jako cz³owiek; to cia³o nasze i umys³owoœæ któr¹ widzimy, jest jeno maleñk¹ cz¹steczk¹ punkcikiem drobnym Nieskoñczonego Istnienia. Ca³y wszechœwiat jest jeno ma³ym punktem nieskoñczonego Bytu; i wszystkie prawa i wiêzy, wszystkie nasze bóle i radoœci, szczêœcia i nadzieje zawieraj¹ siê w obrêbie tego wszechœwiata; wszelkie nasze postêp, wznoszenia siê i upadki s¹ zamkniête w tym jego wzglêdnie ma³ym obrêbie. Mo¿e zrozumiecie teraz jak dziecinne jest przypuszczenie, ¿e prawa które znamy tu, w tym naszym œwiecie – wytworze naszej myœli – bêd¹ nadal trwa³y, jak i nadzieja znalezienia siê kiedyœ w niebie, które ostatecznie mo¿e byæ tylko powtórzeniem œwiata który znamy. Chyba widaæ od razu jak niemo¿liw¹ i dziecinn¹ jest chêæ aby ca³okszta³t nieskoñczonego istnienia podlega³ ograniczonym i ciasnym warunkom i stanom jakie tu znamy. Gdy cz³owiek mówi, ¿e bêdzie mia³ wci¹¿ i wci¹¿ od nowa to samo co ma teraz, czyli jak nieraz to nazywam – chce mieæ wygodn¹ religiê, musimy rozumieæ, ¿e zdegenerowa³ niemal do tego stopnia, ¿e nie mo¿e nawet pomyœleæ o czymœ wy¿szym od tego co w tej chwili zna; czyli sam jest tym ma³ym, ciasnym otoczeniem które go w tej chwili zamyka i niczym wiêcej. Zapomnia³ zupe³nie swej nieskoñczonej duchowej natury, wszystkie jego pojêcia ograniczaj¹ siê do ma³ych radoœci i smutków, trosk i zawiœci, jego niezmiernie ciasnego œwiatka. I wydaje mu siê, ¿e te drobne, w ograniczenia zamkniête stany i prze¿ycia stanowi¹ jego prawdziw¹, nieskoñczon¹ istotê; a nawet gorzej, bo nie chce tych pojêæ o sobie odrzuciæ, trzyma siê ich uparcie i bezsensownie, po prostu czepia siê, jakby rozpaczliwie a namiêtnie tego, co my nazywamy „Triszna”, a buddhyœci - „Tanha” i „Trissa”, czyli ¿¹dzy fizycznego istnienia. Mog¹ istnieæ miliony odmian szczêœcia, niezliczona iloœæ ró¿norodnych istot, wiele praw i poziomów i przyczynowych powi¹zañ i wynikaj¹cych z nich skutków, które wszystkie dzia³aj¹ poza ma³ym, ograniczonym œwiatem jaki znamy; a wszystko to obejmuje tylko cz¹stkê naszej istotnej nieskoñczonej natury.

Aby osi¹gn¹æ wolnoœæ musimy wyjœæ poza obrêb ograniczeñ tego œwiata, nie znajdziemy jej nigdy tutaj. Doskona³a równowaga, lub, jak chrzeœcijanie nazywaj¹: „pokój który przechodzi wszelkie pojmowanie” jest w tym œwiecie nieosi¹galny; nie znajdzie go ani na ziemi ani w niebie, ani na ¿adnym miejscu gdzie myœl nasza mo¿e siê skierowaæ, w niczym co zmys³y nasze mog¹ odczuæ, a wyobraŸnia odtworzyæ. ¯adne miejsce nie mo¿e nam daæ wolnoœci, gdy¿ wszystkie bêd¹ siê zamyka³y w obrêbie tego œwiata, ograniczonego czasem, przestrzeni¹ i przyczynowoœci¹. Mog¹ istnieæ œwiaty o wiele subtelniejsze ani¿eli nasza ziemia, gdzie radoœæ i szczêœcie mog¹ byæ odczuwane ¿ywiej i gorêcej, ale i te bêd¹ siê mieœciæ w tym wszechœwiecie który jest uwarunkowany i ograniczony dzia³aniem praw; wiêc niema innej drogi jak wyjœæ poza ten œwiat; prawdziwa religia zaczyna siê dopiero tam, gdzie siê on koñczy.

Tam wszystkie te ma³e radoœci i smutki i nasza nauka i wiedza o rzeczach koñczy siê, a rozpoczyna siê Rzeczywiste. Zanim nie odrzucimy owej ¿¹dzy ¿ycia, owego przy-wi¹zania do tego co przemija, do ograniczonego, zamkniêtego znanym obrêbem istnienia, nie mo¿emy nawet marzyæ o uchwyceniu choæby jednego b³ysku nieskoñczonej wolnoœci jaka istnieje poza tym œwiatem. Jest wiêc proste i logiczne, ¿e tylko jedna jest droga by osi¹gn¹æ wolnoœæ, która zawsze by³a i dot¹d jest celem najszlachetniejszych pragnieñ cz³owieka, t¹ drog¹ jest odejœcie od ciasnego ¿ywota i jego ograniczeñ, odwrócenie siê niejako od ziemi, ale i od „nieba”, i od swego cia³a i od swego intelektu, czyli od wszystkiego co jest ograniczone i uwarunkowane. Jeœli potrafimy odrzuciæ przy-wi¹zanie do tego ma³ego œwiatka naszych zmys³ów i intelektu – bêdziemy wolni. Jedynym sposobem wyrwania siê z wiêzów jest przekroczenie ograniczeñ praw, czyli wyjœcie poza dzia³anie przyczynowoœci.

Ale przerwaæ owo uporczywe trzymanie siê tego œwiata i wyjœcie poza jego prawa, nie jest rzecz¹ ³atw¹, dot¹d nie wielu to osi¹gnê³o. W ksiêgach naszych mówi siê o dwóch sposobach, jeden nazywa siê: „Neti, neti”, (nie to, nie to,) a drugi - „Iti” (to); pierwszy jest drog¹ zaprzeczenia, negacji; drugi odwrotnie pozytywnego stwierdzenia. Pierwsza droga jest niezmiernie trudna; dostêpna tylko dla cz³owieka o najwy¿szym, wyj¹tkowym wprost rozumie i potê¿nej woli, która po prostu stwierdza: „Nie, nie chcê tego”, a umys³ jego poddaje siê tej woli pos³usznie; tacy ludzie wychodz¹ zwyciêsko. Ale jak¿e bardzo s¹ rzadcy! Wiêkszoœæ wybiera drogê przez ten ca³y œwiat, u¿ywaj¹c jego wiêzów aby te¿ same wiêzy przezwyciê¿yæ.

Jest to równie¿ pewnego rodzaju odrzucenie, ale jest miarowe, powolne, osi¹gane przez poznawanie przedmiotów, przez u¿ywanie ich, a wiêc nabywanie doœwiadczeñ, i dopiero poznawszy na wskroœ ich naturê i znaczenie, pozbywanie siê przywi¹zania, wiêc odrzucenie ich. Pierwsza droga zdobycia tego oderwania od wszystkiego, prowadzi przez rozumowanie, przez przekonanie myœlowe; druga przez dzia³anie i doœwiadczenie. Pierwsza to ¯nana Joga, o charakterystycznej w³aœciwoœci – usuwania siê od czynu; druga to Karma Joga, w której praca i dzia³anie nie ustaj¹ nigdy. Ka¿dy musi dzia³aæ w naszym wszechœwiecie. Tylko ci, którzy ca³e swe wype³nienie w duchu znajduj¹, których pragnienia nigdy po za ducha nie wychodz¹, których myœl nigdy siê odeñ nie odchyla, dla których duch, i tylko duch, jest wszystkim – tylko ci mog¹ nie dzia³aæ. Wszyscy inni dzia³aæ i pracowaæ musz¹.

Pr¹d pêdz¹cy w dó³ samorzutnie, dziêki w³asnej naturze, wpada w g³êbok¹ wklês³oœæ – jakby jamê – i tworzy wir, a po pewnej chwili kr¹¿enia w tym wirze, wydobywa siê znów jako swobodny pr¹d, by p³yn¹æ dalej bez przeszkód. Ka¿de ludzkie ¿ycie jest podobne do tego pr¹du. Wpada w wir, jest przezeñ pochwycone, wci¹gniête w ten œwiat przestrzeni, czasu i przyczynowoœci, krêci siê w nim czas jakiœ, wo³aj¹c: „j ojciec, mój brat, moje imiê, moja s³awa, moje dobro” itp. a¿ wreszcie wyrywa siê z wiru i p³ynie znów swobodnie, jak na pocz¹tku; czyli odzyskuje sw¹ pierwotn¹ wolnoœæ. Ca³y œwiat wokó³ nas tak w³aœnie wygl¹da. Czy wiemy o tym, czy nie, czy zdajemy sobie sprawê, czy nie, wszyscy nieustannie dzia³amy aby siê wyrwaæ ze skuwaj¹cego nas wiêzami tego u³udnego œwiata. Wszystkie doœwiadczenia cz³owieka w tym œwiecie s¹ po to, by mu pomóc wyrwaæ siê z jego wiru.

Czym¿e jest Karma Joga? Jest to poznanie tajemnicy dzia³ania. Widzimy, ¿e wszystko, wszêdzie dzia³a, jest w ruchu. Ku czemu zd¹¿a? Ku czemu zmierza ten ruch? Ku zbawieniu, ku wolnoœci; od atomu, a¿ do najwy¿szej istoty wszystko d¹¿y do jednego celu, do wolnoœci, do wyzwolenia; tak, do wolnoœci myœli, do swobody cia³a, do wyzwolenia ducha. Wszystko cokolwiek istnieje zd¹¿a zawsze do wolnoœci, a ucieka i chce siê wyrwaæ z niewoli. S³oñce, ksiê¿yc, i wszystkie, planety staraj¹ siê uciec od wiêzów. Doœrodkowa i odœrodkowa si³a w przyrodzie, s¹ typowe dla naszego wszechœwiata. Zamiast byæ ciskanym w ró¿ne strony i dopiero po d³ugim czasie oci¹gañ siê i niezliczonych wstrz¹sach i licznych uderzeniach i dotkliwym poznawaniu rzeczy takimi jakimi s¹; mo¿emy od Karma Jogi dowiedzieæ siê jaka jest tajemnica dzia³ania i poznaæ prawdziw¹ metodê i zdobyæ moc to dzia³anie organizuj¹c¹. Nie wiedz¹c jak nale¿y u¿ywaæ swej energii, wielka jej iloœæ mo¿e siê marnowaæ; a Karma Joga odkrywa nam niejako naukow¹ metodê pracy, uczy jak najrozumniej swej energii u¿ywaæ, i jak spo¿ytkowaæ wszystkie ruchy i dzia³ania dokonywuj¹ce siê w naszym dookolnym œwiecie. Praca jest nieunikniona, spe³niana byæ musi, ale warto pracowaæ dla najwiêkszego celu i w najdoskonalszy sposób. Karma Joga przekonywa nas o znikomoœci tego œwiata, który mo¿na by nazwaæ krótkotrwa³ym, „piêciominutowym” œwiatem; trzeba przezeñ przejœæ ku czemuœ nieskoñczenie wa¿niejszemu, ku wolnoœci, której daremnie by szuka³ wœród tego œwiata. Chc¹c znaleŸæ wyjœcie z jego labiryntu, i zerwaæ jego wiêzy, trzeba przechodziæ powoli przez ró¿ne doœwiadczenia, prze¿ycia, i doznania krocz¹c pewn¹ stop¹, a¿ wyjdziemy pozna nie wszystkie. Istniej¹ wprawdzie takie wyj¹tkowe natury, o których ju¿ wspomnia³em, które potrafi¹ usun¹æ siê poza zgie³k tego œwiata, które wychodz¹ zeñ od razu, jak w¹¿ co zrzuca sw¹ skórê, i umiej¹ staæ i patrzeæ nañ jakby z boku; bez w¹tpienia tacy wyj¹tkowi ludzie istniej¹, ale... znaczna wiêkszoœæ ludzi ma powoli i ¿mudnie posuwaæ siê poprzez wszystkie dzia³ania i ruchy tego œwiata; a Karma Joga wskazuje nam jak, jakim sposobem, czyniæ to najlepiej, z najwiêksz¹ dla nas korzyœci¹; ods³ania nam tajemnicê najszybszej drogi.

Có¿ mówi Karma Joga? Oto: „Pracuj bezustannie, ale odrzuæ wszelk¹ troskê o rezultaty, wszelkie do nich przy-wi¹zanie”. Nie uto¿samiaj siê z niczym; utrzymuj myœl i uczucia w swobodzie. Wszystko co widzimy – cierpienia, nêdza, trudy, s¹ to nieodzowne tego œwiata cechy; to braki i niedoskona³oœci ograniczonego istnienia; ubóstwo i bogactwo, smutek i uciecha, wszystkie s¹ znikome i przemijaj¹ce, nie nale¿¹ wcale do naszej istotnej wewnêtrznej natury; ta jest nieskoñczenie od nich wy¿sza, jest ponad cierpieniem jak i uciech¹, ponad przedmiotami zmys³ów i ponad najwy¿sz¹ wyobraŸni¹; ale dzia³aæ, pracowaæ mamy nieustannie. Nie praca, nie czyn, sprowadza cierpienie, a lubowanie siê nimi, przywi¹zywanie siê do niech. Gdy uto¿samiamy siê z wykonywan¹ prac¹ cierpienie jest nieuniknione; ale nie czujemy go wcale jeœli siê z ni¹ nie uto¿samiamy, i nie przywieramy doñ jakby sercem; jeœli czyn siê dokonywa swobodnie, bezosobiœcie.

Patrz¹c na jakiœ piêkny, ale cudzy obraz rzucony w ogieñ, nie martwimy siê i nie bolejemy; ale gdy do nas nale¿¹cy, nasz w³asny, poch³aniaj¹ p³omienie, reagujemy zmartwieniem a nawet bólem. Dlaczego? Mo¿e te dwa obrazy by³y bardzo do siebie podobne i równie ³adne, czemu¿ wiêc patrzymy na zniszczenie pierwszego obojêtnie, a drugiego z du¿ym zmartwieniem? Bo w pierwszym wypadku nie uto¿samialiœmy siê z obrazem, by³ on jakby poza nami; a w drugim czujemy go jako cz¹stkê siebie, jasne jest wiêc, ¿e cierpimy jakbyœmy sami w nim umierali.

Owo poczucie „ja” i „moje” jest przyczyn¹ wiêkszoœci ludzkiego cierpienia. Poczuciu posiadania towarzyszy zawsze egoizm, a ten niechybnie sprowadza cierpienie. Ka¿dy czyn egoistyczny, a nawet ka¿da egocentryczna myœl, przywi¹zuje nas do czegoœ, nak³ada nam wiêzy i stajemy siê natychmiast niewolnikami. Ka¿da fala wibracyjna w umyœle – Czitta – mówi¹ca: „Ja, moje” jest jakby lassem zarzuconym na nasz¹ szyjê, wi¹¿e nas i niewoli; a im d³u¿ej powtarzamy, im silniej czujemy owo „ja i moje” tym niewola staje siê wiêksza, a z ni¹ zwiêksza siê i mêka, nêdza, cierpienie.

Dlatego to Karma Joga uczy nas cieszyæ siê z ka¿dego piêknego obrazu, bez wzglêdu na to do kogo „nale¿y”; wiedzieæ piêkno wszêdzie, ale nie uto¿samiaæ siê z ¿adnym jego wyrazem czy odbiciem. Nie mówimy nigdy „to mój, to moje”, bo w chwili gdy to mówimy stwarzamy wiêzy, udrêkê i ból. Nie mówcie nawet w myœli: to „moje dziecko”. Miejcie je, kochajcie, ale nie nazywajcie „moje”, jakby to by³a wasza w³asnoœæ. A jeœli to robicie, niechybnie gotujecie sobie cierpienie. Nie mówimy te¿ „mój dom”, a nawet „moje cia³o”; jest to niezmiernie trudne, ale cia³o nie jest naprawdê ani „moje”, ani twoje, ani niczyje; chyba Przyrody. Ona stwarza ró¿ne cia³a, które trwaj¹ chwilê aby zaraz siê rozpaœæ, wedle jej praw; ale ty, czy ja, jako dusza jesteœmy wolni, mo¿emy staæ na uboczu jako œwiadkowie, bez tego nieszczêsnego uto¿samiania siê z tym cia³em; wszak jest ono bezwolne, ma tak¹¿ swobodê jak wisz¹cy na œcianie obraz, lub mur który mu s³u¿y za t³o. Tote¿ zastanówmy siê dlaczego byœmy mieli do tego znikomego cia³a siê przywi¹zywaæ. Gdy malarz namaluje jakiœ obraz, koñczy go i zapomina, tzn. idzie dalej w swej twórczoœci, nie zwi¹zuje siê z tym co ju¿ stworzy³. Nie wyci¹gajmy wiêc tych brzydkich macek egoizmu i chciwoœci, nie mówmy: „muszê to posiadaæ”, bo w chwili gdy to namiêtnie czujemy, jesteœmy niewolnikami, a nêdza i cierpienie s¹ ju¿ blisko.

Karma Joga mówi: przede wszystkim zniwecz w sobie sk³onnoœæ do tworzenia tych macek egoizmu i egocentrycznej chciwoœci, co chce wszystko zagarn¹æ i posi¹œæ; a gdy zdobêdziesz doœæ si³y by siê tej tendencji przeciwstawiæ, nie dozwól jej zakraœæ ponownie w tw¹ psychikê, nie daj siê porwaæ pr¹dowi samolubstwa. Gdy tego dokonasz mo¿esz iœæ w œwiat i czyniæ i dzia³aæ, i pracowaæ, ile tylko siê da. Wówczas mo¿esz iœæ gidze chcesz, stykaæ siê z ka¿dym, dotykaæ nawet z³a, a nie pokala ciebie i nie zrazi. Czy widzia³eœ kiedy lotosowe liœcie? unosz¹ siê, na wodzie, a jednak woda nie mo¿e siê na nich zatrzymaæ, nie przylega do nich wcale, a sp³ywa natychmiast nie pozostawiaj¹c œladu; podobnie bêdzie z tob¹ gdy zniknie twój egoizm; nic nie zdo³a ciê pokalaæ, nic z tego co z³e, ma³e i marne nie przylgnie do twej psychiki. Cecha która ciê uczyni tak niedostêpnym dla z³ego, nazywa siê u nas Wajragia; jest to bezosobistoœæ, bez-namiêtnoœæ, bezinteresownoœæ, czy swoboda nie wi¹¿¹ca ciê z niczym.

Mówi³em wam ju¿, ¿e bez tej cechy Wajragii – bezosobowoœci, - niema w ogóle Jogi, jest ona podstaw¹ wszystkich Jogi systemów. Cz³owiek który wyrzeka siê œwiata, nie mieszka w domu, nie odziewa piêknych szat, nie je wytrawnego jedzenia i odchodzi w puszczê czy pustelniê aby praktykowaæ Jogê, mo¿e byæ wewnêtrznie do wielu rzeczy przy-wi¹zany, a wiêc niewolny, i do prawdziwej Jogi zgo³a nie przygotowany. Jego drobna w³asnoœæ, czy nawet jego cia³o mog¹ dlañ mieæ niezmiernie wielkie znaczenie, mo¿e walczyæ o utrzymanie go przy ¿yciu i w zdrowiu, i nie spostrzegaæ, ¿e cia³o stanowi dlañ najwa¿niejsz¹ na œwiecie rzecz. Bezosobistoœæ, wolnoœæ od przywi¹zañ, nie wyra¿a siê w niczym co robimy, lub czego nie robimy dla naszego cia³a; jest to bowiem czysto wewnêtrzny stosunek do wszystkiego. A ów wi¹¿¹cy nas czynnik, owo: „ja i moje”, tkwi g³ównie w psychice, w intelekcie. A gdy ten czynnik co nas wi¹¿e z cia³em i zmys³ami zanika, stajemy siê wolni, kimkolwiek bêdziemy, gdziekolwiek siê obrócimy. Król mo¿e zasiadaæ na tronie i rz¹dziæ królestwem, a byæ doskonale bezosobisty i z niczym nie zwi¹zany; a inny cz³owiek mo¿e byæ odziany w ³achmany, nie posiadaæ ¿adnej w³asnoœci, a byæ namiêtnie do czegoœ przy-wi¹zany i niewolny. Karma Joga nam mówi, ¿e najpierw trzeba zdobyæ Wajragiê – byæ zawsze w stanie zupe³nej bezosobowoœci, - a wtedy dzia³aæ i trudziæ siê nieustannie. Wskazuje nam metodê która dopomaga do oderwania siê od wszystkiego, skuteczn¹ acz nie ³atw¹.

Dwie s¹ drogi do osi¹gniêcia takiej bezinteresownoœci, do odrzucenia egoizmu. Jedna jest dla niewierz¹cych, lub tych co nie ufaj¹ i nie licz¹ na ¿adn¹ pomoc z zewn¹trz, tylko na w³asne si³y. Ci maj¹ dzia³aæ z w³asnej woli i ni¹ ujarzmiaæ w³adze intelektu, ni¹ kierowaæ siê w wyborach rzeczy s³usznych, a odrzucaniu bezu¿ytecznych; i tak powoli uczyæ siê rozpoznawania i przekonaæ swój intelekt, ¿e trzeba i ¿e warto byæ bezosobistym, bo jest to dobre, s³uszne i rozumne; mog¹ sobie pomagaæ powtarzaj¹c czêsto: „dobrze jest byæ bezosobistym i bezinteresownym”. Ale ludzie wierz¹cy maj¹ inn¹, o wiele ³atwiejsz¹ drogê: ci mog¹ oddawaæ wszelki owoc swej pracy Panu, dzia³aæ bez liczenia na osobiste korzyœci, bo wszystko Bogu poœwiêcaj¹; wszystko co widz¹, s³ysz¹, czuj¹ i czyni¹ Jemu oddaj¹, i nie myœl¹ o korzyœci, nawet o uznaniu lub pochwa³ach, bo to co czyni¹ jest Jego, nie ich; wszelki rezultat najwiêkszych wysi³ków i najwspanialszych dzie³ do niego nale¿y. Staj¹ wówczas jakby na stronie i czuj¹, ¿e s¹ jeno s³u¿ebnikami gorliwie wykonuj¹cymi rozkazy i ¿yczenia Pana; rozumiej¹, ¿e w ka¿dej chwili ka¿dy impuls do dzia³ania od Niego pochodzi, do niego nale¿y. Wszystko co czcisz, co poznajesz, co widzisz, wszystko co czynisz i co zamyœlasz, oddawaj Jemu, a sam trwaj w spokoju. B¹dŸmy wiêc w takim spokoju, w doskona³ym nienaruszonym pokoju ze sob¹ i œwiatem, poœwiêcajmy nasz¹ myœl, duszê i cia³o, oddaj¹c je jako wieczyst¹ ofiarê Panu. Zamiast czyniæ objaty i rzucaæ w p³omieñ przedmioty ofiarne, zdob¹dŸmy siê na t¹ jedn¹ wielk¹ – ofiarê poœwiêcajmy wci¹¿ Bogu nasze ma³e „ja” i wszystko co doñ nale¿y.

„Szukaj¹c skarbu w tym œwiecie, tylko Ciebie, jako jedyny niezniszczalny znalaz³em skarb. Szukaj¹c kogo bym móg³ kochaæ do dna, tylko Ciebie, o jedyny Umi³owany, znalaz³em; Ciebie bezgranicznej godnego mi³oœci i absolutnego samooddania. U Twoich stóp siebie bez reszty sk³adam w ofierze” - powtarzajmy to wci¹¿, dzieñ i noc niech p³yn¹ te s³owa. „Nic dla mnie, nic nie chcê – czy dobre to bêdzie, z³e, czy obojêtne – o nic nie dbam, niczego nie pragnê. Tobie wszystko oddajê”. Powtarzaj te s³owa ci¹gle, poœwiêcaj¹c twe u³udne „ja” ca³kowicie i nieustannie, a¿ wejdzie to w krew, przeniknie wszystkie nerwy, wejdzie w mózg, stanie siê prawd¹ ka¿dej chwili ¿ycia, a¿ zmieni siê niemal w instynkt i ca³e cia³o bêdzie powolne tej prawdzie absolutnego samooddania. A wtedy idŸ w bój, rzuæ siê sam w zapasy, trudy, zmagania, a nawet tam, wœród szczêku orê¿a na bitewnym polu, poczujesz siê wolny i cichy. Karma Joga uczy nas, ¿e zwyk³e pojêcie obowi¹zku nale¿y do ni¿szych poziomów ¿ycia; ale wszyscy swój obowi¹zek musimy pe³niæ sumiennie. Jednak mo¿emy zauwa¿yæ, ¿e specjalne, nieraz dziœ spotykane poczucie obowi¹zku, jest czêsto przyczyn¹ cierpienia; staje siê ono niemal chorob¹, niemal opêtaniem. Trzyma nas jak w kleszczach i ca³e nasze ¿ycie zmienia w katorgê, jest jakby przekleñstwem ludzkiego istnienia. To pojêcie: „obowi¹zek”, jest jak ¿ar po³udnia gdy s³oñce wypala wszystko woko³o, tak w³aœnie zdaje siê ono wypalaæ wnêtrze cz³owieka, i wysuszaæ jego serce. Popatrzcie uwa¿nie na tych nieszczêsnych niewolników obowi¹zku! Przyt³acza ich, zagarnia, nie maj¹ na nic innego czasu, ani na zastanowienie, ani k¹piel orzeŸwiaj¹c¹, czy serdeczn¹ modlitwê; obowi¹zek jak zmora nad nimi wisi. Wychodz¹ z domu do obowi¹zku, a gdy wróc¹ tylko o nim myœl¹. Obowi¹zek, obowi¹zek, jest wci¹¿ jak miecz nad ich g³ow¹. Jest to ¿ycie niewolnika, który wreszcie pada gdzie b¹dŸ, na ulicy, jak koñ w zaprzêgu. Oto wspó³czesne, jak¿e czêste, pojêcie obowi¹zku. A wed³ug nas jedynym prawdziwym naszym obowi¹zkiem jest pe³niæ ka¿d¹ pracê bezosobiœcie, beznamiêtnie, spokojnie, jako ludzie wolni, poœwiêcaj¹cy wszelk¹ pracê Panu. Wszystkie nasze obowi¹zki do Niego nale¿¹. Pos³anie nas tu, w pracê i czyn jest Jego b³ogos³awieñstwem; mamy spe³niaæ przez Niego wyznaczone na czas pewien, zadanie; czy spe³nimy je dobrze czy Ÿle, któ¿ mo¿e powiedzieæ? Jeœli spe³nimy je dobrze, rezultat do nas nie wróci; a jeœli Ÿle – troska równie¿ nas nie przygnêbi. B¹dŸmy pe³ni spokoju, b¹dŸmy swobodni i pracujmy dalej, wci¹¿, ale jako ludzie wolni, a nie niewolnicy. Ale ten rodzaj wolnoœci nie jest do zdobycia ³atwy.

Jak¿e czêsto nadaje siê miano obowi¹zku temu, co jest niewolniczoœci¹ – osobistym niezdrowym przywi¹zaniem do przedmiotów czy osób, a zwiemy to obowi¹zkiem! Ludzie rzucaj¹ siê w walkê, w zmagania, w trudy, goni¹c za pieni¹dzem, za s³aw¹, dobrobytem, a gdy siê ich spytaæ po co walcz¹, powiedz¹: „jest to mój obowi¹zek”. Fa³sz! To bezsensowna pogoñ za pieni¹dzem z chciwoœci; z³ota po¿¹daj¹, zysku, w³adzy, a przys³aniaj¹ t¹ ¿¹dzê piêknym frazesem, górnolotnym s³owem.

Czym¿e w³aœciwie jest obowi¹zek? Jest to najczêœciej impuls naszych przywi¹zañ, a nie duchowy bodziec; gdy siê jakieœ przywi¹zanie tak utrwali, ¿e staje siê przyzwyczajeniem, nazywamy to obowi¹zkiem. Na przyk³ad w krajach gdzie nie istniej¹ prawne czy religijne formy ma³¿eñstwa, nie ma te¿ pojêcia o obowi¹zkach wzajemnych mê¿a i ¿ony; po prostu ¿yj¹ ze sob¹, a trzyma ich przywi¹zanie i widoki na pewne korzyœci; ale gdy po d³ugim czasie to ¿ycie razem ustali³o siê jako zwyczaj, zosta³o nazwane obowi¹zkami rodzinnymi. Zdaje mi siê to rodzaj chronicznej choroby; gdy zaznacza siê ostro jako egoizm we dwoje, gdy cz³owiek gotów krzywdziæ i zabijaæ innych dla „dobra” swej rodziny, czyli rozszerzonego „ja”, mianujemy to nieraz przywi¹zaniem chorobliwym; a gdy jawi siê w ³agodnej formie nazywamy to instynktem przyrody. Ale ¿adne piêkne s³owa i wspania³e nazwy jak: „œwiêty obowi¹zek”, nie zmieniaj¹ faktu, i¿ jest to w istocie rodzaj chronicznej u³omnoœci. Oczywistoœæ tego faktu lubimy przys³aniaæ i gloryfikowaæ go jako zgodny ze œwiêtymi ksiêgami itp. a w rezultacie wszyscy walcz¹ ze sob¹, oszukuj¹ siê wzajemnie i krzywdz¹ innych, w imiê tego „œwiêtego obowi¹zku”.

S¹dzê, ¿e obowi¹zek jest dobry gdy hamuje brutalnoœæ i nie pozwala jej panoszyæ siê bezkarnie. Jest równie¿ dobry dla doœæ prymitywnego typu ludzkiego, który nie staæ na ¿aden inny idea³; ale ludzie którzy chc¹ iœæ drog¹ Karma Jogi musz¹ odrzuciæ wszystkie tak¿e o obowi¹zku pojêcia. Dla was i dla mnie obowi¹zek, jak siê go zwykle rozumie, nie istnieje. Cokolwiek mo¿esz daæ innym, dawaj ca³ym sercem, ale nie z obowi¹zku. Nie b¹dŸ zniewolony, zmuszony do czynienia dobrze przez pojêcie obowi¹zku. Nie poddawaj siê ¿adnym „musom”. Czemu¿ byœmy mieli znosiæ jakikolwiek przymus? Wszystko co robimy pod przymusem tylko wzmacnia wiêzy i powiêksza niewolê. Dlaczego koniecznie chcemy mieæ jakieœ obowi¹zki? Kto chce iœæ drog¹ Karma Jogi niech pozostawia wszystko Bogu. W tym strasznym roz¿arzonym kotle gdzie ogieñ wyobra¿onych obowi¹zków wysusza ludzkie istnienia i serca, b¹dŸmy cisi, w orzeŸwiaj¹cej och³odzie bezinteresownoœci. Wszak ka¿dy z nas ma tylko Jego wolê spe³niaæ, nic nie mamy wspólnego z nagrod¹ ani z kar¹. Kto chce nagrody musi przypuœciæ i istnienie kary; chc¹c jej unikn¹æ musi wyrzec siê i zap³aty, któr¹ jest wszelka nagroda. A chc¹c wznieœæ siê ponad cierpienie trzeba wyrzec siê pojêæ i pragnienia o uciechach bowiem s¹ to dwójnie nieroz³¹czne. Z jednej strony mamy uciechê, z drugiej udrêkê. Z jednej jest ¿ycie, a z drugiej œmieræ. I jedyn¹ drog¹ do przekroczenia œmierci jest pozbycie siê ¿¹dzy ¿ycia. ¯ycie i œmieræ to jedno, widziane z dwóch ró¿nych punktów. Wiêc pojêcie uciechy bez œladu cierpienia, albo ¿ycia bez œmierci, jest dobre dla dzieci i podrostków, ale cz³owiek rozumny, myœliciel, widzi alogicznoœæ tego; chc¹c wznieœæ siê ponad jeden czynnik tej dwójni, nie osi¹gnie siê celu, mo¿na tylko wznieœæ siê ponad oba. Nie oczekujmy wiêc nigdy, za nic, uznania ani nagrody. A zazwyczaj jak tylko spe³niamy coœ dobrego chcemy od razu uznania, i chlubnej oceny. Gdy ofiarujemy coœ na dobry cel, chcemy widzieæ swe nazwiska w gazetach. Za takimi chêciami cierpienie idzie w œlad, s¹ one pospolit¹ mi³oœci¹. Najwiêksi ludzie na ziemi byli nieznani, choæ mo¿e byli równie wielcy jak historyczne postacie które czcimy; tak, o najwiêkszych bohaterach duchowych œwiat nasz nic nie wie.

Mo¿e setki tych nieznanych bohaterskich duchów ¿y³o w ka¿dym kraju, dzia³aj¹c niepoznani w ciszy i ukryciu. W ciszy ¿yj¹ oni i w ciszy odchodz¹; a z czasem ich wznios³e myœli znajduj¹ wyrazicieli w wielkich, bli¿szych nam ju¿, w widzialnych i znanych postaciach historii, które wielbimy. Ale najwy¿szym nie chodzi o uznanie, s³awê, a nawet o przyjêcie ich wiedzy przez ludzkoœæ. Pozostawiaj¹ œwiatu swe wielkie idee, ale nie zak³adaj¹ ¿adnych szkó³, ni systemów filozoficznych, i nie szukaj¹ nieœmiertelnoœci dla swego imienia, wzdrygaj¹ siê raczej na sam¹ o tym myœl. S¹ to natury o najczystszej Satwie (najwy¿szej harmonii), które nigdy nie pobudzaj¹ do czynu, jeno stapiaj¹ wszystko w mi³oœci. Widzia³em jednego z takich Wielkich w Indii, by³ to Jogi ¿yj¹cy w samotnej grocie; by³ tak zupe³nie wyzbyty poczucia swej oddzielnej indywidualnoœci, i¿ zdawa³o siê, ¿e ju¿ nic ludzkiego w nim nie pozosta³o, ¿e jaœnieje przezeñ wszechogarniaj¹ca boskoœæ. Jeœli uk¹si³ go jakiœ owad w rêkê, gotów by³ drug¹ nadstawiæ z uœmiechem, mówi¹c i¿ jest od Boga pos³any; wszystko co doñ przychodzi³o, co mu siê zdarza³o, widzia³ jako takie od Boga pos³ane. Nie pokazuje siê ludziom, a przecie jest jako olbrzymie dynamo, jak zbiornik niewyczerpanej mi³oœci i wielkich, jaœniej¹cych œwiat³oœci¹ myœli.

Nastêpnym typem jest cz³owiek w którym Rad¿as przewa¿a, o naturze czynnej, zdobywczej, ruchliwej; ten umie pochwyciæ wielkie idee przez owych najwy¿szych stworzone i g³osiæ je i szerzyæ wœród ludzkoœci. S¹dzê, ¿e tamci, ju¿ ca³kowicie nad-ludzie, w milczeniu jakby zgarniaj¹ idee, i przekazuj¹ tym, których my za najwy¿szych poczytujemy, którzy jak Buddha, jak Chrystus, id¹ wœród ludzi g³osz¹c je i w³asnym popieraj¹c przyk³adem. Gautama Buddha powtarza³ wielokrotnie i¿ jest dwudziestym pi¹tym w wielkim, nieprzerwanym szeregu Buddhów przesz³oœci; ale my tych jego dwudziestu czterech poprzedników nie znamy, historia o nich milczy; a przecie Gautama musia³ opieraæ sw¹ naukê na prawdach które oni pozostawili.

Z ca³¹ moc¹ twierdzê, ¿e najwy¿si s¹ cisi, nieznani, niewidoczni. Oni to znaj¹ najlepiej potêgê jak¹ jest myœl; wiedz¹ z bezwzglêdn¹ pewnoœci¹ doœwiadczenia, ¿e nawet gdy zamkn¹ siê w samotnej grocie i zawr¹ do niej wejœcie, i tam stworz¹ piêæ zawieraj¹cych prawdê myœli, te zaiste przenikn¹ przez góry, przelec¹ nad oceanami, rozszerz¹ siê na ca³y œwiat, i wejd¹ w ludzkie serca i myœli, zbudz¹ setki ludzi do czynu, który tym ideom nada kszta³t odpowiedni dla codziennego ¿ycia cz³owieka. Owi Riszi najwy¿si s¹ zbyt blisko Pana, aby mogli dzia³aæ wœród zgie³ku œwiata, aby mogli walczyæ i zdobywaæ i kazaæ i czyniæ dobrze tu, na ziemi, jak czyni¹ inni ludzie. Aktywni pracownicy, nawet najwiêksi, maj¹ jeszcze w sobie choæby odrobinê, choæby cieñ niewiedzy. Tylko ci mog¹ dzia³aæ wœród naszego ziemskiego œwiata w których odrobina, ten cieñ jeszcze pozosta³. W samym impulsie do prac tkwi koniecznoœæ jakiegoœ motywu, jakiejœ ludzkiej pobudki. A przecie w obliczu najwy¿szej Opatrznoœci, przed któr¹ nawet upadek ptaszka nie mo¿e siê ukryæ, jak¿e cz³owiek mo¿e przywi¹zywaæ wagê do swej drobnej mizernej pracy?

Czy¿ nie jest to rodzajem bluŸnierstwa, jeœli wierzymy, ¿e On otacza sw¹ opiek¹ najmniejsz¹ rzecz i sprawê tego œwiata? czy nie nale¿y raczej stan¹æ we czci i niemal w trwodze poœwiêtnej wobec Jego bezmiaru, i rzec: „B¹dŸ wola Twoja”? Najwy¿si ludzie, ci Riszi, którzy s¹ ju¿ w³aœciwie nad-ludŸmi, nie mog¹ oddawaæ siê pracy, jak my j¹ rozumiemy, bo nie ma w nich ¿adnego „motywu dzia³ania”. S¹ pogr¹¿eni ca³¹ sw¹ istot¹ we Wszechducha, nie znaj¹ pragnieñ ani ludzkich pobudek, s¹ ju¿ niejako samym duchem, a ten jest ponad prac¹ i czynem. Ci nad-ludzie s¹ zaiste najwy¿szym szczytem naszej ludzkoœci; ale poza nimi wszyscy musz¹ pracowaæ. Jednak nawet w najintensywniejszej pracy, nie nale¿y myœleæ, i¿ mo¿emy „pomagaæ œwiatu”. Jest to pojêcie egocentryczne a przy tym nieœcis³e. Mo¿emy tylko sobie pomagaæ do przyswojenia nieodzownych nauk w tej wielkiej uczelni jak¹ jest wszechœwiat. Tylko taki stosunek jest s³uszny. Jeœli pracujemy z ca³¹ intensywnoœci¹ na jak¹ nas staæ, ale wci¹¿ pamiêtamy, ¿e sama mo¿liwoœæ, sama sposobnoœæ danej pracy jest przywilejem, „³ask¹” nam pos³an¹, bêdziemy zawsze w ka¿dej pracy wolni, do niczego nie przy-wi¹zani. Miliony ludzi podobnych nam, moi s³uchacze, myœli, ¿e s¹ wielcy i wa¿ni w swym otoczeniu; a przecie gdy umr¹ w piêæ minut zginie pamiêæ o nich. Ale ¿ycie boskie jest nieskoñczone, nie ma w nim pamiêci ani zapomnienia.

„Któ¿ móg³by przez jedn¹ chwilê ¿yæ, przez jedn¹ sekundê oddychaæ, gdyby to nie by³o wyrazem Woli Najwy¿szego”. Mówi jedna z naszych ksi¹g. ON jest nieustannie czynn¹ Opatrznoœci¹, wszelka moc jest Jego moc¹ i wszelk¹ potêg¹ On rz¹dzi. Za Jego wol¹ wiej¹ wichry, œwieci s³oñce, ¿ycie siê pleni na ziemi i œmieræ po niej kroczy. ON jest wszystkoœci¹. On jest ka¿dym i w ka¿dym. Tylko czciæ Go mo¿emy. Jemu oddawajmy nasz¹ pracê i jej owoce; czyñmy dobrze dla samego dobra; tylko wówczas poznamy wolnoœæ prawdziw¹. Opadn¹ wszystkie wiêzy, znikn¹ wszystkie ograniczenia i poznamy czym jest wolnoœæ doskona³a. Oto cel Karma Jogi.

 

IDEA£ KARMA JOGI

Najwiêksz¹ ide¹ filozofii Wedanty jest przekonanie, ¿e do tego samego celu mo¿na doœæ ró¿nymi drogami; drogi te nazwa³em ogólnie: drog¹ czynu, mi³oœci, wiedzy psychologicznej i poznania. Ale trzeba pamiêtaæ, ¿e te podzia³y nie zaznaczaj¹ siê zbyt ostro, ¿e siê te drogi nie wykluczaj¹ wzajemnie, a nieraz ³¹cz¹ siê i dope³niaj¹. Nadajemy im nazwê wed³ug przewa¿aj¹cego w nich typu. Nie nale¿y s¹dziæ, ¿e istniej¹ ludzie którzy s¹ tylko i wy³¹cznie przedstawicielami jednego typu; tzn s¹ tylko pracownikami, albo tylko mi³uj¹ i czcz¹, lub tylko s¹ wiedzy oddani. Typy te ³¹cz¹ siê w wielu punktach, a drogi, w póŸniejszych stadiach, schodz¹ siê w jedn¹. Wszystkie religie i metody pracy i Jogi prowadz¹ zawsze do tego samego celu. Cel ten stara³em siê ju¿ jasno przedstawiæ, jest nim – Wolnoœæ, jak j¹ rozumiem. S¹dzê, ¿e wszystko, od atomu do cz³owieka, tak czy inaczej do wolnoœci d¹¿y; wszystko, od cz¹steczek materii tzw. „martwej” do najwy¿szego na ziemi istnienia – duszy cz³owieka. Mo¿na by powiedzieæ, ¿e wszechœwiat ca³y wyra¿a walkê o tê wolnoœæ.

We wszelkich po³¹czeniach materii ka¿da ze sk³adowych cz¹steczek ma jakby tendencjê do w³asnej, od innych niezale¿nej drogi, chce siê od reszty oddzieliæ i uniezale¿niæ, ale inne j¹ trzymaj¹ przy sobie. Ziemia nasza tak¿e jakby siê chcia³a oddaliæ od s³oñca, a ksiê¿yc od ziemi. Wszystko ma tendencjê do oddzielania siê i uniezale¿niania od innych. S¹dzê, ¿e wszystko co postrzegamy we wszechœwiecie posiada t¹ jedn¹ podstawow¹ d¹¿noœæ ku swobodzie i niezale¿noœci; ona rz¹dzi œwiêtym w jego modlitwach i medytacjach, ona te¿ kieruje z³odziejem czy rozbójnikiem. Gdy to d¹¿enie ku wolnoœci wyra¿a siê w odpowiedniej i wysokiej formie, nazywamy je dobrem a gdy w nieodpowiedniej nazywamy je z³em. Ale impuls w obu dzia³aniach jest ten sam. Œwiêtego przygnêbia œwiadomoœæ wiêzów i ograniczeñ, chce siê z nich wyrwaæ wiêc zwraca siê do Boga; a z³odzieja gnêbi œwiadomoœæ, i¿ nie posiada rzeczy których pragnie, stara siê temu zaradziæ, zrzuciæ to ograniczenie, uwolniæ od jego ciœnienia i to go pcha do kradzie¿y. Twierdzê, ¿e wolnoœæ jest ogólnym, powszechnym celem wszelkiego stworzenia, ¿e wszystko, œwiadomie lub nieœwiadomie do niej siê kieruje. Wprawdzie wolnoœæ do której d¹¿y œwiêty jest inna od tej, jakiej po¿¹da z³odziej, bo pierwsza wiedzie w szczêœcie nieskoñczonego ¿ycia, a druga stwarza tylko dalsze wiêzy dla duszy z³odzieja; ale motyw w jednym i drugim wypadku jest ten sam.

W ka¿dej religii znajdujemy wyraz tej walki o wolnoœæ; jest ona podstaw¹ wszelkiej etyki i bezinteresownoœci czyli altruizmu; którego podstaw¹ jest uwolnienie siê od pojêcia, i¿ to ma³e, znikome cia³o stanowi ca³ego cz³owieka. Gdy widzimy, ¿e ktoœ pe³ni dobre czyny, ¿e pomaga serdecznie innym, mo¿emy byæ pewni, i¿ oznacza to, ¿e mu ju¿ nie wystarcza jego w³asne ma³e kó³ko, ¿e nie zgadza siê na zamkniêcie siê w pojêciach „ja” i „moje”. Mo¿na powiedzieæ, i¿ uwalnianie siê od egoizmu prawie niema granic ani koñca; wszystkie systemy filozoficzne zawsze g³osi³y etykê zupe³nego wyzbycia siê egoizmu, jako cel który mamy osi¹gn¹æ.

Có¿ dzieje siê z cz³owiekiem gdy osi¹ga ten stan bezosobisty, pozbawiony najdrobniejszego egoizmu? Oto przestaje byæ panem takim a takim, zamkniêtym w swojej ludzkiej indywidualnoœci, traci na zawsze sw¹ ma³¹ osobowoœæ, pogr¹¿a j¹ w ¿ycie olbrzymie, szerokie, pe³ne, jednoczy siê z nieskoñczonym i bezgranicznym; to rozszerzenie siê œwiadomoœci, to stopienie siê z wszechrzyciem jest celem wszystkich religii, jak i moralnych i filozoficznych nauk.

Zwyk³y, w swej ma³ej osobowoœci skupiony cz³owiek, s³ysz¹c po raz pierwszy o tym filozoficznym pojêciu przera¿a siê, choæ sam powtarza nieœwiadomie tê sam¹ zasadê gdy mówi o mi³oœci bliŸniego, o dobroci i mi³osierdziu. Nie mo¿na postawiæ ¿adnej granicy dla tej mi³oœci bliŸniego; nie mo¿na wyznaczyæ obrêbu dok¹d ma siêgaæ bezosobistoœæ i bezinteresownoœæ. Cz³owiek który je osi¹gn¹³, w jakimkolwiek systemie czy religii, nie bêdzie siê ró¿ni³ od innych, którzy innymi drogami doszli do tego samego stanu – absolutnego zjednoczenia z wszech¿yciem.

Karma Joga kieruje nas przez bezosobisty czyn ku wolnoœci, a ta jest celem ka¿dej duszy ludzkiej. Wszelki egoistyczny czyn opóŸnia nasze zbli¿enie siê do celu; a ka¿dy „czysty” tj. bezinteresowny czyn do niego nas zbli¿a; mo¿na wiêc zupe³nie œciœle daæ tak¹ definicjê etyki: Wszystko co jest egoistyczne jest tym samym niemoralne, nie etyczne; a wszystko bezosobiste jest moralne, etyczne.

Ale gdy przechodzimy do szczegó³ów sprawa nie jest tak prosta; np. œrodowisko zmienia czêsto szczegó³y i inne im nadaje znaczenie. Ten sam czyn w pewnych okolicznoœciach mo¿e byæ nie egoistyczny, a w innych ca³kiem samolubny. Mo¿emy wiêc dawaæ najogólniejsz¹ definicjê, pozostawiaj¹c do okreœlenia szczegó³y gdy weŸmiemy pod uwagê ró¿nice czasu, miejsca i okolicznoœci. W jednym kraju pewne czyny s¹ uwa¿ane za niemoralne, a w innym to samo postêpowanie bêdzie zupe³nie proste i moralne, gdy¿ œrodowisko i œwiatopogl¹d ludzi jest odrêbny. Celem ca³ej przyrody i wszystkich istot jest, jak ju¿ mówi³em, wolnoœæ, a ta mo¿e byæ osi¹gniêta tylko przez doskona³y altruizm, inaczej mówi¹c bezosobist¹ i bezinteresown¹ mi³oœæ; ka¿da bezosobista myœl, uczucie i czyn zbli¿aj¹ nas do tego celu, a wiêc mo¿na powiedzieæ o nich i¿ maj¹ wartoœæ moraln¹. Mo¿emy siê przekonaæ, ¿e definicja ta bêdzie s³uszna i œcis³a w zastosowaniu do ka¿dej religii, do ka¿dego systemu etyki.

Niektóre systemy etyczne opieraj¹ ca³¹ moralnoœæ na wierze w najwy¿sz¹ Istotê, w Boga. Jeœli wyznawców tych systemów spytaæ dlaczego mamy tak, a nie inaczej postêpowaæ, a czegoœ innego zdecydowanie unikaæ, odpowiedz¹: „Gdy¿ takie jest przykazanie Boga”. Ale jakiekolwiek bêdzie Ÿród³o ich pojêæ, sk¹dkolwiek czerpi¹ za³o¿enia swej etyki, ma ona zawsze t¹ sam¹ podstawê i ideê centraln¹ – zapomnienie o sobie, samozaparcie siê i poœwiêcenie. A jednak niektórzy, pomimo tak wysokich etycznych pojêæ, przera¿aj¹ siê na myœl o wyrzeczeniu siê swej ma³ej osobowoœci. Mo¿na by spytaæ cz³owieka który uparcie siê trzyma pojêcia i¿ odrêbne osobowoœci s¹ trwa³e, i nie ma wcale ochoty tego pojêcia odrzuciæ, mo¿emy siê spytaæ jak myœli, co siê dzieje z cz³owiekiem który siê staje tak absolutnie bezosobisty, ¿e nie potrafi ju¿ myœleæ o sobie, ani coœ czyniæ dla siebie, ani o sobie mówiæ? gdzie¿ jest wówczas jego „ja” ? Sam mo¿e czuæ swoje „ja” tylko wówczas jeœli jakby w jego imieniu, czy z niego mówi, myœli i dzia³a; ale jeœli ta œwiadomoœæ siebie znika, jeœli mówi¹c, myœl¹c i czyni¹c, ogarnia œwiadomoœci¹ innych, ca³e œrodowisko, ca³y dookolny œwiat, gdzie¿ jest wówczas jego „ja”? Znika; a cz³owiek wyszed³szy z ciasnego krêgu siebie, ¿yje ¿yciem nieskoñczenie bogatszym, szerszym i wspanialszym ani¿eli przedtem.

Karma Joga przedstawia nam system etyki i religii d¹¿¹cej do wyzwolenia przez bezosobiste myœli i czyny; nie ¿¹da wiary w ¿adn¹ naukê czy teoriê, tym mniej dogmat. Karma Jogin mo¿e nawet nie wierzyæ w Boga, mo¿e nigdy nie myœleæ o duszy, ani o ¿adnym metafizycznym zagadnieniu. Ma swój cel przed sob¹ – osi¹gniêcie altruizmu w³asn¹ drog¹; sam j¹ musi wypracowaæ, sam prawdê absolutnej bezinteresownoœci urzeczywistniæ. Ka¿da chwila jego ¿ycia musi byæ cz¹stk¹ tego urzeczywistnienia, gdy¿ tylko przez pracê i czyn, bez pomocy ¿adnej nauki ni teorii, ma rozwi¹zaæ to samo zagadnienie i osi¹gn¹æ ten sam poziom, do którego zd¹¿a nani u¿ywaj¹c poznania, wiedzy, nauki; a Bhakta – mi³oœci i natchnienia.

Ale nasuwa siê pytanie: có¿ jest t¹ jego prac¹? co znaczy dobry czyn, czy te¿ s³u¿enie ludziom? Czy w ogóle istnieje mo¿liwoœæ pomagania ludziom i ca³emu œwiatu? W znaczeniu absolutnym nie ma takiej mo¿liwoœci; w znaczeniu wzglêdnym owszem ona istnieje.

Nikt z nas nie mo¿e daæ naprawdê trwa³ej pomocy nikomu; nikt uczyniæ coœ co by³oby dla drugich, dla œwiata, sta³ym i wiecznym dobrem; gdyby to by³o mo¿liwe œwiat nasz inaczej by wygl¹da³. Mo¿emy zaspokoiæ g³ód cz³owieka na chwilê, ale za godzinê znów bêdzie g³odny. Ka¿da radoœæ jak¹ damy ludziom bêdzie przejœciowa. Nikt nie jest w stanie uleczyæ tej wci¹¿ powracaj¹cej gor¹czki pragnienia przyjemnoœci, rozkoszy, dobrobytu; nikt wyrwaæ cz³owieka spod dzia³ania dwójni – uciechy i cierpienia. Czy¿ móg³by ktokolwiek obdarzyæ ca³y œwiat trwa³ym szczêœciem? Nie mo¿na wywo³aæ ¿adnej fali w oceanie nie tworz¹c obok wklês³oœci. Ogólna suma dobrych tj. pomyœlnych i przyjemnych rzeczy na œwiecie, w stosunku do potrzeb i po¿¹dañ cz³owieka, jest od wieków ta sama, nie mo¿na jej ani zwiêkszyæ ani zmniejszyæ. Spójrzmy na historiê ludzkoœci od wieków a¿ po dziœ dzieñ; czy¿ pomimo tylu zmian, nowych odkryæ, wci¹¿ nowo-wymyœlonych œrodków zaspakajania ¿¹dz cz³owieka, nie dostrzegamy wci¹¿ takich samych nieszczêœæ, udrêczeñ, trosk, zupe³nie podobnych rozkoszy jak i mêki, oraz ró¿nic w stanowiskach i mo¿liwoœciach rozwoju? Czy¿ nie widzimy podobnie jak przed wiekami bogatych i biednych, nêdzarzy i milionerów, chorych i zdrowych, rozumnych i idiotów? Tak samo by³o w dawnym Egipcie, Grecji, Rzymie i w jeszcze bardziej staro¿ytnych czasach, jak jest w wielu krajach i dziœ. Na ile znamy historiê zawsze by³o podobnie; ale jednoczeœnie mo¿emy stwierdziæ, ¿e obok tych niezmiennych dwójni rozkoszy i cierpienia, istnia³o zawsze usi³owanie garstki ludzi aby troskom i cierpieniom innym ul¿yæ. W ca³ej historii spotykamy setki ludzi pracuj¹cych szczerze, a nieraz ciê¿ko, nad u³atwieniem ¿ycia innym. Czy siê im to udawa³o? Jest to podobne do rzucania pi³ki z jednego miejsca w drugie. Usuwamy cierpienie w jednej formie, a ono pojawia siê znów w innej; zmniejszamy dolegliwoœci fizyczne przez coraz nowe metody leczenia czy higieny, a one pojawiaj¹ siê nieco inne w zawi³ych problemach myœlowych, czy w mêce uczuciowej. Przypomina to obraz jaki nam daje Dante gdy opowiada o piekle, obraz sk¹pca który ma bry³ê z³ota wydŸwign¹æ na szczyt wzgórza; za ka¿dym razem gdy mu siê udaje posun¹æ j¹ w górê, ona znów zeœlizguje siê w dó³. Wszystkie górnobrzmi¹ce frazesy o nadchodz¹cym wieku pomyœlnoœci i ogólnego dobrobytu, s¹ jak historie dla dzieci o wró¿kach i cudach. Ka¿dy naród marzy o tej epoce pomyœlnoœci, i ka¿dy sobie wyobra¿a, ¿e ze wszystkich ludów tej ziemi on w³aœnie bêdzie siê cieszy³ najwiêkszym dobrobytem i najwiêkszym szczêœciem. Co za wspania³e nie egoistyczne marzenie!

Nie da siê nic dodaæ do ogólnej sumy pomyœlnoœci czy uciech na œwiecie, jak i do cierpienia i trosk; bêd¹ one wi¹¿ takie same. Mo¿emy przesuwaæ coœ z nich z jednego miejsca na drugie, i znów z powrotem, ale musi pozostaæ ta sama suma, bo jest to jedn¹ z cech w³aœciwych naszemu œwiatu. Te podnosz¹ce siê i opadaj¹ce fale tak cierpieñ jak uciech, s¹ nieuniknione, s¹ cech¹ naszego przejawionego œwiata; s¹dziæ i¿ jest inaczej – ¿e mo¿na mieæ same uciechy bez cierpienia – by³oby równie nielogiczne, jak wyobra¿aæ sobie, ¿e tu, na ziemi mo¿e istnieæ ¿ycie bez œmierci. Oczywiœcie by³oby to absurdem, gdy¿ samo pojêcie ¿ycia zawiera w sobie i pojêcie œmierci, a uciechy cierpienia. Lampa pal¹c siê musi nieustannie spalaæ knot i to jest jej ¿ycie. Jeœli chcemy mieæ ¿ycie, musimy umieraæ za nie w ka¿dej chwili. ¯ycie i œmieræ s¹ tylko ró¿nymi wyrazami tego samego zjawiska, ogl¹danymi z dwóch ró¿nych punktów; s¹ one wznoszeniem siê i opadaniem tej samej fali, stanowi¹ jednoœæ. Patrz¹c na „opadanie”, czyli wklês³oœæ fali, cz³owiek staje siê pesymist¹; a inny, patrz¹c na jej wznoszenie siê, na szczyt fali, staje siê optymist¹. W m³odym wieku, gdy rodzice zaopatruj¹ wszystkie potrzeby ch³opaka, a on ma tylko uczyæ siê, nie wiele mu do szczêœcia potrzeba, jest wiêc z natury optymist¹. Ale z wiekiem nabywa spokojnej oceny wszystkiego, a doœwiadczenia zmieniaj¹ nieco jego optymizm. Podobnie jest i z narodami, m³ode s¹ niemal zuchwa³ymi optymistami, s¹dz¹ ¿e wszystko potrafi¹ zmieniæ na œwiecie; ale narody staro¿ytne, maj¹ce dziesi¹tki wieków historii za sob¹, patrz¹ na ¿ycie inaczej. Jedno indyjskie przys³owie mówi: „Przez tysi¹c lat wielki gród – w nastêpne tysi¹c – las”. Ta zmiana lasu w miasto, a po tysi¹cach lat znów miasta w las, dokonywa siê wszêdzie; zale¿nie od strony z której cz³owiek patrzy staje siê pesymist¹ lub optymis¹.

Zastanówmy siê nad drugim pojêciem, mianowicie – równoœci. Niejedna religia g³osi i¿ zbli¿a siê nowy wiek, w miarê jak zbli¿amy siê od chrzeœcijañskiego roku 2000; mówi¹ nawet, ¿e Bóg sam siê wcieli aby rz¹dziæ œwiatem, ¿e zapanuje wówczas zupe³na równoœæ ¿ycia i warunków. Ci którzy to g³osz¹ s¹ fanatykami, a fanatycy s¹ zawsze ludŸmi najbardziej oddanymi swojej idei. W pierwotnym Chrzeœcijañstwie by³o wiele z tego fanatyzmu, i w³aœnie to przyci¹ga³o i olœniewa³o Greków i Rzymian. Wierzyli, ¿e w tej nowej religii nie bêdzie niewolnictwa, ¿e nastanie wkrótce wiek pomyœlnoœci i nikt nie bêdzie cierpia³ g³odu ani nêdzy. Pierwsi g³osiciele tych pojêæ mieli najszczersz¹, fanatyczn¹ wiarê, której byli absolutnie oddani. Dziœ s¹ tak¿e ludzie którzy myœl¹ o nowej epoce gdy zapanuje wolnoœæ, równoœæ i braterstwo. Ale i to jest fanatyzmem. Ca³kowita równoœæ nigdy nie istnia³a na œwiecie i nigdy nie mo¿e zaistnieæ. Jak¿e mo¿emy wszyscy byæ równi? Taka pod strychulec równoœæ by³aby ca³kowitym zastojem, a wiêc œmierci¹. Có¿ czyni œwiat takim jakim dziœ jest? Utrata równowagi. W stanie pierwotnym, który nazywamy chaosem, panuje ca³kowita równowaga. Jak¿e siê wy³aniaj¹ z tego chaosu wszystkie twórcze, budownicze si³y stwarzaj¹ce wszechœwiat? Przez tarcie, ciœnienie, zmaganie, „wspó³zawodnictwo”. A jeœli wyobrazimy sobie, ¿e wszystkie cz¹steczki materii pozostaj¹ w równowadze, czy¿ móg³by wówczas zaistnieæ proces stwórczy i rozwojowy? Wiemy na podstawie nauki, ¿e by³oby to niemo¿liwe. Gdy naruszamy spokój cichych wód, ka¿da cz¹steczka wprawiona w ruch stara siê powróciæ do stanu spokoju, uderzaj¹c przy tym o inne; podobnie wszystkie zjawiska objête mianem „wszechœwiat” walcz¹ i zmagaj¹ siê d¹¿¹c do osi¹gniêcia pierwotnego stanu równowagi. Znów przychodzi bodziec i naruszenie spokoju i na nowo powstaje tarcie, ciœnienie i ró¿norodne po³¹czenia i nowe tworzenie. Nierównoœæ jest podstaw¹ stawania siê i stwarzania. Ale energie d¹¿¹ce do przywrócenia równoœci jak i te które j¹ naruszaj¹ i zak³ócaj¹ s¹ dla procesu tworzenia potrzebne.

Ca³kowita równoœæ, co oznacza³oby równowagê wszystkich œcieraj¹cych siê si³ i elementów na wszystkich planach, nie mo¿na nigdy zaistnieæ na takim œwiecie. Zanim zapanowa³by taki stan, ziemia sta³aby siê zupe³nie nieodpowiednia dla jakiegokolwiek ¿ycia i nikt by siê na niej nie utrzyma³. Tote¿ uwa¿am, ¿e wszystkie te idee o nowej epoce, która przyniesie absolutn¹ równoœæ nie tylko nie maj¹ ¿adnej podstawy, ale doprowadzi³y nas niew¹tpliwie do zupe³nego zniszczenia gdybyœmy je chcieli stosowaæ.

Co stanowi g³ówn¹ ró¿nicê pomiêdzy ludŸmi? Przede wszystkim w³adze umys³owe. Nikt, prócz zupe³nego nieuka, nie mo¿e dziœ twierdziæ, ¿e wszyscy przychodz¹ na œwiat z tak¹ sam¹ si³¹ intelektu. Przychodzimy na ten œwiat z zupe³nie innym umys³owym i psychicznym wyekwipowaniem; od urodzenia jesteœmy albo ludŸmi mizernymi, przeciêtnymi, albo posiadaj¹cymi pewn¹ wielkoœæ, i zmieniæ lub uciec od tego, jakby przed urodzeniem ju¿ okreœlonego stanu nie potrafimy. Czerwonoskórzy Indianie zamieszkiwali Amerykê przez tysi¹ce lat, a oto garstka waszych przodków (odczyt by³ wyg³oszony w Ameryce przyp. t³umacza) przybywa tutaj i zmienia oblicze ca³ego kraju. Czemu¿ Indianie nie wznieœli podobnych gmachów i nie wprowadzili takich ulepszeñ, jeœli byli równi w inteligencji tym nowym przybyszom? Ta grupa waszych przodków wznios³a tu now¹ moc inteligencji, nowe asocjacje przesz³ych doœwiadczeñ i aktywnoœæ, któr¹ wyrazili w czynie. Zupe³ny brak zró¿nicowania, dyferencjacji, czyli brak ró¿norodnoœci to zastój i œmieræ. Dopóki ten œwiat istnieje bêdzie musia³o istnieæ tak¿e i zró¿nicowanie i odrêbnoœci; a epoka doskona³ej równoœci nadejdzie dopiero wtedy, gdy cykl stworzenia bêdzie siê zbli¿a³ ku koñcowi, w ¿adnym razie nie wczeœniej. Jednak nadzieja, ¿e wraz z nast¹pieniem roku 2000 coœ radykalnie siê zmieni, jest dla wielu du¿¹ do pracy dla ludzkoœci pobudk¹. Podobnie jak nierównoœæ jest konieczna dla samego procesu tworzenia, tak i wysi³ki ludzkie aby j¹ zmniejszyæ i sprowadziæ do minimum s¹ tak¿e dal naszego ¿ycia potrzebne. A jeœli by zamar³ wysi³ek aby siê wyrwaæ z wiêzów, zdobyæ wolnoœæ i powróciæ w PraŸród³o, w czysty Byt, wszelka twórczoœæ zatrzyma³a by siê równie¿. Ró¿nica tych dwóch tendencji okreœla pobudki cz³owieka; zawsze bêd¹ istnia³y te dwa rodzaje motywów sk³aniaj¹cych ludzi do pracy; jeden wzmacnia wiêzy, drugi zbli¿a do wyzwolenia.

Mechanizm tego œwiata jest podobien do rozpêdzonych kó³ w kole wiêkszym, jest o tyle straszny, ¿e gdy w³o¿ymy w jedno ko³o rêkê, tak nas pochwyci, ¿e wyrwaæ siê jest ju¿ trudno. Ludzie myœl¹ przewa¿nie, ¿e gdy skoñcz¹ jeden obowi¹zek zdo³aj¹ odetchn¹æ i pobyæ w spokokju; jest to z³udzenie; zanim wykonamy czêœæ pierwszego obowi¹zku ju¿ drugi nas oczekuje i nam siê narzuca. Wszystkich nas wci¹ga ta potê¿na, z³o¿ona, trudna do zrozumienia maszyna œwiata. Dwa s¹ tylko sposoby wyrwania siê spod jej dzia³ania. Jeden – to pozbyæ siê wszelkiego zainteresowania dla ca³ego mechanizmu, zobojêtnieæ, tj. odrzuciæ, czy zniweczyæ pragnienia i staæ jakby na uboczu, jako œwiadek dzia³añ i obrotów tej wielkiej maszyny. Jest to ³atwe do powiedzenia, ale niemal niemo¿liwe do wykonania. Nie wiem czy na dwadzieœcia milionów ludzi znajdzie siê jeden który to potrafi. Drugi sposób, ten który na przedstawia Karma Joga, to rzuciæ siê w ¿ycie, w dzia³anie, w czyn, ale... posi¹œæ wpierw tajemnicê pracy, j¹ w³aœnie ods³ania nam Karma Joga. Nie uciekaæ od tej wielkiej maszyny, nie izolowaæ siê, a bêd¹c w samym jej œrodku, znaæ tajemnicê czynu. Przez w³aœciw¹ pracê mo¿na, pozostaj¹c w samych jej trybach, wyrwaæ siê z nich, bo drog¹ staje siê wówczas sama ta wielka maszyna.

Mówiliœmy ju¿ czym jest praca, i dzia³anie. Jest nieod³¹czn¹ czêœci¹ przyrody, dokonywaæ siê musi ci¹gle, bez przerwy. Ludzie którzy wierz¹ w istnienie Istoty najwy¿szej – Boga – zrozumiej¹ to lepiej, bo wiedz¹ i¿ On jest doœæ potê¿ny by niczyjej pomocy nie potrzebowaæ. Choæ ten œwiat bêdzie istnia³ zawsze, naszym celem jest wolnoœæ i bezinteresownoœæ; a Karma Joga nam mówi, ¿e mo¿na ten cel osi¹gn¹æ przez pracê. Wszelkie idee stworzenia doskona³ego szczêœcia na œwiecie s¹ dobre jako pobudki dla fanatyków tylko; a musimy zdaæ sobie sprawê, ¿e fanatyzm sprowadza tyle¿ dobrego co i z³ego. A Karma Jogin siê pyta po co jest nam potrzebna inna pobudka nad wrodzone ukochanie wolnoœci. Musimy wznieœæ siê ponad zwyk³e ludzkie pobudki.

„Macie prawo do pracy ale nie do jej rezultatów”.

Cz³owiek musi staraæ siê zrozumieæ treœæ tych s³ów i wedle nich ¿yæ, mówi nam Karma Joga. Gdy g³êboka chêæ czynienia dobrze, s³u¿enia ludziom, staje siê nieod³¹czn¹ czêœci¹ naszej istoty, nie ogl¹damy siê wówczas za ¿adnym zewnêtrznym, bodŸcem ani pobudk¹. Spe³niamy czyny dobre po prostu dlatego, ¿e s¹ dobre, ¿e pe³niæ je jest rzecz¹ piêkn¹; kto czyni dobrze choæby po to aby siê dostaæ do nieba, gotuje sobie wiêzy, mówi nam Karma Joga. Ka¿da praca, ka¿dy czyn spe³niany choæby z najl¿ejsz¹ egocentryczn¹ pobudk¹, zamiast nas wyzwoliæ, wi¹¿e, kuje nowe ³añcuchy na przysz³oœæ.

Wiêc jedyn¹ drog¹ do wolnoœci jest nie myœleæ o rezultatach naszej pracy, nie dbaæ o nie zupe³nie, nie przywi¹zywaæ siê do ¿adnych. Trzeba wiedzieæ wewnêtrznym doœwiadczeniem, ¿e cia³o nie stanowi naszej istoty, ¿e ca³y dookolny œwiat to nie my, i w³aœciwie gdy pracujemy cia³o wykonywa czynnoœci, a dusza mo¿e trwaæ w spokoju. Czemu¿ mamy pozwalaæ by nam ¿ycie narzuca³o wiêzy? Ale... ³atwo powiedzieæ: nie zwi¹zujmy siê z niczym, ale jak do tego dojœæ? Oto ka¿da dobra, u¿yteczna praca, spe³niana bez ¿adnego ubocznego motywu, „czysto”, dla niej samej, zamiast stwarzaæ nowe wiêzy, niweczy jakieœ ich ogniwo stworzone w przesz³oœci. Ka¿da dobra myœl jak¹ posy³amy w œwiat, nie spodziewaj¹c siê ¿adnego oddŸwiêku, czy wzajemnej ¿yczliwoœci, wejdzie w zbiornik dobroczynnych si³ które z³ami¹ coraz wiêcej tych ogniw i oczyszcz¹ nasz¹ naturê, a¿ stanie siê przejrzysta i jaœniej¹ca wewnêtrznym œwiat³em. Ale wszystko to mo¿e siê wam wydawaæ nazbyt filozoficzne lub zrozumia³e, teoretyczne i dalekie od codziennego ¿ycia. Sam czyta³em wiele krytyk tej nauki Bhagawad Gity, wiele udowodnieñ, ¿e nie mo¿na nic robiæ bez jakiegoœ motywu i ¿e nie ma czynu bez pobudki, mówi¹ ci krytycy; oznacza to tylko, ¿e nigdy nie spotkali ludzi zupe³nie bezinteresownych – poza fanatykami – dzia³aj¹cych dla samego piêkna dzia³ania; tylko tacy mog¹ podobne zdanie wyg³aszaæ.

Chcia³bym wam na zakoñczenie powiedzieæ o jednym wielkim cz³owieku który t¹ naukê Karma Jogi stosowa³ doskonale, cz³owiekiem tym jest Buddha. Mo¿e jest on nawet jedynym który Karma Jogê wzniós³ do doskona³oœci. Zdaje mi siê, ¿e wszyscy inni prorocy i nauczyciele znani na naszej ziemi mieli i jakieœ inne bardziej zewnêtrzne motywy w swoim bezosobistym dzia³aniu; ale nie mia³ ich wcale Buddha.

Wœród tych wielkich nauczycieli ludzkoœci istniej¹ dwa typy; jeden to ci, którzy siebie uwa¿ali za boskie wcielenia; drugi to ci którzy s¹dzili i¿ s¹ tylko bo¿ymi wys³añcami którzy musieli zst¹piæ na ziemiê dla jakiegoœ dokonania; wiêc jedni i drudzy czerpali natchnienie i impet do dzia³ania, z poza siebie i jakby oczekiwali pewnych skutków swej pracy. A Buddha jest jedynym który wyrzek³: „Nie dbam o wszystkie wasze o Bogu teorie. Có¿ za po¿ytek wieœæ najsubtelniejsze dyskusje o duszy? B¹dŸcie dobrzy, czyñcie dobro, zaprowadzi was to do wolnoœci i do prawdy która istnieje”. W ca³ym swoim ¿yciu nie mia³ cienia egocentrycznych pobudek, a któ¿ wiêcej pracowa³ i trudzi³ siê jak on? Wska¿cie mi na przestrzeni ca³ej historii drugiego cz³owieka, który tak wysoko siê wzniós³ ponad ludzkoœæ. Ca³a rasa ludzka wyda³a niemal jedyny podobny charakter ³¹cz¹cy tak wznios³¹ filozofiê z tak g³êbokim wspó³czuciem. Ten wielki filozof, g³osz¹cy najwy¿sze filozoficzne pojêcia, mia³ g³êbokie wspó³czucie dla najni¿szych zwierz¹t; a nigdy nie mówi³ o sobie i ¿adnych nie przypisywa³ sobie potêg. Jest on idealnym Karma Joginem, który dzia³a³ zawsze bez najl¿ejszej zewnêtrznej pobudki; czy¿ nie by³ on najwiêkszym spoœród ludzi, gdy¿ ³¹czy³ najwy¿sz¹ filozofiê z gor¹cym sercem, rozum ze s³odycz¹, mi³oœæ z czuciem, potêgê ducha z prostot¹. Mo¿na go nazwaæ najwiêkszym reformatorem wœród ludzkoœci; by³ pierwszym który œmia³ powiedzieæ: „Nie wierzcie w nic tylko dlatego, ¿e najstaro¿ytniejsze ksiêgi to g³osz¹; nie wierzcie bo tak ka¿e wasza narodowa tradycja, lub tak uczono was w dzieciñstwie; u¿ywajcie waszego rozumu dla sprawdzenia ka¿dej nauki, a gdyœcie j¹ przemyœleli i stwierdzili, ¿e mo¿e przynieœæ dobro dla jednego cz³owieka i dla wielu, przyjmijcie j¹, ¿ycie wedle niej i pomagajcie innym do przyjêcia i ¿ycia ni¹”.

Zaiste ten pracuje najlepiej kto dzia³a be¿ ¿adnej pobudki, nie spodziewaj¹c siê zap³aty, nagrody, s³awy, czy rajskich szczêœliwoœci, a nawet zbawienia; a gdy ktoœ z nas do tego poziomu siê wzniesie, stanie siê tak¿e jako Buddha i stworzy si³ê która dozwoli ludziom tak pracowaæ, ¿e przemieni siê œwiat. Tak, Buddha jest najwy¿szym idea³em Karma Jogi.

Swami Wiwekananda

Jeli podoba Ci si artyku
dodaj do niego swj gos
10
Zobacz ranking najbardziej popularnych artykuw na naszej stronie
SZUKAJ na naszej stronie


OGŁOSZENIA
 
Poszukujemy T£UMACZA
z jêzyka polskiego na
CHIÑSKI
.
Prosimy o kontakt
na adres mailowy:
info@himalaya-tirtha.org

Poszukujemy T£UMACZA
z jêzyka polskiego na
HISZPAÑSKI
.
Prosimy
o kontakt na adres mailowy: 
sadadeva@yahoo.es
Tablica ogosze
 
   
 

2005-2010 by Himalaya Tirtha Sangha.
Wszystkie prawa zastrzeone. Wykorzystywanie materiaw
zawartych na stronie bez zgody jej autorw jest ZABRONIONE.
Engine by CodaTeam

Kontakt: info@himalaya-tirtha.org


Firefox 3  Submit your website to 20 Search Engines - FREE with ineedhits!
 
strona zaprojektowana
i zarządzana na platformie
Apple Macintosh
komunikację oraz wymianę
danych z serwerem ftp
obsuguje TRANSMIT 3