HTS :: O nas ... :: News :: The Himalaya Master :: Biblioteka :: Uniwersytet Himalaya :: Galeria
Multimedia :: Podcast :: Złoty Brzask :: Warsztaty :: Zajęcia cykliczne :: Kalendarz Ezoteryczny
Prezenty dla sponsorów :: Tablica Ogłoszeń :: Linki :: Kontakt :: Wpłać dotację :: Mapa Strony
» HTS » Biblioteka » Rozwój Potęgi Woli

Follow us on:
UNIWERSYTET HIMALAYA
NAUKI MISTRZÓW
Ezoteryczny Uniwersytet
Duchowy HIMALAYA
Zapraszamy wszystkich chętnych do podjęcia duchowych studiów korespondencyjnych.
Po zarejestrowaniu będziesz otrzymywać dwa razy w tygodniu Duchowe Orędzie Himalajskich Mistrzów w postaci lekcji i wykładów.
Liczba studentów: 878
Zarejestruj się
Biblioteka Wiedzy Ezoterycznej - katalog
SATSANG on WEB
Himalaya Master - odpowiedzi na pytania Uczniów, Studentów
Zbiory nauk duchowych:
Sûtry: HRIDAYA (Apokryfy)
Udâny: PMH
Ćakramy
Tajemna Wiedza o Ćakramach - ośrodkach świadomości i duchowych mocy!
Jogasutra
Księga Jogi - Ryszi Patańdźali. Komentarze
Gematria
Mistyczna Numerologia
Kosmogram Gematryczny
Listy od Mistrza
Duchowe nauki i rady zawarte w listach od Himalaya Master do Uczniów
Gâthâ
Nauki wierszem, poematy i powiedzenia metryczne
Słownik
Himalaya Wiki
 
 


KSIĄŻKI, SKRYPTY, CD
PREZENTY DLA SPONSORÓW
Nowości:
Devanagari
praca zbiorowa
blok do ćwiczeń
kaligrafii sanskrytu
Czohanija 2008
Himalaya Tirtha Sangha
Pieśni duchowe, bhadżany, hymny wedyjskie, mantramy nagrane podczas Festiwalu Czohanija 2008.
Sukha Sutra
The Himalaya Master
Płyta CD, 42 afirmacje piosenki, które pomagają rozwinąć cechy bogactwa duchowego i materialnego.
Przekazy Mistrza Himalaya TOM 2
Himalaya Master
Perły Duchowej Wiedzy. Kolejne odpowiedzi na nurtujące pytania, porady i wskazóowki. Autor prostuje wiele zagmatwanych zagadnień z dziedziny Rozwoju Ducha, Jogi, Medytacji, Religii, Mistyki.
Aktualna lista prezentów
 
 
Licznik odwiedzin: 4199421
Ostatnia aktualizacja strony:
16-06-2017, 00:18
Wincenty Lutosławski

Trzecie ulepszone wydanie nakładem księgarni
Stowarzyszenia Nauczycielstwa Polskiego. Wilno 1923 r.

Spis treści:

Dedykacja Apolinaremu Tarnawskiemu
Przedmowa do 3-go wydania
Z przedmowy do pierwszego wydania
Dopisek do drugiego wydania
I. Aryjskie tradycje
II. Warunki powodzenia ćwiczeń  
III. Rytm oddychania
IV. Ćwiczenia ożywcze   
V. Umiejętność odpoczynku  
VI. Ćwiczenia psychofizyczne 
VII. Ćwiczenia estetyczne   
VIII. Radża joga
IX. Zastosowania szczegółowe  
X. Posty  
XI. Modlitwa   
XII. Służba boża  
Krótka wiadomość o autorze



APOLINAREMU TARNAWSKIEMU,

Działającemu przez wpływ ducha na ciało,

Twórcy leczniczy pod Kosowem w Karpatach,
Ta książka niechaj posłuży za narzędzie
Wyzwalania rodaków z lenistwa ducha,
Będącego głównym źródłem naszej niedoli.




PRZEDMOWA DO 3-go WYDANIA.

Książka niniejsza, które pierwsze dziewięć rozdziałów napisałem w 1905-ym r., była dwukrotnie wydaną w 1909-ym i 1910-ym r. i oba wydania zostały w bardzo krótkim czasie rozprzedane, tak, że od przeszło dziesięciu lat dzieło to nie jest w obiegu księgarskim. Nowego wydania przed wojną nie opracowałem dlatego, że w 1910-ym r. kraj opuściłem, osiadając we Francji i pisząc tam dzieło Volanté et Liberté, o więcej naukowej treści. Potem wojna wszechświatowa odwróciła uwagę moją od tych zagadnień, tym bardziej, że ćwiczeń w Rozwoju Potęgi Woli wymienionych, choć im zawdzięczałem wyzdrowienie z ciężkiej choroby chronicznej, sam dla siebie już nie potrzebowałem , a szerzenie ich uważałem za niebezpieczne bez osobistego kierunku kogoś kompetentnego. Przekonałem się bowiem, jak trudno bywa utrzymać roztropną miarę w tym względzie i jak łatwo chęć pozyskania zdrowia i sił może prowadzić do nadużyć.

Liczne zapotrzebowania wyczerpanego dzieła skłoniły wydawcę do propozycji nowego wydania, na które się zgodziłem, pod warunkiem dodania trzech rozdziałów ostatnich, które uważam za daleko ważniejsze dla rozwoju wszechmocy woli, niż wszystkie ćwiczenia wskazane w pierwszych dziewięciu rozdziałach. Tekst opisujący te ćwiczenia zachowałem, z nielicznymi zmianami, bo w niektórych wypadkach wyjątkowych wyższe i skuteczniejsze ćwiczenia ostatnich trzech rozdziałów mogą być dla ludzi słabej wiary niedostępne. Ale dziś ostrzegam czytelnika Polaka, że każdy naród ma swoje drogi odrębne, wiodące ku spełnieniu właściwego narodowego powołania i drogą polskiego narodu, cieszącego się najintensywniejszą świadomością narodową, nie może być ta sama, którą kroczyli ziomkowie Rabindranath Tagore i która ich doprowadziła do podziału na kasty i do biernego poddania się najeźdźcom.

Polak rośnie czynem społecznym i narodowym, a w ćwiczeniach psychofizycznych nie szuka własnej spokojności, jak Hindus, lecz sił dla skutecznej służby bliźnim. Mamy w tym względzie wskazówki mędrców naszych, którzy głębiej pojmowali rzeczywistość bytu, niż najmędrsi bramini. Te prawdy ducha, które wyzwalają z jarzma niewoli cielesnej, usiłowałem streścić w ostatnich trzech rozdziałach niniejszego wydania i przez to dopiero przyswoiłem myśli narodowej dzieło, poczęte z obcego ducha. Pisząc je osiemnaście lat temu jeszcze nie znałem potęgi postu i modlitwy, a choć byłem już nawrócony na wiarę chrześcijańską, choć uprawiałem praktyki kościoła, nie miałem jeszcze tego bogatego doświadczenia Łaski, które się dla mnie zaczęło w 1913-ym roku, gdym osiadł w dolinie Arwy, w Barby, jakby w arce zbudowanej w przeczuciu mającego nastąpić potopu.

Potop wojny wszechświatowej  przepowiadałem w 1910 roku w dziele Ludzkość Odrodzona. Przewidywałem losy narodu i ludzkości, ale nie przeczuwałem osobistych moich dziwnych przeznaczeń wśród zawieruchy wszechświatowej.  W świetle tych doświadczeń duchowych maleje znaczenie Jogi, a wyrasta prosta i jasna wiara chrześcijańska do miary nadprzyrodzonej. Dziś wiem, że wyleczenie moje zawdzięczam nie tym ćwiczeniom, na które tyle czasu zużyłem, lecz dziwnej Łasce Opatrzności, która moim przeznaczeniem tak kierowała, by mi dać poznać najpierw, co wschodnie ćwiczenia dać mogą, aby tym lepiej ocenić, co daje wiara w obecność stałą Chrystusa i jego udział w naszym codziennym życiu.

To też czyniąc zadość wezwaniu wydawcy, by przygotować nowe wydanie Rozwoju potęgi woli, kładę największy nacisk na dodane trzy ostatnie rozdziały, a ostrzegam wszystkich czytelników przed nieroztropnym stosowaniem ćwiczeń w pierwszych dwóch wydaniach wskazanych. Nie pomijam tych dawnych ćwiczeń jedynie dlatego, że zestawieni ich z ćwiczeniami postu, modlitwy i służby Bożej jest w dzisiejszych czasach szczególnie pożądanym wobec szerzenia się w Polsce różnych odmian okultyzmu i rzekomej wiedzy tajemnej, czerpanej jakoby ze wschodu przez takie awanturnice jak pani Bławatka lub takich szalbierzy jak Rudolf Steiner.

Znałem osobiście Bławacką i jej następczynię Annie Besant, znałem Olcotta i Sinnetta, znam Steinera i wielu innych podobnych do niego fałszywych proroków, których Św. Jan w Apokalipsie zapowiadał, i na zasadzie tej gruntownej znajomości ludzi i ich nauk ostrzegam rodaków, by tym egzotycznym przewodnikom ani bezimiennym duchom, przemawiającym przez media, nie ufali, tylko się pokornie zwracali do Chrystusa z prośbą o światło, siły i radość, jeśli chcą przyjąć żywy udział  w wyzwoleniu narodu z niewoli ducha, gorszej jeszcze niż była niewola polityczna pod trzema zaborcami.

Śmiem twierdzić, że w trzech ostatnich rozdziałach tego nowego wydania Rozwoju potęgi woli podaję drogę niezawodną, wiodącą do zdrowia, siły i pogody ducha każdego, co zechce pracować nad sobą i służyć bliźnim. Nie ma istotnej pracy nad sobą bez służby bliźnim, ani też skutecznej służby bliźnim bez pracy nad sobą.

Każdemu, co pragnie i potrzebuje osobistego kierunku, w takich wysiłkach zawsze gotów jestem służyć swoim doświadczeniem, ale uprzedzam, ze doświadczenie w tym zakresie bywa ściśle osobiste i nie da się stosować powszechnie bez uwzględnienia osobistego położenia i przeznaczenia każdego człowieka. Więc niepodobna radzić ludziom osobiście nieznanym, tak jak i sumienny lekarz nie leczy na odległość bez osobistego zbadania pacjenta. Kto pragnie kierunku osobistego, ten powinien dążyć do spotkania się osobistego z kierownikiem, co niekoniecznie wymaga odległej podróży, gdyż dosyć często bywam w różnych częściach Polski i odwiedzam tych, co się listownie dali wprzódy poznać.

W. Lutosławski
Wilno, 25 listopada 1922.
ul. Jagiellońska 7, m.2



Z PRZEDMOWY DO PIERWSZEGO WYDANIA.

Podręcznik niniejszy powstał w lecie 1905-go roku w lecznicy d-ra Tarnawskiego i służył w odpisach od tego czasu wielu osobom tak skutecznie, że dziś ogłoszenie go drukiem odpowiada istniejącej potrzebie.

Po wydaniu dzieła mego o Platonie w 1897-ym r.1, które stanowiło zamknięcie dziesięcioletniego okresu pracy nad tym przedmiotem, doznałem takich zmian w warunkach życia, do czasu owego dosyć jednostajnych, że już w 1898-ym roku zapadłem bardzo ciężko na zdrowiu. Choroba polegała z początku na ogólnym poczuciu wyczerpania i zmęczenia, którego ani sen ani odpoczynek nie usuwał. Wierzyłem wtedy z większością lekarzy w skuteczność obfitego i pożywnego jedzenia, więc spożywałem dużo białka w różnych postaciach, lecz to nic nie pomagało. Z trudem mogłem podołać bieżącym zadaniom i znaczną część czasu spędzałem leżąc, szczególnie po jedzeniu. Gdy się nadarzyła pora, kiedy pilnych zadań nie miałem, postanowiłem zaniechać wszelkiej walki z ociężałością i leżeć bezczynnie, aż będę mieć ochotę wstać; uczyniwszy to latem 1899-go roku, po kilkunastu dniach ocknąłem się z dawno nieodczuwalną rześkością i żywotnością, pozwalającą mi zdwoić wydajność mej pracy. Ten stan żywotności trwał kilka tygodni., po czym znów przyszła ociężałość i niemoc. Od tego czasu po sobie następowały fazy życia i śmierci, bo stan niemocy wydawał mi się zupełna śmiercią ciała, przy nieprzerwanej czynności umysłowej i duchowej w ogóle.

Kolejno po sobie następowały letargi takie i zmartwychwstania, przy czym przejście od jednego do drugiego bywało prawie nagłe, odbywające się w przeciągu kilku minut, bez jakiejkolwiek spostrzegalnej przyczyny. Czasem okazję do zmartwychwstania dawało spotkanie kogoś sympatycznego żywotnego – jak np. raz się zdarzyło, gdym poznał Kazimierza Odrzywolskiego. Ale najczęściej po tygodniu lub więcej letargu wstawałem i od razu zaczynałem nowe życie, z tak zupełnym złudzeniem odzyskanego zdrowia, że wydawało się, jakby tylko co przezwyciężony letarg był ostatnim i nie miał już nigdy powrócić. Podobne złudzenie mniej regularnie się zjawiało przy zapadnięciu w letarg i wtedy się wydawało, jakby siły żywotne były już ostatecznie wyczerpane i nigdy nie miały powrócić. Złudzenia te naturalnie bywały prostowane przez rozumowanie i ciągle powracające doświadczenia zmartwychwstań z letargów.

Owe letargi były to stany niemocy fizycznej i polegały jedynie na ogromnym oporze stawianym przez ciało wobec każdego ruchu. Nie sięgały one do duszy, nie stwarzały melancholii ani pesymizmu, tylko czasem budziły wielką tęsknotę do wyzwolenia ducha z niedołężnego ciała. A niedołęstwo ciała było tak wielkie, że każdy ruch – nie tylko wstanie z łóżka, lecz nawet przewrócenie się na drugi bok, otworzenie koperty otrzymanego listu, a szczególnie napisanie najobojętniejszej kartki, odkładałem do jakiejś przygniatającej ostateczności. A jednak, gdy motyw moralny był dosyć silny – umiałem siłą woli przezwyciężyć letarg na czas krótki – wstać, ubrać się, iść do uniwersytetu i wygłosić wykład, po którym zaraz wracałem do domu i do łóżka. Tem się tłumaczy, że podczas tej choroby stale wykładałem – to w Krakowskim Uniwersytecie w roku 1900-m, to w uniwersytetach szwajcarskich w Lozannie i Genewie w r. 1901-1902, to wreszcie w Uniwersytecie Londyńskim od 1904-go do 1906-go roku – i nigdy żadnego wykładu nie opuściłem, ale też nigdy nie podejmowałem się wykładać więcej niż raz na tydzień. Treść wykładów bywała opracowywana w fazach zdrowia, a także w razie potrzeby podczas letargu. Wykłady miewane w letargu, z wielkim wysiłkiem woli, były bez życia, lecz pod względem treści nie różniły się od wykładów w fazie zdrowia, i często ci, co mnie bliżej nie znali, nie spostrzegali wielkiej różnicy. Letargi przytrafiały się mniej więcej co miesiąc, ale nie zupełnie regularnie i trwały nie mniej niż pięć dni i nie więcej, niż dni dwadzieścia. Następujące po nich fazy zdrowia trwały nie krócej, niż 10 dni i nie dłużej niż sześć tygodni, a zwykle krócej niż trzy tygodnie. W ciągu roku więc przypadało dziewięć do dziesięciu letargów. Podczas letargu wydawałem się sobie samemu jakby umarłym co do ciała – choć duch był czynny i te letargi stanowią pod względem psychologicznym dla mnie najcenniejsze doświadczenie, objaśniające mi stosunek duszy do ciała. Umierałem w ciągu siedmiu lat kilkadziesiąt razy i tyleż razy doznałem zmartwychwstania.

Za życia poznałem czym jest śmierć. Nic tu nie pomagała żadna autosugestia. W ciągu mej choroby nastąpił największy przewrót duchowy, jakiego w życiu doznałem – nagłe moje nawrócenie się do kościoła katolickiego dnia 12 listopada 1900 roku, kiedy bez żadnej zewnętrznej przyczyny ani też niczyjej namowy odbyłem spowiedź generalną u ojca Wacława Kapucyn w Krakowie. Zdawało się wówczas, że całe moje życie uległo tak radykalnej zmianie, że dawna choroba musiała zniknąć równie cudownie, jak dawna niewiara. Miałem wówczas najsilniejsze przekonanie, że rozpocząłem nowe życie i że nigdy nie wróci letarg, z którego się ocknąłem tydzień przedtem. Następny wykład odbył się 14 listopada i zawierał ogólny metafizyczny pogląd na stosunek duszy do ciała, sił fizycznych i psychicznych. Wydawało mi się wówczas, że mam ogromny, niewyczerpany nadmiar sił wszelkich. A jednak w tydzień później, 21 listopada, już z nów byłem w letargu i z łóżka wysiłkiem woli musiałem się dźwignąć, by nie opuścić wykładu. Następny i ostatni wykład na Wszechnicy Jagiellońskiej odbył się w dniu 28 listopada w stanie znów najlepszego zdrowia, przy niezwykłych silach. I miałem dowód, że alternacja letargów i zmartwychwstań nie została przerwana przez nawrócenie religijne. Nie pomogły modlitwy, ani częste przyjmowanie sakramentów, ani żadne wota religijne. Nie pomogły też żadne kuracje, które odbywałem odo czasu do czasu bądź w uzdrowiskach letnich, jak Kosów lub Rajeczfurdo, bądź pod ścisłym nadzorem specjalistów chorób nerwowych, jak Ziehen, Binswanger, Forel. Na próżno radziłem się najznakomitszych lekarzy, jak Lombroso w Turynie, Flechsig w Lipsku, Mendel w Berlinie, Wernicke we Wrocławiu. Wszyscy orzekli, że taka periodyczność stanów osłabienia jest trudna bardzo do wyleczenia, ale że może trwać przez najdłuższe życie bez pogorszenia. Próbowano elektryczności, masażu, hipnotyzmu, lekarstw wewnętrznych, bez żadnego skutku. Względnie najlepszy rezultat dała kuracja kosowska, która przedłużyła fazy zdrowia, lecz nie usunęła faz letargu. A te powracające nieregularne fazy letargu wielce utrudniały ciągłość pracy i ograniczyły jej wydajność.

Gdy ani lekarze ani księża nie mogli mi pomóc – a życie tak często przerywane wydawało się zbyt niepewne, postanowiłem sam sobie znaleźć drogę wyjścia z położenia tak nieprzyjemnego. Osiadłem w 1903-m roku w Londynie i korzystając ze zbioru British Museum, zacząłem czytać wszystko, co mogłem tam znaleźć o zdrowiu, stosunku ducha do ciała i różnych metod zwalczania chorób chronicznych. Zagłębiając się w tę literaturę spostrzegłem, że odwieczne doświadczenia, znane pod nazwą jogi w Indiach, przenikać zaczynają teraz do Ameryki dzięki misjonarzom indyjskim, uczniom znakomitego pustelnika Ramakryszny, który polecił im działanie na dalekim zachodzie. Przekonałem się, że niektóre najnowsze badania zachodniej nauki fizjologicznej potwierdzają dawne tradycje indyjskie. Amerykanie najśmielej stosują dawne przepisy, a po części sami nowe wymyślają i zaczynają wierzyć w możliwość nieograniczonego przedłużenia życia2.

Na wiosnę 1905-go roku zacząłem w Londynie ćwiczenia oddychania, lecz nie zachowawszy właściwej miary, nie osiągnąłem skutku, i jeszcze ciężej zapadłem w niemoc. Jednak postanowiłem powrócić do ćwiczeń w lepszych warunkach i szukałem stosownego miejsca w Walii, Kornwalii i na wyspach Scilly – ale nigdzie tam nie znalazłem odosobnienia, które jest potrzebne do zupełnego powodzenia. Zdecydowałem się opuścić Anglię i ze zbiorem książek o Jodze wyruszyć na dłuższy pobyt do Kosowa, gdzie już dawniej w 1900-ym i w 1902-m roku spędzałem po kilka miesięcy z wielkim zadowoleniem. Przybyłem do Kosowa w Lipcu 1905-go roku i zacząłem starannie stopniowanie ćwiczenia, opierając się na niniejszym podręczniku, który tam opracowałem.

Jeszcze dwa razy doznałem letargu – lecz gdym z ostatniego letargu się dźwignął 20 Sierpnia 1905-go roku i na nowo zaczął ćwiczenia, letarg nie wracał i nie powrócił dotąd. Opierając się na listach ode mnie otrzymanych, znakomity psycholog amerykański William James opisał moją kurację w wykładzie mianym na kongresie filozoficznym amerykańskim w Nowym Jorku 28 Grudnia 1906 r., pod tytułem „The energies of men”. Wykład ten, wydany 1-go Marca 1907 r. w piśmie Science, także tłumaczony na francuski język w Revue de philosophie (Avril 1907) zwrócił uwagę szerokich kół psychologów na moje doświadczenia – na skutek czego byłem proszony o zdanie sprawy z nich w różnych towarzystwach w Genewie i Paryżu, a najwięcej na uniwersytetach amerykańskich, gdzie w ciągu 1908 roku często wykładałem o sile woli, przytaczając własne moje doświadczenia. Wykłady te wywoływały dyskusje, wskutek których miałem dużo sposobności do namysłu moim zupełnym wyzdrowieniem i nad ćwiczeniami psychofizycznymi.

Miałem zamiar napisać o tym nowe i obszerniejsze dzieło, z uwzględnieniem narastającej w ostatnich latach literatury przedmiotu i zebranych w Ameryce wiadomości – lecz postanowiłem wprzódy wydać rękopis pierwotny niniejszego podręcznika, który ma to znaczenie, że posłużył mi dla odzyskania zdrowia.

Kto chce te ćwiczenia wypróbować, nie powinien sobie utrudniać zadania, eliminując z nich zalecane wyobrażenia, skoro punktem wyjścia i podstawą ćwiczeń jest wiara w siłę twórczą wyobraźni. Bez takiej wiary trudno by wytrzymać surową dyscyplinę tych ćwiczeń, a ćwiczenia same bez działania wyobraźni byłyby jak ciało bez duszy. Kto chce te ćwiczenia osądzić i wypróbować, ten powinien je wykonywać najpierw ściśle, a wprowadzać ewentualne zmiany osobiste stopniowo i powoli. Nie są to ćwiczenia mięśniowe, lecz psychofizyczne, więc wykonanie samych ruchów, bez towarzyszących im wyobrażeń, nie miałoby wcale tego samego znaczenia.

Te wyobrażenia, według wiekowego doświadczenia Hindusów, potwierdzonego w nowszych czasach przez liczne próby w Ameryce, są ważnym, a nawet zasadniczym pierwiastkiem ćwiczeń. Doniosłość ich wcale nie zależy od ewentualnego ich naukowego zbadania. Do tego, by chodzić, wcale nie potrzeba znać całej anatomii stopy. A gdyby jakiś anatom, przy badaniu mięśni na trupach, nie mógł sobie wytłumaczyć ich funkcjonowania podczas chodu, i wobec tego przeoczył możliwość chodu, i wobec tego przeczył możliwości chodu – to jego pseudonaukowe zaprzeczenie wcale by nie okulawiło ludzi żywych i chodzących.

Badanie fizjologiczne nawet żywych organizmów, dopóki nie są one poddane świadomemu działaniu woli i wyobraźni, w żaden sposób nie może dać nam pewnych wniosków o skutkach takich ćwiczeń, jak te, które tutaj są podane. Aby o nich sądzić, trzeba je wypróbować, i to w pełni, a przez czas dłuższy, niż trwają zwykle fizjologiczne eksperymenty, bo przebudowanie i przeobrażenie ciała wymaga, według zgodnych świadectw tych co go dokonali – lat kilku lub kilkunastu. Tylko istnienie takich ludzi wśród nas będzie dla nas prawdziwą okazją do naukowych badań i sądów o Jodze. Wytrwanie jest niezmiernie trudne w naszych obecnych politycznych warunkach, gdyż życie nasze narodowe wymaga prawie ustawicznie rabunkowej gospodarki i wyczerpywania kapitału sił żywotnych, na zadośćuczynienie bieżącym najpilniejszym potrzebom.

W takim położeniu nawet liczne niepowodzenia jeszcze niczego by nie dowiodły. Tysiące prób nieudanych nie mają takiej doniosłości, jak jedna udana, a największa ilość niepowodzeń wcale nie dowodzi niemożliwości powodzenia. Przeprowadzenie obiektywnego dowodu skuteczności ćwiczeń psychofizycznych wymagałoby specjalnej pracowni, pomieszczonej w górach, wśród najczystszego powietrza i przy obfitości najczystszej wody, dostarczającej także  siły potrzebnej nie tylko dl niezbędnego elektrycznego światła, lecz nawet dla opalania elektrycznością cel zakonnych i łazienek. Tylko w ten sposób moglibyśmy w naszym klimacie wytworzyć warunki podobne do tych, które natura dała Hindusom na południowym stoku gór Himalaja.

W takim nowożytnym klasztorze, nieskalanym ani zwierzęcą strawą, ani alkoholem, ani tytoniem, ani ogniem kuchennym, mieszkaliby ludzie, poświęcający życie pracy nad zbadaniem warunków przeobrażenia ciała przez wpływ ducha. Zdobyte siły ducha ci ludzie powinniby zastosować do zadań umysłowych i wychowawczych, więc wydawaliby dzieła i wysyłaliby na kraj cały od czasu do czasu misjonarzy, któryby nie tylko słowem, ale całą swą postawą, wyrazem twarzy, wytrzymałością, wpływem zbawiennym na wszystkich, coby się z nimi stykali, dowodzili skuteczności przyjętej reguły życia. W takim ognisku doświadczeń psychofizycznych w miarę jakby siła tam skupiona wzrastała, znalazłoby się miejsce na zastosowanie lecznicze i wychowawcze. Z czasem poniżej pracowni naukowej powstałaby lecznica dla rozbitków życiowych, któryby tam szukali odrodzenia ciała i ducha, a między jednym zakładem a drugim także stanęłaby szkoła dla takich dzieci, których rodzice nie baliby się odstępstwa od tradycji przekarmiania i dogadzania zmysłom wychowanków. Do tej szkoły przyjmowano by tylko dzieci najzdolniejsze, aby je wychować, nie krępując niczym ich twórczych natchnień, a nawet stwarzając warunki, w których te natchnienia stawałyby się coraz to częstsze.

Dopóki na taką instytucję nie ma jeszcze ani środków, ani ludzi – to, ci co wierzą w jej możliwość, niczym ni przyczynią się tak skutecznie do jej powstania, jak przez ustawiczne wysiłki w pracy nad sobą nawet wśród najmniej odpowiednich warunków własnego istnienia. Niniejszy podręcznik da im wskazówki do wypełniania owocnego każdej wolnej od obowiązków chwili. Ale nie trzeba zapominać nigdy, że ćwiczenia tylko tym pomogą, co usuną ze swego życia najgorsze źródła słabości ducha i ciała – mianowicie rozpustę, alkohol, tytoń, nadmiar jadła i nadmierny pośpiech w pochłanianiu nadto pożywnych potraw. Im więcej będzie ludzi dotrzymujących przynajmniej tych elementarnych warunków równowagi ciała i ducha, tym prędzej dojdziemy do świadomej i celowej pracy w instytucjach odpowiednich nad odrodzeniem fizycznym i moralnym poszczególnych narodów i całej ludzkości.

Przy takiej pracy można by o tyle przyśpieszyć naturalną ewolucję rodu ludzkiego, że w kilku pokoleniach więcej postąpilibyśmy, niż w całej Epoce historycznie znanej cywilizacji. Potrzeba do tego ludzi łączących rozległe umysłowe horyzonty z niepospolitą siłą charakteru, zapewniającą wytrwanie na raz obranej drodze, wbrew tylu odwodzącym ich z tej drogi pokusom i tylu istotnym trudnościom: wiele bowiem niepewności i wątpliwości osacza tych, co wkraczają na niezbadane szlaki, ponosząc ciężkie ofiary i wyrzekając się wielu znanych i doświadczonych już zadowoleń dla odległego i nie wypróbowanego ideału. W żadnej literaturze ten ideał potęgi ducha nie został wyrażony w tak porywających obrazach, jak u nas to uczynili Mickiewicz, Słowacki i Krasiński. Ale oni widzieli z daleka obiecaną ziemię, sami nie mając sił, aby dotrzeć do niej – i w bohaterskiej walce zostali zwyciężeni. Zwyciężeni zostali dlatego, że nazbyt często w imię natchnienia lekceważyli rozum, jak mówi Artur Górski w Monsalwacie – deptali myśli3. Chcąc budować gmachy niebotyczne i wiedząc o możliwości takich gmachów, nie zastanawiali się nad technicznymi warunkami wypalania cegieł i badania ich wytrzymałości. A tu natchnienie wskazuje nam cel, lecz myśl niezbędna jest dla opanowania środków. Trzeba rozumem i doświadczeniem utorować drogę dla natchnienia i nie wyrzekać się żadnej zdobyczy, żadnego doświadczenia, żadnej ostrożności w tym upojeniu natchnienia, gdy nieskończoność zda się otwartą.

Kto przebył mękę wielokrotnej śmierci po zachwytach tyluż zmartwychwstań, a wyzwolił się pracą myśli, szukającej w zapomnianym doświadczeniu ludzkości wskazówek do nowych doświadczeń i wykonując doświadczenia przez myśl wskazane, aż się zaczęły uchylać tajemnice dotąd otaczające przebłyski natchnień i źródła żywotności – ten musi z żalem patrzeć na marnowanie żywotów i sił w tym narodzie, któremu wieszczowie wskazali tak wyraźnie krainę cudowną wolności jaźni i potęgi ducha. A iluż to ludzi wierzących w tę potęgę zarazem ją podkopuje swą nieznajomością elementarnych warunków utrzymania ciała w zależności od ducha! Jakież to smutne zaślepienie tych, co na Mickiewicza się powołując, wyobrażają sobie, że marne zadowolenia płynące z użycia tytoniu lub wina nie przeszkadzają w niczym rozwojowi potęgi ducha, zdobyciu natchnienia! A jakże smutne znów to inne zaślepienie, któremu wyraz daje Artur Górski w zakończeniu Monsalwatu, gdy sobie wyobraża jakoby nie było istotnej Łaski.

Jest Łaska Boża, której nie kupimy sobie żadną ofiarą, żadnym nawet męczeństwem ani bohaterstwem, choć pewne ofiary a wszystkie bohaterstwa przygotowują nas do przyjęcia tej Łaski, na którą sobie niczym zasłużyć nie umiemy. Ta Łaska tym obficiej spływa na nas, im lepiej użyjemy własną wolę, własną wiedzę, aby się do przyjęcia owej nieobliczalnej, niezasłużonej, niezrozumiałej Łaski przygotować. Ale gdy sobie wyobrazimy, że tymi przygotowaniami można Łaskę zdobyć jako rzecz nam  należną, bluźnimy i okazujemy się niewdzięcznymi, a takich Łaska najczęściej omija.

Poza łaską jest sprawiedliwość, czyli stałe działanie prawa, pozwalające nam zdobyć własnym wysiłkiem wiele rzeczy potrzebnych, jak wiedza, zdrowie, wolność coraz to więcej jednostek a także narodów, które na to zasłużą. Jest to siła Prometejska, która nie powinna być przeciwstawiana Chrystusowej, jak u Nitzsche’go, lecz połączona z nią najściślej. Nie trzeba wszystkiego spodziewać się po sprawiedliwości, ani też we wszystkim liczyć jedynie na Łaskę – trzeba uznać zakres tych wysiłków, które od naszej woli zależą i rozszerzać go stopniowo, a im więcej sami tu działamy, tym więcej też doznamy pomocy nadprzyrodzonej.

A na tej drodze ćwiczenia psychofizyczne mają doniosłość ogromną, prawie zupełnie jeszcze nie wypróbowaną u nas, gdzie są najwięcej potrzebne. Jakkolwiek wybór tych ćwiczeń podany tutaj jest ograniczony, a może niektóre nie okażą się dla wszystkich odpowiednie, to nie można ich osądzać bez długiej próby. Niektóre z tych ćwiczeń, jak np.: ograniczenie jadła i dokładne przeżuwanie każdego kąska, mogą same przez się spowodować ogromny przewrót w fizjologicznych, a nawet psychicznych warunkach życia4. Rzadko w jakim zakresie doświadczenia ludzkiego tak małe przyczyny miewają tak poważne skutki. Ci co chcą się zapoznać z doświadczeniami u nas robionymi, powinni poznać II-gi, III-ci i IV-ty tom Eleusis, czasopisma Elsów, wydawanego w Krakowie, gdzie znajdą sprawozdania z takich doświadczeń.

Kto zaś zna język angielski, wiele skorzysta, uzupełniając wiadomości w tej książce podane przez poznanie dzieł takich autorów, jak Carrington, Fletcher, Butler, Broadbent, Kenneth Sylvan Guthrie, Thomas Lake Harris, Laurencje Oliphant, I. H. Notes, Edward Carpenter, Vivekananda, Abhedananda, Ramakrishna, G. Leland, I. C. Street, John Hamelin Dewey, John Kingsland, Mary E. Boole, Anna Kingsford, H. Dresser, Lilian Whiting, A. Jackson Davis, P. B. Randolph – i wielu innych, których liczba co rok wzrasta, a którzy pracują systematycznie bądź nad ciałem własnym, bądź nad duszą, bądź nad jednym i drugim, aby przyśpieszyć pożądane i oczekiwane przeobrażenie ludzkości, przynajmniej w wybranych jednostkach.

Przytaczam tutaj zaledwie najważniejszych autorów z tej dziedziny, którą za mną Richet nazwał metapsychiką, a którą u nas dwadzieścia lat temu zajmował się Julian Ochorowicz (Suggestion mentale, Paris 1888). Obszerniej całą tę literaturę uwzględnię w od dawna zapowiadanym trzecim tomie wykładów Jagiellońskich (o jaźni i osobowości), gdy zdołam opracować nagromadzone do tego dzieła materiały. Tymczasem winieniem tutaj ostrzec zwolenników tych badań i doświadczeń przed publikacjami t. zw. teozoficznego towarzystwa, które bynajmniej nie dotrzymuje swych obietnic, a jest prowadzone przeważnie przez ludzi wrogich chrześcijaństwu. My tylko w chrześcijaństwie, a wewnątrz chrześcijaństwa w kościele katolickim możemy osiągnąć zadowalające pokonanie słabości ciała przez potęgę woli.

Na zakończenie tej długiej przedmowy, muszę z wielkim naciskiem zaznaczyć zwyrodnienie moralne, umysłowe i fizyczne, wywoływane powoli i nieznacznie przez stałe używanie tytoniu w jakiejkolwiek postaci. Jest to tym groźniejszy objaw, ze liczne ofiary tej zarazy wcale sobie nie zdają sprawy ze swego stanu i zapatrują się na swój ohydny nałóg jako na niewinną przyjemność. Nie wiedzą w jakim bliskim stosunku jest tytoń do nadużyć i zboczeń płciowych, nie zastanawiają się wcale nad tym, że człowiek, który tyle razy na dzień pożąda zmysłowego zadowolenia i zaspokaja swe pożądanie, popełnia przez to najwstrętniejszy samogwałt i utrudnia sobie wszelką pracę poważniejszą nad wzmożeniem siły woli. Tytoń jest dziś jeszcze gorszym wrogiem ludzkości niż alkohol, bo alkoholicy rychlej znajdują naturalny kres dla swych nadużyć i nie mają wpływu na otoczenie, które nauczyło się nimi gardzić. Palacz zaś szkodzi nie tylko samemu sobie, ale zatruwa też powietrze otoczenia, i może czynić to na pozór bezkarnie przez długie lata – bez takich kryzysów jak u pijaków.  Więc otoczenie choć cierpi, nie spostrzega od razu przytępienia umysłu i sumienia u palaczy, i darzy ich zaufaniem oraz poważaniem. Dzięki temu, charakterystyczna umysłowość i moralność palaczy panoszy się w życiu społecznym i towarzyskim, jakby coś normalnego i naturalnego. Palacz nie umie się skupić, bo najpoważniejsze sprawy ciągle mu przerywają zachcianki wrażeń zmysłowych, które w ogóle tak wielką rolę grają w jego świadomości, że czynią go niezdolnym do subtelniejszych duchowych zadowoleń. Ktokolwiek pali, a chce wejść na drogę wyższego duchowego rozwoju, powinien zacząć od zaniechania nałogu, co najłatwiej uczyni od razu, postanawiając stanowczo bezwzględną dożywotnią wstrzemięźliwość.


Wincenty Lutosławski
Warszawa, 5 Lutego 1909 r.



DOPISEK DO DRUGIEGO WYDANIA.

Pierwsze wydanie tego dzieła, drukowane w 3100 egzemplarzach na wiosnę 1909 roku wyczerpane zostało w kilka miesięcy. Gdy zaś popyt na tę książkę, pomimo jej wielkiej niedoskonałości, nie ustaje, a na zapowiedziane zastąpienie jej nową „psychologią woli” trzeba dużo czasu, puszczam znowu w obieg tymczasem mało co zmieniony tekst pierwotny tego podręcznika, ufając, że niektórym przynajmniej czytelnikom to dziełko przyniesie korzyść, jeśli tylko nie będą się rwali do nadmiernie szybkiego postępu, lecz stopniowo i wytrwale zachcą przyzwyczajać się do nowych ćwiczeń, nie ustając w usiłowaniach swych i nie zrażając się do metody, aż osiągną skutek pożądany.

Najważniejszym pierwszym krokiem na drodze psychofizycznych ćwiczeń jest stopniowe świadome ograniczenie ilości jadła przez doskonałe przeżuwanie każdego kąska tak, żaby się sam w ustach rozpływał. Przy takim jedzeniu mniejsza ilość jadła nasyci, a głód nie będzie tak często dokuczał. Następnie trzeba i na jakość jadła zwrócić uwagę, wykluczając przede wszystkim ze stałego użytku kawę, herbatę, czekoladę, a także wszelki alkohol – potem jeszcze mięso, ryby, jaja, ciastka, słodycze, fasolę, groch, soczewicę, grzyby – według przepisów Haiga; przy tym trzeba zaniechać jedzenia w ciągu ostatnich 5 – 6 godzin przed snem, i w ciągu 2 – 3 godzin po wstaniu, co się da najlepiej uskutecznić, gdy się jada tylko dwa razy dziennie: o 9-ej i o 3-ej, lub o 10-ej i o 4-ej, pijąc przy tym regularnie wodę na jedną, dwie i trzy godziny przed jedzeniem.

Dopiero po takiej reformie odżywiania warto przystąpić do ćwiczeń oddychania, zaczynając od prostego rytmicznego oddychania, opisanego w rozdziale III-m i stopniowo ucząc się oddychać coraz to powolniej, aż się dojdzie do tego, że przez czas dłuższy, np. przez pół godziny można oddychać po 2 razy na minutę bez zmęczenia płuc. Osiągnięcie tego rezultatu wymaga nieraz całego roku codziennych ćwiczeń, uprawianych kilka razy dziennie, początku po kilka, później po kilkadziesiąt minut. Dopiero po takim zwolnieniu rytmu pożyteczne będą szczegółowe ćwiczenia, opisane w rozdziale IV-ym, a daleko później ćwiczenia rozdziału VI-go, których nikomu nie godzi się zalecać przedwcześnie, bo mogą bardzo zaszkodzić, i faktycznie zaszkodziły wielu nieopatrznym czytelnikom pierwszego wydania Rozwoju Potęgi Woli., którzy nie zwrócili uwagi na liczne zastrzeżenia, co do tych ćwiczeń czynione. Ćwiczenia zaś opisane w rozdziale VIII-ym tylko wyjątkowo mogą być pożyteczne niektórym jednostkom w Europie i należy opis ich uważać raczej jako ciekawą informację, niż jako zachętę do praktyki. Natomiast wszyscy mogą z dobrym skutkiem zaraz rozpocząć ćwiczenia opisane w rozdziale V-ym i VII-ym, jako nader pożyteczne i nie mogące nigdy szkodzić.

Przy takich zastrzeżeniach książka ta będzie pożytecznym, praktycznym podręcznikiem, choć nie daje odpowiedzi na różne teoretyczne pytania. Na te pytania prawdopodobnie odpowiedź zadowalającą będzie można dać dopiero wtedy, kiedy najzawilsze i najtrudniejsze tu opisane ćwiczenia będą prowadzone przez wiele osób pod ścisłą obserwacją naukową za pomocą narzędzi obiektywnie stwierdzających stan  organizmu, czego nikt dotąd zdaje się nie przeprowadził.

Praktyka zawsze wyprzedza teorię, szczególnie teorię w najściślejszym znaczeniu tego słowa, jak bywa ona pojmowana w europejskiej nauce, znajomość teoretyczna wszystkich mięśni wcale nie jest potrzebna, by tymi mięśniami poruszać. Gdy sobie wyobrażamy prądy, przenikające różne części ciała, wyobrażenia takie mogą być skuteczne nawet, jeśliby one żadnych istotnych prądów takich, jakie sobie wyobrażamy, nie stwarzały. Wartość wszystkich tych ćwiczeń nie da się ocenić teoretycznie – podobnie jak ludzie wiele tysięcy lat chodzili, nim zaczęli badać teoretycznie anatomię stopy.

Przykładanie kryterium naukowego do takiego podręcznika, który po raz pierwszy do naszej literatury wprowadza ćwiczenia, wypróbowane gdzie indziej – jest najzupełniej niewłaściwe. Także nie godzi się czynić autora odpowiedzialnym za szerzenie tych ćwiczeń. Autor je wypróbował, bardzo mu pomogły – więc je podaje do powszechnej wiadomości – ale nikogo szczególniej nie zachęca, by koniecznie na tę drogę wchodził. Droga ta być może nieocenioną dla niektórych osób, które dochodzą do rozpaczy, nie wiedząc co z sobą robić i jak wyjść z nieznośnego rozstroju nerwowego; takie osoby przy psychofizycznych ćwiczeniach nauczą się każdą chwilę wyzyskać i stopniowo wznosić się na wyższy szczebel opanowania ciała przez poruszenia myśli i woli. Ale zbyt mało cała ta rzecz jest u nas zbadana, by ją można wszystkim bezwzględnie zalecać. Prawdopodobnie najlepsze rezultaty osiągną ci, którzy powezmą samorzutne zaufanie do tej metody i zajmą się nią wytrwale a roztropnie. Ci co z nieufnością wezmą się do prób, a zamiast stale i powoli rozszerzać zakres ćwiczeń, zbyt wiele naraz zechcą czynić, rychło się zrażą do tych praktyk, a nawet przyczynią sobie jakąś poważną szkodę.

Najbezpieczniej jest mieć tu przewodnictwo tych, co posiadają pewne doświadczenie, a sam autor chętnie podejmie się takiego kierownictwa, ale nigdy przez korespondencję. Kto przy nim zechce spędzić pod jego kierunkiem najmniej pół roku, ten będzie mógł ocenić wartość i doniosłość ćwiczeń psychofizycznych tu opisanych.

Sądzić zaś o nich na zasadzie ogólnej fizjologicznej wiedzy europejskiej nie mamy prawa, bo w Europie te rzeczy dotąd naukowo badane nie były.  Badanie ciała widzialnego, jego narządów i funkcji, zawsze może dać tylko wnioski o tym, co jest badane, a w żadnym wypadku nie upoważnia do wniosków o niemożliwości lub nie istnieniu narządów i funkcji niewidzialnych, które obok tych pierwszych mogą istnieć niepostrzeżenie, tak jak elektryczność istniała obok światła, ciepła i przemian chemicznych, choć przez długie wieki nie była spostrzeżona ni badana. W ogóle żadna nauka nigdy nie wiedzie do wniosków powszechnie przeczących – i wszelkie potępianie rzeczy niezbadanych w imię nauki, jest najzupełniej nie naukowym. A główne zarzuty dotąd skierowane przeciwko Rozwojowi Potęgi Woli polegają na takich paralogizmach: nauka europejska dotąd tych rzeczy nie badała, więc one nie istnieją.

Najpewniejszą drogą do sprawdzenia istnienia zjawisk tu opisanych – jest stworzenie pracowni psychofizycznej, opisanej w Przedmowie pierwszego wydania. Ale dotąd projekt ten nie zajął nikogo, coby mógł go skutecznie poprzeć znacznymi środkami, jakich on wymaga. Z innego punktu widzenia rozwinąłem ten sam projekt w późniejszym dziele moim pt. Ludzkość odrodzona, wizje przyszłości, którego rozdział ostatni zatytułowany „Kuźnica” – jest poświęcony opisowi takich pracowni dla wyrabiania świadomości narodowej, w których ćwiczenia psychofizyczne także grałyby wielką rolę (Ludzkość Odrodzona str. 245-249). Ale i ten projekt, choć przystępniejszy dla powszechnego zrozumienia, dotąd nie znalazł uznania i nie wiadomo, kiedy będzie mógł być wykonany. Wymagałby on co najmniej 5000,000 fr. Złotem kapitału dla instalacji najskromniejszej kuźnicy – a wystarczyłoby to zaledwie dla kilku pracowników. Są ludzie w naszym kraju, co mogliby sobie na taką próbę pozwolić, i dopiero taka próba, jeśliby trwała lat kilkanaście, mogłaby dać materiał dla obiektywnej oceny ćwiczeń psychofizycznych.

Tymczasem zaś wszelka ich sumienna ocena zależeć będzie od indywidualnych doświadczeń, wśród których zawsze się trafi znaczna ilość nieuchronnych niepowodzeń. Ale dziesięć niepowodzeń mniej dowodzi, niż jedno doniosłe powodzenie, jak to, którego doświadczyłem sam na sobie.

Wincenty Lutosławski
Warszawa, 27 Marca 1910 roku.



I. ARYJSKIE TRADYCJE.

W ostatnich latach, szczególnie od czasu wystawy w Chicago w 1893-m r., zaczynają do Europy przenikać w formie popularnej rozmaite praktyki i teorie Dalekiego Wschodu, dotąd głównie uprawiane i wyznawane przez uprzywilejowaną kastę braminów indyjskich. Dzieła, pisane bądź przez Hindusów, bądź przez Anglików, a wydawane przeważnie w Ameryce, uprzystępniają te szczególne ćwiczenia, dzięki którym Hindusi dochodzą do niepospolitego panowania nad swym ciałem.

Dawno już wiadomo było, że fakirzy indyjscy potrafią wstrzymać całkiem przemianę materii w organizmie na całe miesiące, gdy w pewnym letargu spoczywają w zamurowanym grobie po szczelnym zatknięciu wszystkich otworów ciała, bez odżywiania i bez wszelkiego widzialnego oddychania. Te fakty, sprawdzone wielokrotnie, wielce wzbudzały uwagę, ale nikt nie przypuszczał, by one mogły mieć dla nas praktyczne znaczenie, przy całkiem innych warunkach naszego życia.

Pogląd na świat Hindusów jest zupełnie inny, niż panujący w Europie pogląd na świat chrześcijański. U nich jednostki dążą do najwyższego rozwoju ducha i ciała, nie bardzo troszcząc się o masy, które giną z głodu, w nędzy i ciemnocie. U nas każda jednostka wybitniejsza bierze dobrowolnie krzyż na siebie, pragnąc służyć słabszym, gorszym i głupszym.

Tłumaczy się to różnicą religii. Dla Hindusa życie doczesne jest upadkiem doskonałego ducha, i nic go dźwignąć nie może, prócz własnego wysiłku, w szeregu wcieleń kolejnych. Więc każdy, co może, dźwiga się sam i dochodzi swoim wysiłkiem do szczęśliwości wiekuistej, pozostawiając bliźnich ich nieuniknionej niedoli, spowodowanej ich własną winą.

Hindus zna tylko nieubłagane prawo, które zowie Karma, prawo konieczności w świecie moralnym, wymagające, by każdy zły lub dobry uczynek miał swe zupełne konsekwencje. Więc ci, co cierpią w głodzie, nędzy, ciemnocie, zasłużyli na to w jakimś minionym żywocie i muszą cierpliwie swój los znosić, aż się wcielą w więcej sprzyjających warunkach. Istnieje dla nich sprawiedliwość, ale nie znają jeszcze łaski. U nas inaczej. Każdy dzięki łasce może w tym żywocie zasłużyć na szczęśliwość wiekuistą, a tym łatwiej zasłuży, im więcej się przyczyni do zbawienia innych.

Czy mamy jednak wyrzec się zupełnie dziedzictwa naszych aryjskich przodków? Czy, przyjąwszy religię chrześcijańską, która wśród Semitów powstała, religię pokory, łaski, krzyża, mamy uznać za zbyteczne te środki, którymi nasi praojcowie aryjscy zdobywali siły nadzwyczajne dla siebie i tych wybranych z którymi się dzielili? Czy nie moglibyśmy zdobyć sił podobnych i użyć ich dla powszechnego użytku bliźnich?

Duch aryjski się budzi u nas w różnych przejawach indywidualizmu, dochodzącego do zaprzeczenia chrześcijaństwa. Ale lepiej będzie, jeśli usuniemy pozorny konflikt między religią semicką a aryjską tradycją, łącząc obie, stosując każdą w sferze właściwej. Religia chrześcijańska uczy nas zdobywać i stosować łaskę za pomocą pokory, gdy czujemy własną bezsilność i nicość, tradycja aryjska uczy nas rozwijać potęgę własną, bez nadprzyrodzonej pomocy, jeśli jesteśmy w stanie uwierzyć w boskość naszej własnej jaźni.

Dobrze jest, gdy brak sił, pozyskać łaskę i podnieść się z niemocy, nie czekając nieubłaganej kolei cierpień, prowadzących do naturalnej reakcji. Ale, gdy się czujemy na siłach dzięki łasce, czemuż nieustannie żebrać więcej, kiedy i Chrystus wymaga, byśmy pomagali samym sobie i mnożyli zdobyte łaski i skarby, unikając zarówno zwątpienia, jak i pychy.

U nas więcej, niż gdzie indziej, liczne wstrząśnienia moralne prowadzą do przerażającego zaniku sił w jednostkach, a nawet w całych grupach społecznych. Aby się dźwignąć z tego upadku, powinniśmy użyć wszelkich środków, korzystając z doświadczenia innych narodów.

Naśladowaliśmy ślepo sporty angielskie, które ćwiczą tylko ciało – i kładliśmy w nie za wiele ducha, narażając się nieraz na szkody. Gdy sami Anglicy zaczynają teraz zwracać uwagę na poddanych sobie Hindusów, warto wypróbować, co z ich doświadczeń da się u nas zastosować.

Podamy niżej zasadnicze teorie i oparte na nich ćwiczenia, które wszędzie łatwo jest przeprowadzić. Pierwotny zamiar przetłumaczenia na język polski jednego z dzieł, dotyczących tego przedmiotu, w miarę postępowania pracy okazywał się niepraktycznym. Autorowie ci używają dużo wyrażeń obcych i piszą dla kół szczególnych, skłonnych do zastąpienia chrześcijaństwa dawną aryjską religią.

W społeczeństwie katolickim, jak nasze, taki ton od razu wzbudziłby uprzedzenie do tego nawet, co w tych dziełach może być trafnym5. Treść ich zasadnicza jest od wierzeń religijnych niezależna i może być przedstawiona obiektywnie, bez dodatku bramińskiej teologii.

Ćwiczenia psychiczne, przez Ariów wymyślone, mogą zresztą dla wierzących i praktykujących katolików służyć za uzupełnienie tych daleko ważniejszych ćwiczeń religijnych, które wszak również aryjski duch wysnuł z siebie na podstawie semickiej religii. Bo trzeba pamiętać, że jakkolwiek chrześcijaństwo ma semicki początek, to na jego rozwój wpłynęła grecka filozofia i rzymska organizacja prawna. Katolicyzm zatem jest przeważnie aryjską religią. Raczej protestantyzm stanowi zwrot wstecz ku czysto semickiej czci litery.

Hindusi na nas patrzą, jako na niewiernych pobratymców, którzy wyrzekli się dumy wielkich swych przodków i zostali zarażeni semickimi zabobonami. Znają oni chrześcijaństwo głównie w kształcie protestantyzmu i według niego sądzą o całej Europie. Nie wiedzą, ile aryjskiej twórczości tkwi w katolicyzmie, a szczególnie w katolickiej mistyce. Nie wiedząc nic o możliwości rozgrzeszenia z mocy łaski, patrzą na niższe kasty z politowaniem, a nawet pogardą, upatrując w ich upośledzeniu karę sprawiedliwą za przewinienia dawnych wcieleń.

Bramini boją się zetknięcia z pariasami: wolą oni użyć wszystkich swych sił, aby postępować naprzód indywidualnie raczej, niż dźwigać innych. Dzięki tej ambicji wypracowali oni metody rozwoju sił psychofizycznych, oparte na ruchu wyobraźni i skupieniu woli. U nas wskutek bezmiernej chęci dźwigania innych następuje takie rozproszenie myśli i uczuć, że w końcu przy najlepszej woli nie ma czym służyć, gdyż sami już nic nie mamy.

Człowiek święty w takim wypadku śmiało czerpie ogień z nieba, jako jeden z tych gwałtowników, co zdobywają królestwo Boże. Ale człowiek niedoskonały, mający jeszcze dużo własnych upodobań, zachcianek, pragnień, gdy się wyczerpie, nie umiejąc sił odnowić, oddaje się smutkowi lub rozpaczy, przez co resztę sił traci.

Więc warto by zawczasu, dopóki nie jesteśmy wyczerpani, przez skupienie mnożyć zapasy sił żywotnych, jakie posiadamy, a w tym dużo możemy skorzystać z doświadczeń Hindusów. Oni na wielką skalę uprawiali starania o powszechną poprawę rasy ludzkiej, przez odróżnienie kast i przez drobiazgowe przepisy co do utrzymania kasty w stanie najdoskonalszym, za pomocą ćwiczeń ciała i ducha.

Wśród tych ćwiczeń niepoślednie miejsce zajmują ćwiczenia oddychania. Ze wszystkich procesów fizjologicznych oddychanie najłatwiej może być poddane kierunkowi woli. Łatwiej wpłynąć na oddychanie niż na krążenie krwi lub na trawienie, a kto swe oddychanie podda woli, ten pozyskał warunki uzależnienia od woli innych procesów organicznych, w ogóle całego życia swego ciała, a co za tym idzie, ogólnego zdrowia.

Z materiałów, służących dla budowy i odnawiania ciała, powietrze jest najważniejsze, gdyż bez niego nie możemy się obejść nawet w ciągu krótkiego czasu, gdy bez jedzenia można dnie całe wytrzymać. Większość dolegliwości i chorób ludzkich jest wynikiem braków w organach oddychania – w chwilach, kiedy najintensywniej odczuwamy żywotność naszą, mimo woli głębiej oddychamy, a gdy obojętność lub smutek hamuje bieg życia, wstrzymujemy oddech i ziewamy lub wzdychamy. Wyrazy oznaczające najważniejsze czynności psychiczne są wzięte z procesów oddychania – jak np. duch, natchnienie, itp.

Wzmożenie działalności płuc ma wpływ bezpośredni na krążenie i trawienie – daleko więcej niż dieta może wpłynąć na płuca. Przy głębokim oddychaniu czystym powietrzem lepiej strawimy i zasymilujemy nawet gorsze pokarmy, gdy w powietrzu zepsutym nawet najwykwintniejsze potrawy mniej nam smakować będą. Ze składników powietrza tylko tlen jest nam dobrze znany co do swych skutków. Jaki zaś wpływ istotny wywierają inne składniki, które powietrze zawiera w większej lub mniejszej ilości, tego chemia dotąd nie zbadała.

Składników tych może być więcej niż się śniło chemikom, jak świadczy niedawne odkrycie argonu. Ponieważ mnóstwo ciał się ulatnia w pewnej mierze, nawet gdy są mało lotne, więc w powietrzu mamy ogromną ilość materii, tak rozcieńczonych, że są niedostępne analizie. Hindusi zaś, prócz gazów zwykłych, odkryli w powietrzu pewną materię wyższego rzędu, którą nazywają praną. Według nich w oddychaniu prana gra ważną rolę, więc trzeba dobrze pojąć jak oni sobie ten składnik wyobrażają.

Podobnie, jak różne ciała mają stan stały, płynny i gazowy, jeszcze nadto istnieje także stan większego rozrzedzenia, który Crookes nazwał promienistym. W tym stanie promienistym różnice pierwiastków znikają – cząstki, o wiele jeszcze mniejsze niż atomy, odbywają swe ruchy i mogą tworzyć wszystkie gatunki gazów przez różne stany skupienia. Te cząstki prany, gdy rytmicznie wibrują, stwarzają zjawiska światła i elektryczności, podobnie jak większe od nich molekuły powietrza przez znacznie wolniejsze drgania wywołują zjawiska dźwięków.

Prana jest wiele milionów razy ruchliwsza, niż powietrze, jeśli uwzględnić, że fale światła są bilion razy szybsze niż fale dźwięków. Z tej ruchliwości prany wynika jedna właściwość, na której spoczywa cała indyjska umiejętność oddychania.

Myśl i wola ludzka są w stanie działać bezpośrednio na ruchy prany, wytwarzać w oceanie prany prądy i wiry, stwarzać kształty bardzo lotne i nietrwałe, lecz obiektywne i dostępne czujniejszym zmysłom niż te, które spostrzegają dźwięki i barwy.

Podobnie, jak prana przenika powietrze, a płuca to powietrze wciągają, organy ciała niewidzialne, same zbudowane z prany, mniej więcej podobne do widzialnych organów, oddychają praną. Aby te organy niewidzialne, czyli, jak mówią, astralne, poruszyć, wystarczy sobie żywo wyobrazić prądy prany, które chcemy wytworzyć. Nasze ciało widzialne ma się tak do wewnętrznego ciała niewidzialnego, eterycznego, promienistego, czyli astralnego, jak skorupka do orzecha, czerep do mózgu.

To pojęcie ciała astralnego nie jest nowe w nauce europejskiej. Już Arystoteles o nim wiedział, Paracelsus na nim swe leczenie opierał. Jest to upiór człowieka, który po śmierci wędruje po ziemi i niektórym się ukazuje. Fizjologia europejska upiorów nie bada, ciała astralnego nie zna. Lecz to wcale nie dowodzi, by Hindusi mylili się w swych twierdzeniach.

Nauka żadna, badając rzeczy jej dostępne, nie może powiedzieć, że to, co jest jej niedostępne nie istnieje. Działalność poznawcza Hindusów rozwijała się zupełnie inaczej niż nasza nowoczesna wiedza. U nas wszystko sprowadzono do schematu ruchu w przestrzeni i w czasie – w formach, zmysłom fizjologicznym dostępnych, biorąc te formy za coś stałego i normalnego, jakby wieczne ramy poznania. Hindusi uważali te ramy za tymczasowe i ciągle usiłowali je rozszerzyć przez ćwiczenia, prowadzące do wrażeń niezwykłych i różniących się od wrażeń codziennych.

Gdy Europejczyk pragnie poznać przeszłość swej rasy, to bada dostępne zmysłom dokumenty i pomniki, wyciąga wnioski i buduje prawdopodobny obraz wypadków minionych na wzór i podobieństwo wypadków, znanych mu z doświadczenia zewnętrznego. Tymczasem Hindus zupełnie inaczej ten cel osiąga. Zapytuje się on, czy nie istnieje taki stan wizji wewnętrznej, w którym by można przeszłość tak oglądać, jak się widzi teraźniejszość, z rozszerzeniem horyzontu na całą ziemię i inne światy? I, zamiast badać materialne szczątki przeszłości, woli się skupić w duchu, aż całą przeszłość ujrzy subiektywnie, aż zapadnie w taki szczególny stan ducha, w którym na każde pytanie znajduje we własnej świadomości odpowiedź.

Tego rodzaju ekstazy osiąga on głównie przez stosowne ćwiczenia. U nas są znane oderwane przykłady takich widzeń, osiągniętych nie za pomocą systematycznej pracy, lecz dzięki niewiadomym okolicznościom. Tak np. Katarzyna z Emmerich opisała szczegóły nieznane z życia Chrystusa, i późniejsze archeologiczne badania potwierdziły te szczegóły, których owa zakonnica żadną zwykłą drogą poznać nie mogła. To, co u nas było zdumiewającym wyjątkiem, dla Hindusa jest celem rozwoju duchowego.

Podobnie w badaniu przyrody postępuje on zupełnie inną drogą niż my. W Europie za pomocą wielu narzędzi i obliczeń badamy zjawiska zwykłym zmysłom dostępne i tworzymy hipotezy, pozwalające nam odtworzyć idealny przebieg ruchów, które te zjawiska spowodowały. Hindus szuka wytłumaczenia zjawisk we wrażeniach innego rzędu, które osiąga za pomocą subiektywnych ćwiczeń, bez narzędzi, ani obliczeń i spostrzega w przyrodzie poza zjawiskami dostępnymi zwykłym zmysłom cały świat ciał astralnych, których ruchy są dla niego wytłumaczeniem życia fizjologicznego.

Chcąc osądzić wartość tych teorii indyjskich, nie możemy ich sprawdzić metodą europejską. Trzeba przebyć ćwiczenia Hindusów i rozwinąć w sobie te władze, które oni posiadają, aby zrozumieć, jak oni rozumieją rzeczywistość.

W nowej literaturze anglosaskiej wzrasta ilość sprawozdań z wizji subiektywnych, które między sobą się nie całkiem zgadzają, choć mają wspólny cel wytłumaczenia całości świata intuicyjnie, z pominięciem dyskursywnego rozumowania. Mówię tu o takich autorach, jak Swedenborg, Saint Martin, Thomas Lake Harris, Jackson Davis, Stainton Moses, Eliphas Levi, Anna Kingsford, którzy wszyscy twierdzą, że jasnowidzenie odkryło im tajemnice nam nieznane.

Z dzieł tych, pisanych bezładnie, mały jest pożytek dla czytelników, bo trudno jest na wiarę przyjmować niejasne urojenia ludzi, którzy według zdania pospolitych lekarzy cierpią na pewne pomieszanie zmysłów. Ale czytanie dzieł podobnych gromadzi psychologiczny materiał, dający do myślenia i prowadzący do wniosku, że prócz normalnych wrażeń, możliwe są jeszcze liczne wrażenia rzadsze, wielkie zadowolenie dające tym, co ich doznają. U Hindusów spotykamy całe kasty i szkoły, uważające się za uprzywilejowane co do ekscentrycznych wrażeń, zastępujących badania historyczne i przyrodoznawcze.

Teraz dowiadujemy się, po wielu tysiącach lat tajemnicy, o prostych środkach, które do tych jasnowidzeń prowadzą: czyż nie warto jest trochę czasu poświęcić, aby te środki poznać i wypróbować? Skoro próba indywidualna dla różnych powodów może się nie udać, to należy uprzystępnić szerszemu ogółowi warunki próby, nawet przed dokonaniem jej na sobie.

Dla uproszczenia stylu w dalszym wykładzie przedmiotu przyjmujemy formę dogmatyczną, jakbyśmy z własnego mówili doświadczenia, choć podajemy wskazówki, czerpane przeważnie z drugiej ręki i tylko w części wypróbowane. Gdy teraz uwaga w tym kierunku skierowana zostanie, każdy sobie obmyśli wiele doświadczeń na wzór podanych, szukając tego, co najwięcej odpowiada indywidualnej jego potrzebie.

Skutku jakiegoś można się spodziewać dopiero po długim czasie ćwiczeń. Gdyby nawet skutek był ograniczony do fizjologicznego wzmocnienia ciała, to i tak ci, co próbę przedsięwezmą, nie pozostaną bez sowitej nagrody.

Hindusi obiecują nam znacznie więcej: rozwój intuicji przenikającej tajniki przyrody i dziejów, – opanowanie ciała, usuwające wszelkie choroby, – dar leczenia innych przez posyłanie im prądów i kształtów prany na największą nawet odległość, – niezmącony niczym spokój wewnętrzny, – siłę przyśpieszającą wzrost roślin i zwierząt, – zdolność wędrowania po świecie w ciele astralnym i zbierania spostrzeżeń, nie będąc spostrzeganym przez ludzi, – przenikanie cudzych myśli i uczuć oraz przeszłości każdej jaźni, – wynikającą stąd nieomylną znajomość ludzi, – stany nieskończonej błogości wewnętrznej, bądź w spokoju, bądź w czynie, – zetknięcie z duchami o wiele wyższymi od nas, – i w ogóle przygotowanie do nowego, doskonalszego i o wiele szczęśliwszego żywota.



II. WARUNKI POWODZENIA ĆWICZEŃ.

Nim przystąpimy do przedstawiania samych ćwiczeń, ważnym jest zdać sprawę z warunków zasadniczych, bez których ćwiczenia pożądanych rezultatów nie dadzą.

Pierwszym warunkiem rozwoju władz wyższych jest ograniczenie do minimum funkcji niższych, więc najstaranniejsze unikanie wszystkiego tego, co ciało nasze może obciążyć, pożytku mu nie przynosząc. Stąd Hindusi uprawiali wstrzemięźliwość nadzwyczajną, jedząc najczęściej tylko raz na dzień i to tylko pokarmy roślinne.

W naszych warunkach życia trzeba zwrócić szczególną uwagę na potrzebę zupełnego wyrzeczenia się alkoholu i tytoniu, a w miarę możliwości też mięsa i ryb. Nabiał, orzechy, owoce są najodpowiedniejsze dla tych, co chcą rozwinąć wyższe władze ducha.

Jeśli ktoś z przyzwyczajenia używa mięsa, to powinien je przerobić przez staranne bardzo żucie, z wolą i wyobraźnią skierowaną ku wyzwoleniu się od wpływu, jaki zwierzęca strawa wywiera. Każdy kawałek mięsa powinien być żuty razem z chlebem lub innym pokarmem roślinnym, z usilnym postanowieniem, aby mięso utraciło szkodliwe właściwości i stało się w skutkach podobne do roślin. Lepiej wcale mięsa nie jeść, a poprzestać na umiarkowanym pożywieniu roślinnym, raz lub dwa razy na dzień.

Kto jada raz, ten najlepiej to uczyni około południa, kto chce się żywić dwa razy, to może to uczynić o 10‑tej rano i 3‑ciej popołudniu, lub w innych godzinach dogodnych, zawsze jedząc powoli i przeżuwając najstaranniej pożywienie, z wolą skierowaną ku jego doskonałej asymilacji. Próżne są wysiłki wzmożenia sił przez przekarmienie, bo siły nasze zależą nie od tego, ile jemy, lecz od tego, ile asymilujemy z pokarmu przyjętego.

Głód jest warunkiem dobrego trawienia, przy częstych zaś posiłkach nigdy tej przyprawy nie mamy. Obciążając ciało zbyteczną strawą, zadajemy mu dodatkową pracę wydzielania tego nadmiaru. Ciało, w ten sposób przeciążone, jest mniej dostępne dla prądów prany i mniej uległe woli ducha.

Chcąc wejść na drogę ćwiczeń, mających w pełni rozwinąć nasze siły ducha i ciała, trzeba przynajmniej na czas jakiś wyrzec się niższych zadowoleń, jakie dać może obfitość lub wykwintność jadła. Nadto trzeba pamiętać, że z jedzenia, prócz pożywienia materialnego, czerpiemy pranę jako prąd ożywczy dla nerwów, i ta ważna czynność ma miejsce podczas przeżuwania w ustach. Trzeba więc strzec się połykania tego, co jemy, tylko żuć tak długo, aż się w ustach rozpłynie i żując chcieć, aby prana była z tego jadła przez język i podniebienie wyciągnięta, bo prana ulega ruchom woli naszej i wystarczy chcieć i wyobrażać sobie, że wciągamy pranę, aby rzeczywiście ją wciągnąć do systemu nerwowego i tym wzmagać nasze siły żywotne.

Przy tym trzeba jedzenie traktować uroczyście, jako inicjację niższych monad, które do wyższego wprowadzamy organizmu i przy jedzeniu o niczym innym nie myśleć, ani też nie mówić, tylko całą myśl i wolę skupić na wciąganie prany i na dokładne przeżucie pokarmu. Dlatego indyjski Jogi najchętniej je sam i medytuje nad cudem przemiany materii, czując, że w tej chwili, kiedy w ustach jego się kęs chleba rozpływa, miliony monad roślinnych wchodzą w nową fazę życia, przyjmując służbę w organizmie ludzkim.

Jedzenie jest to jakby uroczysta promocja uczniów klasy niższej do wyższej lub immatrykulacja maturzystów do uniwersytetu. Jogi przemawia do nich wewnętrznie, życząc im powodzenia na nowej drodze i zapewniając ich o swej życzliwości. Ponieważ każdy organ ciała ma swą jaźń naczelną, która zawiaduje funkcjami tego organu, więc do tych jaźni pomocniczych Jogi też wewnętrznie przemawia, polecając im dobre przyjęcie nowych materiałów organizmu. Poleca żołądkowi ich trawienie dokładne, kiszce stolcowej najrychlejsze wydzielenie tych monad, co egzaminu wstępnego nie wytrzymały, aby nie zawadzały i nie psuły ładu i porządku wewnątrz ciała.

W ten sposób jedząc z pełną świadomością tego, co czyni, Jogi potrzebuje bardzo niewielkiej ilości jedzenia i trawi doskonale to, co zje, nigdy nie obawiając się zaburzeń. Aby to trawienie ułatwić, dostarcza swym organom wewnętrznym obfitej ilości płynu, twierdząc, że nie tylko rośliny potrzebują podlewania. Podczas jedzenia pić nie należy, ale na godzinę najmniej przed jedzeniem i także na godzinę przedtem, czyli na dwie godziny przed jedzeniem trzeba wypić szklankę wody, ssąc ją kropla za kroplą tak, aby całą pranę z wody wyciągnąć i wewnętrznie polecając organom, by tę wodę użyły na soki trawienia.

Przed wypiciem należy nasycić wodę praną. To się czyni w sposób następujący: bierze się w lewą rękę szklankę z wodą, trzymając ją od dołu tak, aby dłoń była zwrócona ku górze, a prawą ręką potrząsa się tak nad wodą, jakby się chciało płyn jakiś spływający z luźnie wiszących palców do wody strząsnąć. Potrząsa się rytmicznie, mniej więcej tyle razy na minutę, ile się ma uderzeń serca.

I podczas tego błogosławieństwa wody, w miarę ruchów pranę ku niej ściągających, trzeba rytmicznie oddychać – w ten sposób, że przez 6 takich ruchów wciągamy powietrze, przez 3 je zatrzymujemy, przez 6 wypychamy i przez 3 znów pozostawiamy płuca wypróżnione. Kilka takich rytmicznych oddychań zupełnie wystarcza, by zamagnetyzować wodę i skupić w niej nadzwyczajne ilości prany, jeśli podczas tej operacji o niczym się nie myśli, tylko się skupi całą myśl i wolę na prąd prany, który się ku wodzie w ten sposób kieruje.

Tak samo gdy pijemy, trzeba sączyć każdą kroplę między językiem a podniebieniem, z wyobrażeniem, że wyciskamy pranę, która bezpośrednio przez język idzie do nerwów i mózgu. Tak czyniąc, będziemy czuć wielkie orzeźwienie po wypiciu magnetyzowanej wody. Trzeba to czynić na godzinę i na dwie przed jedzeniem, a prócz tego z rana zaraz po przebudzeniu i wieczorem przed zaśnięciem, kierując się co do ilości wody doświadczeniem, tak aby stolec był zupełnie regularny.

Funkcję ekskrecji Jogi traktuje równie poważnie, jak funkcje asymilacji, ma na to stałą godzinę – najlepiej zaraz po jedzeniu – i pobudza wolą swoje kiszki, aby wydzieliły wszystko, co zbyteczne w sposób możliwie doskonały. Takie wydzielanie regularne resztek tego, co się jadło dnia poprzedniego, uwalnia organizm od jadów, jakie się wytwarzają przy dłuższym zanieczyszczeniu kiszek – i zdrowe, świeże wydzieliny człowieka, który przemianę materii utrzymuje w należytym biegu, nie mają wcale przykrej woni, cechującej ekskrementy ludzi niewstrzemięźliwych i niezdrowych.

Te warunki elementarne odżywiania i wydzielania tego, co nie służy organizmowi, są konieczne do skuteczności ćwiczeń oddychania.

Nadto Jogi najstaranniej co dzień obmywa całe ciało, bądź w kąpieli chłodnej, bądź przynajmniej często zwilżanym grubym ręcznikiem. Obmycie to powinno nastąpić w przeciągu najwyżej jednej minuty, zaczynając od piersi, ramion, grzbietu i brzucha, potem sięgając na całą powierzchnię ciała, maczając ręcznik i wyciskając go lekko kilka razy, by każda część ciała zetknęła się ze świeżą wodą. Woda nie powinna być zbyt zimna, lecz koniecznie świeża i czysta, nie taka, co stała przez noc w pokoju. Trzeba zacząć od wody ciepłej i stopniowo temperaturę obniżać, aż przywyknie się używać do tego obmycia wody prosto ze źródła.

Podczas obmywania trzeba głęboko oddychać, a po obmyciu obcierać się energicznie rękami, aż prawie wyschnie ciało i po włożeniu bielizny użyć ruchu, gimnastykując wszystkie części ciała do zupełnego rozgrzania. Można też obmycie to podzielić na dwie części i obmywać górną część ciała z rana, zaś dolną wieczorem, jeśli ktoś nie znosi całkowitego obmycia i zbyt trudno się po nim rozgrzewa. Przy obmyciu i obcieraniu trzeba się wstrzymać od innych myśli i wolę skupić na to, by usunąć zbyteczne materiały z powierzchni skóry i otworzyć jej pory dla wydzielania tego, co zbywa.

Skrupulatna czystość ciała jest pierwszym warunkiem powodzenia ćwiczeń oddychania. Czystość ta powinna się rozciągać nawet na wewnątrz, do kiszki stolcowej z jednej, a do jamy ustnej z drugiej strony.

Usta po każdym pożywieniu należy starannie przepłukać i oczyścić szczoteczką, lub palcem i proszkiem do zębów. Za proszek do zębów używa Jogi sproszkowanej kory niektórych drzew, lecz w Europie używane proszki równie dobrze cel osiągają.

Nadto trzeba i wewnętrzną błonę nosa utrzymać w czystości, przez wciąganie po kilka razy rano wody chłodnej do nosa tak głęboko, by dochodziła do gardła, i silne potem wypchnięcie powietrza razem z wodą i nagromadzonym w ciągu dnia pyłem. Aby to uskutecznić, pogrąża się całą twarz w miednicy napełnionej wodą, kilka razy się wciąga bardzo mocno i wypycha się wodę z powietrzem przez palcami ściśnięte dziurki od nosa nad kubłem, powtarzając to po kilka razy, aż się nawet głębsze zatoki nosa oczyszczą.

Oprócz tej skrupulatnej czystości ciała, właściwej jego irygacji wewnątrz i zewnątrz, warunkiem powodzenia ćwiczeń jest zachowanie soków najżywotniejszych, czyli czystość płciowa. Jogi jest wolny od podnieceń płciowych i nie traci ani nie przyjmuje nasienia. Zarówno kobieta, jak mężczyzna, gdy wejdą na drogę ćwiczeń psychofizycznych, muszą się wstrzymać od bliższego zetknięcia z płcią drugą, które wyczerpuje siły. Dla kobiet rzecz to łatwa na ogół, dla mężczyzn, których złe obyczaje zepsuły, czystość jest daleko trudniejsza, lecz jeszcze potrzebniejsza, bo nieczystość na większe straty ich naraża. Aby osiągnąć tę czystość, Jogi używa ćwiczeń szczególnych, które niżej podamy.

Oprócz tych fizycznych warunków, Jogi kładzie wielki nacisk na pewne moralne warunki powodzenia ćwiczeń. Te moralne warunki są jeszcze ważniejsze niż fizyczne, choć jedne i drugie są całkiem niezbędne dla jakiegokolwiek powodzenia, tak dalece, że bez nich ćwiczenia oddychania mogą stać się szkodliwe i naruszyć równowagę umysłu.

Należą tu przykazania, znane na Zachodzie, lecz na Wschodzie daleko ściślej przestrzegane przez tych wybranych, co powzięli postanowienie, by przez ćwiczenia wznieść się nad zwykłe ludzkie koleje i osiągnąć moc i potęgę nadludzką. Tacy ludzie nie powinni nikomu niczego zabierać, przede wszystkim żadnej istocie jej życia. Więc Jogi nie tylko nie zabija zwierząt, służących nam za pokarm, ale nawet owadów, które mącą jego spokój: ani muchy, ani komara, ani pchły. Wszystkie te stworzenia, w miarę, gdy naszą wolę skupiamy ku wyższym celom, przestają nam szkodzić.

Ale nie dosyć jest wstrzymać się od zabójstwa czynem. Myśl jest czynem i zabijanie myślą tak samo nasz rozwój wstrzymuje, jak zabijanie ręką lub bronią. Nie zabijaj, znaczy też nie pragnij niczyjej śmierci ani zguby, wyrwij z serca wszelką zawiść, zazdrość i nienawiść. Kto chce siły życia w sobie rozwinąć do najwyższej potęgi, ten powinien wszystkim istotom dobrze życzyć, pragnąc ich szczęścia i spokoju. W szczególności tyczy to się wrogów naszych, których obezwładniamy naszą życzliwością i dobrodziejstwami. Trudny to warunek dla nas, tak dobrze wyćwiczonych w nienawiści przez wrogów. Ale pojmijmy ich ciemnotę i barbarzyństwo i życzmy im światła, i skruchy.

Dalej Jogi powinien się wstrzymać od pożądania wszelkiej cudzej własności: nie tylko nie kraść, ale nawet nie przyjmować darów, bo go to pozbawia materialnej niezależności. U nas sumienie jest wielce znieczulone pod tym względem, szczególnie gdy chodzi o to, by podstępem lub przemocą odebrać coś w zamian za to, czego zostaliśmy pozbawieni: korzystamy bez skrupułów z wszelkiej własności państwowej, a czasem nadużywamy w ogóle tego, co jest do użytku publicznego przeznaczone. Ale kto chce dojść do celu najwyższej doskonałości, ten musi wyrzec się wszelkiej formy przywłaszczania sobie czegokolwiek, co mu się nie należy.

Wyrzeczenie się darów także jest dosyć przeciwne naszym skłonnościom, bo lubimy sami dawać, ale jeśli uwzględnić okoliczność, że skuteczne ćwiczenia można przedsięwziąć tylko w zupełnym odosobnieniu lub też w otoczeniu wyłącznie złożonym z ludzi, dążących do tegoż celu, łatwo się zgodzić na wyrzeczenia się przyjmowania darów.

Nareszcie Jogi nie powinien kłamać, ani powtarzać plotek, w ogóle mowę ograniczyć do minimum i tylko tyle mówić, ile koniecznie potrzeba, l to przykazanie sięga do myśli, zabrania więc też fałszywych podejrzeń, oszczerstw myślowych, wszelkiej wewnętrznej nieszczerości. Jeśli zważyć, że u nas kłamstwo nie należy do grzechów głównych, a w przykazaniach Mojżeszowych tylko fałszywe świadectwo jest wyraźnie potępione, to łatwo pojąć, że na tym polu wiele możemy się nauczyć od Hindusów.

Potwarz, lekceważenie bliźnich, bezpodstawna krytyka ich myśli i czynów należą do naszych wad narodowych. Chcąc się podnieść z osłabienia woli, na które cały naród cierpi, trzeba koniecznie żyć w atmosferze życzliwości i dobrej woli życząc wszystkim dobrze, nikogo nie podejrzewając niesłusznie i nie osądzając, skupiając myśli na własnych obowiązkach i zadaniach, bez ciekawego wdzierania się w cudze życie, bo to nas na kłamstwo naraża.

Streszczając powyższe wywody, pamiętajmy, że głównymi warunkami powodzenia ćwiczeń oddychania są:
  1. Czystość ciała zewnątrz i wewnątrz, osiągnięta przez staranne obmywanie ciała, wciąganie wody do nosa, czyszczenie jamy ustnej i picie magnetyzowanej wody rano, wieczór, na dwie i na jedną godzinę przed każdym jedzeniem; staranne żucie jedzenia, tak by się w ustach rozpływało, bez. potrzeby połykania.
  2. Przeniknięcie wolą i wyobraźnią wszystkich tych czynów, ze świadomym wpływem na prąd prany, który z jedzenia i napojów wyciągamy, a który ożywia nasze nerwy, wzmacnia je i oczyszcza. Działanie bezpośrednie na poszczególne organy, polecając im dobre spożytkowanie pokarmów i napoju. Umiarkowanie w jedzeniu, odstępy takie między jednym pożywieniem a drugim, abyśmy czuli prawdziwy głód, bez którego jedzenie pełnego pożytku nie przynosi.
  3. Bezwzględna wstrzemięźliwość od alkoholu, tytoniu, rozpusty i wszelkiej nieczystości.
  4. Wstrzemięźliwość od zabijania, zawiści, nienawiści, kłamstwa, oszczerstwa, plotek, kradzieży i od przyjmowania darów, które naszą niezależność krępują.
Kto te warunki zachowa, ten jest przygotowany do właściwych ćwiczeń oddychania, mających usunąć z ciała wszelkie choroby i zapewnić niezwykłe siły ciała i ducha. Z tych warunków najtrudniejsza dla Polaków jest wstrzemięźliwość od ujemnych lub nieżyczliwych myśli o tych, którzy nam jakąś krzywdą wyrządzili lub w ogóle o naszych znajomych, co mają inne niż my przekonania polityczne i religijne. Takie myśli są najgorszą przeszkodą dla duchowego rozwoju i wzmożenia siły woli. Najlepiej można je zwalczyć i odzwyczaić się od nich, modląc się co dzień gorąco za powodzenie i podniesienie duchowe choć kilku osób, do których mamy najgorsze uprzedzenie.

Podział narodu na partie, Kościoła na sekty, prowadzi do ustawicznych myśli i wyobrażeń ujemnych, a nie uzasadnionych, o znajomych lub nieznajomych, należących do partii lub sekty nam obcej. Takie wyobrażenia osłabiają nas i obniżają nasz poziom moralny, odbijają się nawet na zdrowiu fizycznym i na sprawności umysłowej. Trzeba zupełnie zaniechać wszelkiej obmowy, a tym bardziej potwarzy, jeśli chcemy sami pozyskać pełnię sił duchowych, umysłowych i fizycznych.



III. RYTM ODDYCHANIA.

Główną wadą naszego oddychania jest brak rytmu, wielka jego nierówność. Dzieci i dzicy oddychają rytmicznie, regularnie, równo i głęboko. W miarę, jak jaźń doznaje coraz intensywniejszego życia psychicznego, uczucia i myśli wpływają na bieg oddychania, w ten sposób, że zależy ono zbyt od życia wewnętrznego.

Gdy się zamyślimy, wstrzymujemy oddech, gdy się wzruszymy, przyśpiesza się bicie serca i oddech. A te nierówności prowadzą także do tego, że płuca coraz to mniej dostają powietrza, nerwy coraz to mniej prany, bo przywykamy do coraz to mniej głębokiego wciągania powietrza. Płuca, pozostawione sobie, przyjmują tylko tyle, ile koniecznie potrzebują, ograniczają swe działanie i stąd ogromny wzrost suchot.

Powszechnie wiadomo, jak dalece tlen jest niezbędny, by krew odnawiać, a Hindusi odkryli potrzebę prany do utrzymania siły nerwowej i twierdzą, że przy oddychaniu jeszcze więcej prany można ściągnąć do nerwów niż z pokarmów i z czystej wody.

Pierwszym warunkiem po temu jest ustanowienie stałego rytmu, zgodnego z rytmem bicia serca. Każdy człowiek, w każdej epoce swego rozwoju fizycznego, ma pewien naturalny, najwłaściwszy rytm oddychania, zależny od objętości płuc, szybkości krążenia, a także od stanu zdrowia. Chodzi więc o to, by ten rytm odkryć i zastosować. Poznamy go po tym, że oddychając w rytmie normalnym najmniej się będziemy męczyć.

Trzeba się bardzo wystrzegać fałszywej ambicji w tym względzie, która by od nas wymagała zbyt ryzykownych prób. Jeśli ktoś bez wysiłku nie może zwolnić rytmu oddychania więcej niż np. 10 sekund na wdech i wydech, a zapałałby chęcią przyzwyczajenia się do oddychania dwa razy wolniej, czyli trzy razy na minutę, to nie zyskałby na tym, bo takie oddychanie, zamiast wzmagać jego siły, wyczerpałoby je i męczyło.

Dopiero bardzo powoli można robić postępy w tej mierze. Chodzi przede wszystkim o to, by oddychanie było rytmiczne, a nie bezładne, jak bywa u większości ludzi. Bezładne drgania powietrza tworzą przykre szmery, rytmiczne zaś fale tworzą harmonijne dźwięki. Tak samo bezład w ruchach wewnętrznych organizmu odpowiada słabości, a rytm wewnętrzny stwarza zdrowie i siły.

Można by zacząć od ćwiczeń, mierząc rytm według bicia serca i wciągając powietrze przez pewną ilość uderzeń, a wypychając je przez tyleż uderzeń. Ale trudno jest zwracać uwagę na puls i liczyć uderzenia godzinami, a chcąc nauczyć się rytmu, trzeba całych godzin takich ćwiczeń.

Mamy w ciele naszym naturalne wahadła, które godzinami bez zmęczenia można całkiem równomiernie poruszać i które dadzą najlepszą miarę rytmu. Są to nasze nogi. Idąc krokiem posuwistym, niezbyt szybkim a równym, gdy baczymy na spokój wewnętrzny, rychło dochodzimy do tego, że każdy krok odpowiada jednemu uderzeniu serca. Wtedy trzeba zacząć oddychać zgodnie z rytmem chodu, więc np. przez cztery kroki wciągnąć powietrze, przez cztery wypychać. W ten sposób idąc całkiem równo przez pół godziny lub dłużej, dochodzi się do tego, że już automatycznie rytm się zachowuje, nie zwracając szczególnej uwagi na liczenie kroków.

Trzeba co dzień po kilka godzin przez kilka miesięcy tak ćwiczyć, aby rytm wybrany stał się stałym, tak, że już w tym rytmie oddychać będziemy, nawet jeśli jesteśmy zajęci czym innym i jeśli pozostajemy bez ruchu. Aby ten cel osiągnąć, należy z każdej okazji korzystać, kiedy chodzimy i zaraz zastosować oddychanie do rytmu naszego kroku.

Co do miary samej rytmu, to będzie ona różna dla różnych osób i trzeba się strzec w tym przesady. Mało kto będzie potrzebował szybszego rytmu, jak po cztery kroki na wdech i wydech, a mało kto może zacząć od wolniejszego rytmu, jak po 8 kroków na wdech i wydech. Powoli należy rytm zwalniać, bo im wolniejszy rytm, tym głębsze oddychanie. Ale początkowy rytm należy tak długo zachować, aż stanie się automatyczny.

Dopiero wtedy nowe wtargnięcie się jaźni świadomej do nieświadomego zazwyczaj procesu oddychania zwolni rytm nieco i zachowa ten zwolniony rytm tak długo, aż płuca do niego przywykną; każde takie zwolnienie rytmu wymaga długiej praktyki i wszelkie zbyt gwałtowne postępowanie na nic by się nie zdało.

Trzeba oddychać wybranym rytmem bez przymusu, całkiem swobodnie i nie czuć się zmęczonym po godzinach takiej praktyki. Łatwiej z początku liczyć kroki parzyste – więc na cztery kroki liczyć tylko dwa kroki prawą nogą, a na osiem cztery. W ten sposób wdech i wydech zaczynałby się od kroku prawą nogą, co jest ułatwieniem z początku. Ale gdy oddychanie staje się automatyczne, łatwo jest zwolnić rytm o jeden krok i wtedy wdech będzie się zaczynać od ruchu prawą nogą, wydech od ruchu lewą nogą.

Oprócz tych głównych ćwiczeń w rytmie normalnym, które z początku nad wszystkimi innymi przeważać powinny, trzeba od początku na daleko mniejszą skalę uprawiać ćwiczenia w rytmie zwolnionym. Jeśli np. rytm normalny jest osiem kroków na wdech i tyleż na wydech, to rytm zwolniony będzie na tym polegać, że wciągamy powietrze przez osiem kroków, zatrzymujemy w płucach przez cztery kroki i wypychamy przez osiem kroków, trzymając potem płuca puste przez cztery kroki, przez co dochodzimy do jednego oddechu na 24 kroki, czyli na początek półtora raza wolniej niż rytm normalny.

Ale takie ćwiczenia nie powinny być zbyt długie, ani zbyt częste – nie więcej, jak kilka razy na dzień po kilka minut. Po kilku tygodniach takich ćwiczeń w rytmie zwolnionym można dalej go zwalniać, ale jednocześnie uprawiając najczęściej ćwiczenia w rytmie normalnym.

Hindusi przywiązują wielką wagę do zatrzymywania powietrza w płucach przez czas dłuższy, a także do wytrzymywania bez powietrza przez dłuższy przeciąg czasu, aż do poczwórnego rytmu. Twierdzą, że to ułatwia rozproszenie prany po całym ciele i gruntowniejsze przeniknięcie nią wszystkich włókien nerwowych.

Przy tym zaleca się trzymać powietrze w płucach cztery razy tak długo, jak się wciągało, a wypychać w ciągu połowy tego czasu, co się trzymało. Więc np. przez 4 kroki wciągać, przez 16 kroków zatrzymać i przez 8 kroków wypychać. Jaki zwolniony rytm jest komu najwłaściwszy, to trzeba w każdym wypadku wypróbować: ogólnych przepisów dawać nie można.

Jeśli ktoś doszedł do tego, że bez wielkiego wysiłku może oddychać bardzo powoli, zatrzymując powietrze w płucach cztery razy tak długo, jak wciąga, to należy także ćwiczyć we wstrzymywaniu się od oddechu przez czas dłuższy, np. przez 4 kroki wciągać, przez 8 kroków wypychać i przez 16 kroków trzymać płuca próżne. Wszystkie te ćwiczenia trzeba robić z umiarkowaniem i postępować powoli, podczas gdy oddychanie w normalnym rytmie przy chodzeniu można uprawiać bez ograniczeń godzinami codziennie.

Aby jednak rytm oddychania przyczynił się do wzmożenia sił duchowych, trzeba rychło połączyć z nim pewien rytm psychiczny, dla którego rytm fizyczny jest tylko podstawą. Chodzi o to, by w miarę wdechu i wydechu jednocześnie skupić wolę i wyobraźnię na tym, że wdychamy powietrze z praną, a wydychamy je z jadami, przez organizm wytworzonymi, których się chcemy pozbyć. Trzeba wyobrazić sobie prąd prany, przenikający organizm i zatrzymany, skupiany w nerwach i prąd wyziewów szkodliwych, usuwany z wielką mocą ciała. Gdy przywykniemy do tego wyobrażenia ogólnego, należy je potem zmienić na szereg wyobrażeń szczegółowych.

Więc przez pewien czas, idąc prosto i oddychając w rytmie normalnym, kieruję pranę szczególnie do lewej nogi, by jej dać pełną siłę i żywotność – potem do prawej nogi, do lewej ręki, do żołądka, do głowy, wzdłuż stosu pacierzowego, do każdego organu, potrzebującego właśnie tego prądu ożywczego. A za każdym razem, gdy wydycham powietrze, z tego samego znów organu wyciągam wszystko to, co mu szkodzi i co go osłabia.

W miarę przywykania do takiej inspekcji organizmu przez porządkującą i ożywiającą jaźń, zaczynamy odczuwać te prądy, które sobie wyobrażamy i przekonawszy się, że to nie gra wyobraźni tylko, lecz że prana istotnie posłuszna woli naszej idzie tam, gdzie rozkażemy i ożywia każdą część ciał, usuwając wszelkie dolegliwości i cierpienia. Ale taki stopień uświadomienia sobie prądów prany, żeby usuwać zmęczenie i nawet psychiczną depresję przez kierowanie tymi prądami, osiągnąć można dopiero po długich i wytrwałych ćwiczeniach.

W miarę, jak przywykniemy łączyć rytm fizyczny oddychania z pewnym rytmem wyobrażeń, możemy skutecznie nawet stosować ten rytm do pożądanych stanów psychicznych. Jeśli ktoś się bardzo rozgniewał i nie może się uspokoić, niech się przejdzie, rytmicznie oddychając i żywo wyobrażając sobie, że wdycha łagodność, a wydycha gniew –  to go uspokoi.

Zwykle wyobrażenia nasze przepływają przez naszą świadomość, przychodząc nie wiadomo skąd i mało zależąc od stałych celów woli. Poddając je rytmowi oddychania, uczymy się skupienia, które gdy je raz posiądziemy, ułatwi nam rozwiązanie najtrudniejszych zadań, opanowanie wzruszeń, słabości cielesnej i duchowej. A ze słabością walczyć należy nie wtedy, kiedy już nas opanowała, lecz wtedy, kiedy się czujemy najsilniejsi.

Więc nałogowy pijak nie wtedy będzie mógł skutecznie wdychać abstynencję, a wydychać alkoholizm, gdy jest pijany, ale gdy po wytrzeźwieniu ma największy wstręt do alkoholu , wtedy właśnie może ten wstręt ustalić przez rytmiczną grę wyobraźni.

Jeśli ktoś nie ma ochoty do poważnej pracy i marnuje czas w sposób bezpłodny, to wiele zyska przez wdychanie pracowitości, a wydychanie lenistwa. Taka gra wyobraźni o wiele jest łatwiejsza niż samo rozpoczęcie pracy, a usposabia w ten sposób, że po niejakim czasie takich ćwiczeń praca staje się łatwiejsza.

Takie ćwiczenia łatwo wyśmiewają ci, co nie mają pojęcia o istotnych warunkach życia psychicznego. Lecz ktokolwiek je cierpliwie wypróbuje, przekona się o ich skuteczności. Chodzi tu o to, że dla osiągnięcia pewnych zmian psychicznych potrzebny jest rytm wyobrażeń, kolejno po sobie następujących, a przeciwległych sobie –  tak, że przyciągamy to, które nam sprzyja, zaś odpychamy to, które nam szkodzi.

Łatwiej jest taki rytm ustanowić niż skupić wyobraźnię stale na czas dłuższy na jednym wyobrażeniu. A najłatwiej osiągnąć ten rytm, gdy go połączymy z fizycznym rytmem oddychania i skupiania prany w organizmie. Ale trzeba tu zachować niezbędną kolej ćwiczeń i nie zaczynać od tego, co najtrudniejsze.

Więc najprzód należy doprowadzić do automatyzmu fizyczny rytm samego oddychania – na to całą uwagę i wolę skupiając, dopiero następnie przeprowadzić wolą świadomą skupienie prany, aż ono będzie odbywać się automatycznie, tak, że już nie będzie wymagać szczególnej uwagi. Osiągnąwszy te dwa szczeble, skutecznie możemy skierować potęgę rytmu ku psychicznym naszym potrzebom i zwalczać wady głęboko zakorzenione za pomocą rytmicznego następstwa wyobrażeń, np.:
  1. Wdychać wstręt do tytoniu, wydychać nałóg.
  2. Wdychać łagodność, wydychać gniew.
  3. Wdychać umiłowanie milczenia, wydychać plotkarstwo.
  4. Wdychać prawdomówność, wydychać kłamstwo.
  5. Wdychać wiarę, wydychać niedowiarstwo.
  6. Wdychać nadzieję, wydychać pesymizm.
  7. Wdychać czystość, wydychać nieczystość.
  8. Wdychać zdolności umysłowe, wydychać głupotę.
  9. Wdychać pracowitość, wydychać lenistwo.
  10.  Wdychać wolę, wydychać słabość itd.
Dla katolików jednym z najskuteczniejszych ćwiczeń tego rodzaju jest rytmiczna modlitwa, złożona z dwóch wyrazów – wezwania i prośby, np.: Jezu oświeć, Mario wybaw od pokus, Boże dopomóż itp. Podczas wciągania powietrza, w myśli mamy wezwanie, podczas wypychania prośbę, i tak kolejno skupiając wyobraźnię i wolę na wezwaniu i prośbie, możemy godzinami modlić się, chodząc po równej drodze. Wszystkie te rytmiczne psychiczne ćwiczenia można odbywać najskuteczniej przy normalnym rytmie oddychania, podczas zwykłej przechadzki.

Gdy robimy ćwiczenia o zwolnionym rytmie, przy zatrzymaniu powietrza w płucach, trzeba sobie wyobrazić skupienie prany, jakby zgęszczanie jej wzdłuż kości pacierzowej, z wyobraźnią skierowaną ku najniższemu kręgowi, gdzie cała ta energia się skupia, nim razem z wydechem pójdzie w górę wzdłuż kręgosłupa zasilić mózg. Prądy prany wzdłuż kręgosłupa są najważniejsze i krążą w dwóch równoległych kanałach po prawej i lewej stronie.

Między tymi kanałami jest trzeci, w którym u ludzi zwykłych nie ma prądu, a dopiero się wytwarza w miarę rozbudzenia daru jasnowidzenia, do którego Jogi dąży. Otóż wzbudzić ten prąd możemy w ten sposób, że kierujemy pranę w dół i w górę w bocznych kanałach, uciskając ją i skupiając podczas zatrzymania oddechu i kierując następnie w górę z całej siły.

Ćwiczenia oddychania, odbywane przy chodzeniu, są najskuteczniejsze dla obudzenia poczucia rytmu. Gdy to poczucie jest obudzone, łatwiej jest stosować rytmiczne oddychanie do innych ruchów ciała, za pomocą których pobudzamy działalność wszystkich mięśni.

Przy wszystkich ćwiczeniach podczas chodu należy najbaczniejszą uwagę zwracać na to, by się trzymać zupełnie prosto i pionowo, tak, aby głowa była w jednej linii z kręgosłupem, a kręgosłup miał kierunek taki, jaki przyjmuje sznur, na którym zawiesimy ciężar.

Piersi powinny być wysunięte naprzód, brzuch wciągnięty nieco, stąpać trzeba na przednią część stopy, prawie wcale nie dotykając piętą ziemi i elastycznie wznosić się na palce jednej nogi, gdy rytmicznie przesuwa się naprzód, najmniej ją oddalając od ziemi tak, żeby większa część ruchu była wahadłowa, bez napięcia mięśni. A usta przy tym trzeba trzymać ściśle zamknięte, by całe oddychanie odbywało się przez nos, jak zalecają Hindusi, zgodnie z europejskimi higienistami.

Podczas ćwiczeń trzeba całą uwagę mieć na nie skupioną i innych myśli do świadomości nie dopuszczać jak te, które do ćwiczeń należą. W ten sposób każde ćwiczenie będzie zarazem też ćwiczeniem w skupieniu myśli, czego nam tak brak.

Gdy się po temu nadarzy okazja, najlepiej te ćwiczenia odbywać całkiem lub półnago, wystawiając ciało na działanie powietrza i słońca, szczególnie wczesnym rankiem w lecie. W ogóle najlepiej mieć na sobie tyle tylko ubrania, ile jest koniecznie potrzebne – ubranie z surowego jedwabiu, noszone bezpośrednio na ciele, będzie najlżejsze i najzdrowsze.

Najskuteczniejszym z powyżej wymienionych ćwiczeń jest rytmiczne, nieco zwolnione oddychanie, leżąc na lewym boku przed zaśnięciem, połączone z modlitwą myślną, stanowiącą rodzaj litanii, złożonej z takich próśb, jak: Chryste oświeć, Boże rozraduj, Jezu umocnij, Maryjo oczyść. Przy wdechu wzywamy imię Jezusa, Marii, Chrystusa lub Boga w ogóle, przy wydechu wyrażamy prośbę w myśli i wyobrażamy sobie żywo jej bezpośrednie spełnienie. A gdy czujemy już jasność myśli, przypływ sił, wewnętrzną radość, zasypiamy z modlitwą dziękczynną: Boże dzięki Ci, a zbudzimy się pełni radości i sił, z jasnym planem skutecznego działania.



IV. ĆWICZENIA OŻYWCZE.

Jednocześnie z ćwiczeniami rytmicznego oddychania podczas chodu można rozpocząć niektóre intensywniejsze ćwiczenia, w celu wzmocnienia organizmu cielesnego i niewidzialnego ciała astralnego. Ciało astralne, dopóki sobie go nie uświadamiamy, ćwiczyć możemy tylko w związku z ciałem widzialnym, aby jedno i drugie utrzymać w pełni żywotności. Oto najważniejsze spośród takich ćwiczeń.


1. Głębokie zupełne oddychanie.

Przede wszystkim należy się nauczyć tak wciągać powietrze do płuc, by każda część płuc została w zupełności wypełniona tlenem i praną. Zwykle przy oddychaniu zaniedbane bywają albo szczyty płuc, albo też ich głębsze części. Jeśli ktoś oddycha, głównie poruszając górne żebra, to wdycha powietrze do szczytów – jeśli zaś porusza przeponę i mięśnie brzuszne, to wdycha głębiej, ale za to zaniedbuje szczyty.

Chcąc całe płuca wypełnić, trzeba uwzględnić wskazówki następujące:
  1. Stanąć lub siąść, trzymając się zupełnie prosto. Wciągając powietrze przez nos, zapełnić najprzód niższą część płuc, wydymając brzuch i zniżając przeponę.
  2. Następnie napełnić średnią część płuc, rozpierając niższe żebra.
  3. Na koniec wypełnić szczyty, rozpierając wyższe żebra, cofając i podnosząc nieco ramiona, i podnosząc zarazem przeponę od dołu, tak, aby płuca podtrzymywała.
Te trzy części wdechu powinny stanowić jedną nieprzerwaną całość i prąd powietrza wciągany nie powinien być przyśpieszany, zwalniany, ani zatrzymywany, aż całe płuca całkowicie wypełni. Trzeba unikać przerw i niepotrzebnych poruszeń, a zwyciężyć skłonności do dzielenia wdechu na trzy różne części.

Z biegiem czasu trzeba dojść do tego, by całe płuca wypełnić w kilka sekund i koniecznie po wypełnieniu ich zatrzymać przez kilka sekund przynajmniej cały zapas powietrza w płucach. Następnie należy wydychać bardzo powoli, zatrzymując płuca wydęte i podnosząc przeponę brzuszną, w miarę, jak się płuca opróżniają. Dopiero po zupełnym opróżnieniu płuc można piersi opuścić.  Dobrze jest ćwiczyć się w tym oddychaniu przed zwierciadłem, trzymając ręce na brzuchu, by zauważyć ruch ciała.

To ćwiczenie jest podstawą wszystkich następnych i powinno być z wielką starannością uprawiane, gdyż od doskonałości wdechu zupełnego zależy wartość innych ćwiczeń. Kto się przyzwyczaił, chodząc, do rytmicznego oddychania o stopniowo zwolnionym rytmie, temu łatwiej będzie dojść do zupełnego wdechu. Takie zupełne oddychanie pobudza działanie wszystkich wewnętrznych organów, które zwykle są zaniedbywane.

Trzeba jednak się i tutaj strzec przesady, i nie doprowadzić płuc do zmęczenia, które się bólem lub kłuciem wyraża. Stopniowo tylko można powiększyć wytrzymałość płuc i baczyć trzeba na to, by sobie przez zbyt wielki pośpiech nie zaszkodzić. Lepiej raz wykonać zupełne odetchnięcie z całą dokładnością niż kilka razy pośpiesznie i niedokładnie. Lepiej kilkanaście razy w ciągu dnia wykonać po kilka zupełnych wdechów niż kilka razy na dzień po kilkanaście.


2. Wydech oczyszczający.

To ćwiczenie oczyszcza płuca, pobudza nerwy i orzeźwia cały organizm. Szczególnie korzystne jest dla tych, co publicznie mówią lub śpiewają, aby zmęczone organy oddychania odświeżyć.
  1. Wykonać wdech zupełny, jak wyżej.
  2. Zatrzymać powietrze w płucach przez kilka sekund.
  3. Zwęzić otwór ust jak do świstania, lecz nie wydymać policzków i wypchnąć gwałtownie trochę powietrza, potem na chwilę wydech wstrzymać i znowu małymi ilościami, ale z całą siłą powietrze pozostałe wydychać w szeregu poruszeń rytmicznych, aż tyle powietrza wypchniemy, ile możemy.
Kto spróbuje tego ćwiczenia, spostrzeże, iż w ten sposób wydech można znacznie zwolnić tak, że np. trwa pół minuty i dłużej, co byłoby trudne przy ciągłym i nieprzerwanym wydechu. To zwolnienie wydechu najłatwiej w ten sposób się osiąga i zwiększa wytrzymałość w mowie i śpiewie.


3. Wdech pobudzający nerwy.

To ćwiczenie Jogi uważa za jeden z najskuteczniejszych środków pobudzenia nerwów i wzmożenia żywotności.
  1. Stanąć prosto.
  2. Wciągnąć wdech zupełny i zatrzymać go.
  3. Wyciągnąć ramiona przed siebie, nie naprężając ich, używając tylko tyle siły, aby je utrzymać przed sobą.
  4. Powoli skurczyć ręce ku ramionom, stopniowo kurcząc mięśnie z wysiłkiem tak, że gdy dojdą do ramion, pięści będą tak mocno zaciśnięte, że odczujemy drżenie w nich.
  5. Trzymając mięśnie w napięciu, powoli wygiąć pięści na zewnątrz i cofnąć je szybko nazad, ciągle w napięciu, po kilka razy.
  6. Wypchnąć gwałtownie powietrze przez usta.
  7. Wykonać wydech oczyszczający (patrz wyżej ćwiczenie 2).
Skuteczność tego ćwiczenia zależy od szybkości, z jaką się cofa pięści, od naprężenia mięśni i od ilości powietrza w płucach. Przy cofaniu pięści ku ramionom trzeba sobie wyobrażać, że zgarniamy pranę ku głowie, a wtedy skutek się najlepiej odczuwa.


4. Wdech śpiewaków.

Ćwiczenie to działa na głos, czyniąc go coraz to piękniejszym i więcej harmonijnym. Każdy Jogi ma silny i piękny głos, harmonijny i donośny, a jednak delikatny i giętki.
  1. Wykonać wdech zupełny, bardzo powoli, w ciągu najdłuższego czasu, jakiego tylko możemy użyć przy ciągłym, równym wciąganiu powietrza przez nos.
  2. Zatrzymać przez kilka sekund.
  3. Wypchnąć powietrze gwałtownie i szybko przez szeroko otwarte usta, jakby chuchając.
  4. Wykonać wydech oczyszczający.
Na gatunek głosu mają wielki wpływ mięśnie twarzy. Czasem ludzie z obszernymi płucami mają nędzny głos, a inni przy ciasnych płucach miewają głos donośny i dźwięczny. Warto jest dokonać próby następującej:
  1. Stanąć przed lustrem i usta zwęzić do świstania, bacząc przy tym na kształt ust i ogólny wyraz twarzy.
  2. Potem mówić lub śpiewać jak zwykle i zauważyć różnicę.
  3. Następnie znów świstać i spróbować mówić lub śpiewać, zachowując ten kształt i wyraz twarzy, co przy świstaniu.

5. Wdech zatrzymany.

Hindusi spostrzegli, że zatrzymanie powietrza w płucach, po zupełnym wdechu, jest bardzo korzystne, nie tylko dla samych płuc, ale dla organów trawienia, dla nerwów i dla krążenia krwi. Krew się przez to lepiej utlenia, gdy zaś powietrze dłużej zatrzymane wypychamy, to wypychamy z nim także gazy trujące, które pozostały w płucach przy poprzednim zwykłym oddychaniu. Jest to rodzaj przeczyszczenia płuc. Ćwiczenie to wielce pomaga w chorobach wątroby, żołądka i krążenia krwi, a także usuwa przykrą woń oddechu osób niezdrowych.
  1. Stanąć prosto.
  2. Wykonać wdech zupełny, zatkać nos i usta.
  3. Zatrzymać powietrze najdłużej, mierząc czas zegarkiem, aby sprawdzać postępy.
  4. Wypchnąć gwałtownie powietrze przez otwarte usta.
  5. Wykonać wdech i wydech oczyszczający.
Oczywiście, to ćwiczenie trzeba wykonywać z umiarkowaniem, nie częściej niż to można uczynić bez zmęczenia.

Trzymając szczelnie zamknięte usta i ściskając nos palcami, można zacząć robić takie ruchy brzuchem i żebrami, jakby się oddychało i wyobrażać sobie przy tym, że się pranę prosto przez piersi wciąga. W ten sposób osiąga się dłuższą wytrzymałość na zatrzymanie oddechu i wolniejszy rytm normalny.

Inna odmiana tego ważnego ćwiczenia polega na tym, że po wciągnięciu zupełnego wdechu w postawie stojącej i szczelnym zatkaniu nosa i ust, kładziemy się na łóżko bez poduszki i zaczynamy ruchy mięśni piersi i brzucha tak, jak przy oddychaniu, wpuszczając nieco powietrza za każdym razem, gdy robimy mięśniowe ruchy wdechu, lecz wnet zaciskając nos, gdy robimy ruchy wydechu i w ten sposób zwiększając nagromadzone powietrze tak długo, jak możemy wytrzymać. Na końcu trzeba wypchnąć powietrze gwałtownie i szybko przez otwarte usta i zawsze wykonać wdech i wydech oczyszczający kilka razy w normalnym rytmie.


6. Pobudzenie płuc.

Ćwiczenie to pobudza działalność i orzeźwia całe ciało. Jeśli z początku wywoła pewne osłabienie lub omdlenie, to trzeba go zaprzestać i przejść się, a po niejakim czasie do ćwiczenia powrócić, używając go z umiarkowaniem.
  1. Stanąć prosto, z rękoma u boków.
  2. Wykonać wdech bardzo powolny i stopniowy, łagodnie przy tym uderzając piersi końcami palców, w coraz to inne miejsca, jakbyśmy tym ruchem chcieli skierować siłę, idącą od palców, ku płucom.
  3. Gdy płuca są pełne, zatrzymać powietrze i klepać piersi dłońmi, z wyobrażeniem i chęcią zatrzymania siły, którą poprzednie ruchy skupiły.
  4. Wykonać wdech i wydech oczyszczający kilka razy w normalnym rytmie.
Ćwiczenie to działa silniej niż zwykłe głębokie oddychanie, i w tym spostrzegamy, że delikatne dotknięcie palcem, które nie jest mięśniowym wysiłkiem, jednak wielki wpływ wywrzeć może, gdy z palców tryska prana, ulegająca naszej woli.


7. Rozepchnięcie żeber.

Aby zupełne oddychanie coraz to lepiej wypełniało całe płuca, trzeba żebra przyuczyć do ruchu na zewnątrz, rozszerzając klatkę piersiową. Osiąga się to przez następujące ćwiczenie:
  1. Stanąć prosto.
  2. Umieścić ręce po bokach, pod pachą, tak wysoko, jak można, w ten sposób, aby wielkie palce były skierowane ku grzbietowi, zaś inne palce rozciągały się na klatce piersiowej.
  3. Wykonać wdech zupełny.
  4. Zatrzymać powietrze.
  5. Łagodnie ściskać boki, powoli wydychając.
  6. Wykonać wdech i wydech oczyszczający.

8. Rozszerzenie klatki piersiowej.

To ćwiczenie uzupełnia poprzednie, rozszerzając niższe żebra.
  1. Stanąć prosto, wykonać wdech zupełny i zatrzymać powietrze.
  2. Wyciągnąć ręce do przodu i zacisnąć pięści na wysokości ramion.
  3. Machnąć rękoma wstecz poziomo z całej siły, trzymając pięści zaciśnięte.
  4. Znowu pięści połączyć przed sobą i kilka razy machnąć nimi wstecz, wciąż zatrzymując powietrze i starając się wciągnąć za każdym razem jeszcze trochę więcej powietrza,
  5. Wypchnąć nagromadzone powietrze przez otwarte usta.
  6. Wykonać wydech oczyszczający.
Ćwiczenia tego należy używać z umiarkowaniem, by płuc nie nadwyrężyć.


9. Ćwiczenia poranne.

Tutaj podajemy szereg ćwiczeń, które można wykonać w krótkim czasie, a które najlepiej odbyć rano, zaraz po wstaniu.
  1. Stanąć prosto, głowa do góry, ramiona w tył, kolana sztywne, ręce przy bokach.
  2. Wznieść się powoli na palcach, wciągając zupełny wdech i jednocześnie podnosząc ręce ku górze, jakby się chciało pofrunąć. Gdy się wciągnie powietrze, zatrzymać je na kilka sekund i powoli opuszczać się na pięty, wypychając powoli powietrze przez nos i powtarzając wznoszenie się z wdechem, opuszczanie rąk i całego ciała z wydechem kilka razy, elastycznie i rytmicznie.
  3. Wykonać wdech i wydech oczyszczający.
  4. Powtórzyć to ćwiczenie, używając tylko jednej nogi, kolejno prawej i lewej.
  5. Wyciągnąć ręce przed siebie, dłoń o dłoń, machnąć je wstecz poziomo kilka razy z ożywieniem, wznosząc się na palcach, gdy ręce wstecz idą i zaciskając pięści, a opuszczając się na pięty i klaskając w dłonie, gdy znów do przodu powracają, zachowując rytm normalny w tym ruchu lub wciągając powietrze przez kilka poruszeń i wypychając je od razu po kilku poruszeniach w chwili, kiedy ręce idą do przodu.
  6. Gdy ręce są wyciągnięte w bok, zacząć zakreślać nimi koła niezbyt szerokie; sięgając wstecz tak daleko jak można, lecz nie wysuwając do przodu dalej niż linia piersi. Wciągać powietrze przez 6 poruszeń i wypychać przez tyleż, potem robić takie koła w drugą stronę z tym samym rytmem oddychania.
  7. Wyciągnąć ręce do przodu, dłoń o dłoń, trzymając małe palce razem, wznieść ręce do góry, aż palce spoczną na wierzchu głowy w ten sposób, że wszystkie palce dotykają się zewnętrzną stroną i potem łokcie cofnąć wstecz, wciągając powietrze i zatrzymując przez chwilę palce na szczycie głowy; gdy łokcie są całkiem w tyle, wyprostować ramiona ku górze i w tył, aż spoczną u boku w zwykłej pozycji. Powtórzyć kilka razy.
  8. Wyciągnąć ręce w bok, zgiąć je w łokciu tak, aby końce palców dotknęły ramion i w tym położeniu łokcie wypchnąć do przodu, aż się zetkną i cofnąć wstecz tak daleko, jak można. Powtórzyć kilka razy, wdychając przy cofaniu, wydychając, gdy łokcie idą do przodu.
  9. Ręce na biodra, łokcie wstecz, przegiąć ciało do przodu, trzymając piersi wystające i ramiona w tył wygięte; potem wyprostować się powoli i łagodnie, wciągając powietrze, nie zginając kolan. Następnie pochylić się na prawo i na lewo, nie zmieniając położenia niższej części ciała. Nareszcie kręcić ciało wkoło tak, aby głowa opisywała największe koło, w prawo i w lewo, rytmicznie oddychając. Przy tym ruch zyskuje, jeśli w każdej chwili, jak radzi G. Stebbins6, głowa jest pochylona w przeciwległym kierunku niż tułów – gdy ciało zgięte do przodu, to głowa wygięta w tył, gdy ciało w tył wygięte, głowa na piersi, gdy ciało pochylone na prawo, głowa przylega do lewego ramienia. Z początku taka przeciwległość ruchów jest trudna, lecz warto ją zdobyć.
  10. Stanąć prosto, podnieść ręce do góry, dłonie ku przodowi. Nie zginając kolan zgiąć ciało tak, aby palce dochodziły do podłogi i podnieść się, wciągając powietrze i wyginając całe ciało w tył. Powtórzyć kilka razy, wdech przy podnoszeniu ciała, wydech przy zginaniu go do przodu.
  11. Stanąć prosto, z rękoma na biodrach i wznieść się kilka razy na palcach, jakby na sprężynach, za każdym razem zatrzymując się na chwilę, gdy się jest podniesionym. Pięty razem, kolana nie zgięte. Następnie rozstawić nogi na dwie stopy od siebie i przykucnąć kilka razy, podnosząc się jednocześnie na palcach i oddychając rytmicznie.
  12. Stanąć prosto, ręce na biodrach. Stojąc na lewej nodze, machać prawą do przodu i w tył, nie zginając w kolanie. To samo lewą nogą. Następnie, stojąc na lewej, podnieść prawe kolano tak wysoko jak można kilka razy – i, stojąc na prawej, podnieść lewe kolano tyleż razy. Potem na przemian podnosić lewe i prawe kolano w tempie przyśpieszonym, aż się dojdzie do wykonania powolnego biegu, stojąc w miejscu.
  13. Stanąć prosto, wyciągnąć ręce do przodu, dłonie w dół, palce wyprostowane razem, wielki palec pod nimi. Zgiąć ciało do przodu, jednocześnie machając rękoma w tył tak daleko, żeby ręce wystawały nad ciałem, jak skrzydła w tył, gdy ono będzie zgięte do przodu. Powtórzyć kilka razy.
  14. Stanąć prosto, wyciągnąć ręce w bok z dłońmi otwartymi do góry. Ściskając pięści z całej siły, wciskając dobrze palce do środka. Otworzyć rękę jak wachlarz, wyginając dłoń w dół tak daleko jak można i znów szybko zacisnąć pięści kilka razy, za każdym razem starając się zupełniej ścisnąć i otworzyć, wyginając na zewnątrz rękę.
  15. Położyć się na brzuch podnosząc nogi i ręce w górę i opuszczając je po kilka razy. Potem położyć się na grzbiet z rękoma wyciągniętymi w linii przedłużenia ciała dotykając ziemi zewnętrzną stroną palców i wtedy podnieść obie nogi pionowo do góry, aż będą sterczeć prosto w górę. Powtórzyć to kilka razy. Następnie, po opuszczeniu nóg, podnieść górną część ciała do siedzącej pozycji, trzymając ręce prosto przed sobą. Na koniec znów przekręcić się na brzuch i wznieść ciało, opierając je na dłoniach i na palcach nóg, potem opuszczać, zginając łokcie i wznosić na wyciągniętych rękach przy wyprostowanych kolanach i sztywności całego ciała.
Powyższe piętnaście ćwiczeń można wykonać po niejakiej wprawie w ciągu kilkunastu minut, a przez to osiągnąć równomierne wyćwiczenie wszystkich mięśni, przy najmniejszym wysiłku. Jeśli nie tracić czasu między jednym ćwiczeniem a drugim, tylko brać je jako jedną całość, tak jak różne ruchy, które się składają na całość tańca, a przez cały czas rytmicznie oddychać, robiąc wdech i wydech przez równą ilość ruchów, to powyższy komplet porannych ćwiczeń może być powtarzany kilka razy dziennie i wielce się przyczyni do zdrowia i rozwoju sił. Każdy ruch trzeba wykonać dokładnie i z upodobaniem, z życiem, kładąc duszę w każdą część ciała i posyłając wolą prądy prany ku poruszanym częściom, skupiając, o ile można, wzrok i uwagę na te części, które poruszamy, jakbyśmy chcieli je zachęcić.


10. Ćwiczenia kąpielowe.

Jogi obmywa ciało co dzień najstaranniej i wyciera prawie do sucha własnymi rękoma, przez co wciera siły we wszystkie jego części, bo ruchem tym wciska do skóry pranę, zawartą w kroplach świeżej wody, wiszących na ciele. Podczas obmycia należy głęboko oddychać i używać wody chłodnej, lecz niezbyt zimnej – zależnie od tego, jaką temperaturę najlepiej znosimy, stopniowo próbując obniżyć ją do temperatury źródlanej wody, jaką mamy do rozporządzenia.

Przed samą kąpielą należy odbyć pierwsze z porannych ćwiczeń, wyżej wymienionych.

Jeśli nie ma wanny, to wystarczy gruntownie wytrzeć ciało mokrym ręcznikiem, mocząc go w świeżej wodzie i wyciskając kilka razy podczas nacierania ciała, zaczynając od ramion i piersi, obcierając następnie brzuch, nogi, ręce i grzbiet, wciąż głęboko oddychając. Potem wytrzeć skórę rękoma prawie do sucha i po włożeniu bielizny wykonać ruchy następujące:
  1. Stanąć prosto, wyciągnąć ręce do przodu z zaciśniętymi pięściami, machnąć je wstecz kilka razy tak daleko, jak można, wciągając coraz to więcej powietrza za każdym ruchem i po kilku ruchach gwałtownie wypychając przez usta.
  2. Trzymając ręce wyciągnięte w bok, zacisnąć pięści i zakreślić koła pięściami w jedną i drugą stronę po kilka razy, potem prawą pięścią w jedną stronę, a lewą w drugą.
  3. Stojąc prosto, podnieść ręce do góry, dłonie do przodu i zgiąć się do przodu, nie zginając kolan, aż palce dotkną ziemi.
  4. Podnieść się na palcach kilka razy ruchem sprężynowym.
  5. Rozstawić nogi na dwie stopy i przykucnąć, jednocześnie wznosząc się na palcach kilka razy.
  6. Znów wykonać ruch początkowy, machając rękoma z zaciśniętymi pięściami wstecz kilka razy, wciągając powietrze coraz to więcej za każdym ruchem, a po kilku ruchach wypychając gwałtownie przez usta.
  7. Wykonać wydech oczyszczający.
Trzeba się przyzwyczaić do połączenia tych ruchów w jedno, tak, aby następowały po sobie bez przerwy, pobudzając krążenie w całym ciele.


11. Pobudzenie krążenia.

Gdy długo siedzimy i czujemy brak krążenia, a nie możemy powtórzyć kompletu ćwiczeń porannych, to są wskazane ruchy następujące, które w krótkim czasie pobudzają krążenie.
  1. Stanąć prosto i wciągnąć zupełny wdech.
  2. Zatrzymując powietrze, przegiąć ciało do przodu, trzymając w obu rękach kij i ściskając go z całej siły.
  3. Podnieść się i powoli wypchnąć powietrze, przestając ściskać kij.
  4. Powtórzyć to kilka razy i zakończyć wydechem oczyszczającym.
To ćwiczenie sprowadza krew do kończyn i uwalnia głowę od zbytniego jej napływu.


12. Ćwiczenia nasenne.

Kto pilnie wykona powyższe wskazówki, temu nie grozi bezsenność.

Jeśli ktoś chce osiągnąć cel najdoskonalszego rozwoju ciała i duszy, to przyzwyczai się rano wstawać i wcześnie iść spać.

Spać należy przy otwartych oknach, bez pierzyn, tylko pod takim przykryciem, jakie jest niezbędnie potrzebne, daleko lepiej pod kocami wełnianymi, które można od czasu do czasu wyprać, niż pod kołdrą watowaną, która w sobie gromadzi wyziewy pokoleń.

Hindusi zalecają, by najmniej mieć poduszek pod głową, spać najlepiej nago, pod najlżejszym przykryciem, by powietrze miało najłatwiejszy dostęp do ciała, z głową zwróconą ku północy lub na wschód. Gdy sen nie przychodzi, dobrze jest, leżąc na grzbiecie, ruszać palcami u nóg i rąk, kolejno kurcząc i wyciągając mięśnie kończyn.

Potem, gdy już się zmęczymy, zatkać wielkim palcem prawej ręki prawe ucho, a wielkim palcem lewej ręki lewe ucho, drugim palcem prawej ręki lekko przycisnąć prawe oko zamknięte i tak samo drugim palcem lewej ręki lewe oko, trzeci palec każdej ręki położyć na odpowiednim otworze nosa, czwarty i piąty na ustach i w ten sposób symbolicznie się odgraniczywszy od świata, zacząć kolejno wciągać powoli powietrze przez lewy otwór nosa, trzymając prawy zamknięty, potem zamknąć lewy otwór i powoli wypychać powietrze przez prawy, znów przez prawy wciągać i przez lewy wypychać, kolejno zatykając trzecim palcem jeden lub drugi, tak że po każdym wypchnięciu powietrza przez jeden otwór następuje wciągnięcie przez ten sam otwór i znów wypchnięcie i wciągnięcie przez inny. Przy tym należy sobie wyobrażać, że wciągamy senność, a wypychamy wszelkie troski, niepokoje i zbyteczne myśli. Zwężona droga wdechu i wydechu ułatwia skupienie uwagi na tej czynności i zwolnienie rytmu.

To ćwiczenie, jeśli ściśle wykonane, ma nadzwyczajną siłę usypiającą. Rytmiczny ruch trzeciego palca, zatykający kolejno lewy i prawy otwór, słabnie i zasypiamy.

Przed zaśnięciem bardzo dobrze jest myśl skierować ku jednostajnie powtarzanej modlitwie, w dwóch wyrazach: Chryste oświeć, rytmicznie wymawiając w myśli Chryste przy wciąganiu powietrza, oświeć przy wypychaniu.

Zasypiając z taką modlitwą, zapewniamy sobie sny pouczające, podobne do snu księdza Piotra w „Dziadach", o którym aniołowie mówią: „Wyjmijmy z ciała duszę, jak dziecinę senną z kolebki złotej i zmysłów sukienkę lekko zwleczmy; ubierzmy w światło jak jutrzenkę i lećmy. Jasną duszę nieśmy w niebo trzecie, Ojcu naszemu złożyć na kolanach dziecię; niech uświęci sennego ojcowską pieszczotą; a przed ranną modlitwą duszę wrócim życiu i znowu w czystych zmysłów otulim powiciu i znowu złożym w ciało, jak w kolebkę złotą".

Kto zaś zasypia z myślą samolubną, ten bywa narażony na sny takie, jak senator w „Dziadach", o którym diabły mówią: „Teraz duszę ze zmysłów wydrzem, jak z okucia psa złego. Lecz nie całkiem, nałożym kaganiec: nawpół zostawim w ciele, by nie tracił czucia; drugą połowę wleczmy aż na świata kraniec, gdzie się doczesność kończy, a wieczność zaczyna i złe psisko uwiążem tam na pograniczu. Tam pracuj, ręko moja, tam świstaj, mój biczu! Nim kur zapieje, musim z tej męczarni wrócić zmordowanego, skalanego ducha; znowu przykuć do zmysłów, jako do łańcucha i znowu w ciele zamknąć jako w brudnej psiarni". W tych dwóch strofach Mickiewicza cała tajemnica dwoistego gatunku snów jest zawarta. Trzeba się starać o sen księdza Piotra, jeśli sen ma istotnie orzeźwić i wzmocnić.

Kto wypróbuje skuteczność rytmicznej modlitwy przed zaśnięciem, ten się przekona, że modlitwą można nie tylko zdobyć wypoczynek ciała podczas snu, lecz także dokonać ogromnych postępów ducha. Gdy idziemy spać, wyobrażajmy sobie, że opuszczamy ciasne więzienie doczesnego życia i wznosimy się do towarzystwa najczystszych duchów, aby od nich siły zyskać, potrzebne w pracach dnia następnego. Budząc się zaś usiłujmy sobie przypomnieć nauki we śnie otrzymane, a w miarę wytrwałych usiłowań, stale czynionych w tym kierunku, nauczymy się zawsze w chwili przebudzenia uświadamiać sobie treść tego, cośmy we śnie doświadczyli, a co zwykle bywa zapomniane. Wtedy się przekonamy, że Mickiewicz miał rację, przypisując snom taką doniosłość, a tym łatwiej pozyskamy takie sny, jakie miewał ksiądz Piotr, nie narażając się na sny senatora.

Umiejętność snu, dającego zupełny wypoczynek ciału, a natchnienia myśli, jest niestety dotąd zbyt mało stosowaną. Ale kto raz wkroczy na tę drogę szukania we śnie związku ze światem ducha nadprzyrodzonym, ten rychło doczeka się snów pouczających i nauczy się je rozumieć jako wskazówki, dawane przez aniołów sługom Bożym, którzy pokornie przed zaśnięciem proszą o światło siły i radość, a za otrzymane łaski z rozrzewnieniem dziękują.



V. UMIEJĘTNOŚĆ ODPOCZYNKU.

Mało ludzi umie odpoczywać. Dzicy i dzieci znają zupełny odpoczynek bez ruchu, bez żadnych skurczonych mięśni, bez żadnych trosk ani zbytecznych myśli. Z domowych zwierząt kot nam daje przykład doskonałego odpoczynku, gdy całym swym ciężarem przylgnie do ziemi, jakby wszystkie jego członki były, jak zmoczone płachty rzucone na kupę. Na Wschodzie, gdy karawana zatrzyma się po długim pochodzie, ludzie rzucają się na ziemię, odkurczają wszystkie mięśnie, wycofują z nich pranę i leżą jakby umarli, czasem zasypiając a odpoczywając doskonale, nawet jeśli nie zasną.

Jedna godzina takiego doskonałego odpoczynku więcej sił gromadzi niż kilka godzin snu niespokojnego, pełnego widziadeł, które straszą i męczą. Wszystkie wędrowne plemiona zdobyły tę umiejętność doskonałego spoczynku i pod tym względem Hindusi (Wschodni Indianie) są podobni do Indian (Zachodnich) i do Arabów. My musimy uczyć się tego za pomocą ćwiczeń szczegółowych.

Aby dojść do idealnego spoczynku, trzeba pojąć głębszą istotę mięśniowych wysiłków. Za każdym razem, gdy wykonujemy jakiś ruch, stwarzamy prąd prany od mózgu do poruszonego mięśnia. Każdy ruch mimowolny, automatyczny oddziaływuje na mózg, czerpiąc zapasy prany. Nie tylko ruch wykonany, ale nawet ruch zamierzony i powstrzymany wywołuje taki prąd prany, nawet przy pozornym spokoju mięśni. Każda myśl wyrażająca się w ruchu powoduje ubytek w zapasach prany.

Uczucia, które mają swe naturalne mięśniowe wyrażenie, także powodują prądy prany ku mięśniom. Wiec zupełnego spoczynku nie ma zatem bez wstrzymania wewnętrznych ruchów, myśli i odczuć. Wtedy dopiero prąd odśrodkowy ustaje i zaczynają się wzmagać zapasy prany, czerpane przy oddychaniu, skupiane w organach centralnych, w mózgu i kręgosłupie.

Ludzie, którzy spokojnie usiedzieć nie mogą, ciągle mimo woli poruszając to nogi, to ręce, to usta, kręcąc się niepotrzebnie i gadając bez treści, postępują jak ci, co biorąc wodę z samowara zapomną kurka zakręcić. Gdy później im wody trzeba, wszystka wypłynęła. Aby mieć znaczne zapasy sił, trzeba umieć dokładnie zakręcić kurki, przez które płyną te siły. Kto nie umie wstrzymać wydatku sił na jakiś czas, ten nie umie ich gromadzić. Jednym z najpospolitszych grzechów w tym względzie jest zbyteczne gadanie na wiatr, wskutek nieumiejętności milczenia i skupienia. Tylko ten, co umie milczeć i myśleć, przemówi w potrzebie doskonale. Milczeniem gromadzi siły wymowy.

Aby doprowadzić całe ciało do zupełnego spoczynku i zamknąć wszystkie krany, którymi wypływa siła nerwowa, trzeba zacząć od ćwiczeń częściowych, które tutaj podajemy.
  1. Wyciągnąć pranę z ręki, tak aby zwieszała się bez życia, ulegając tylko własnemu ciężarowi, przy zupełnym odkurczu mięśni, gdy trzymamy ramię przed sobą. Machać tą martwą ręką za pomocą ruchów przedramienia, z wyobrażeniem prądu prany, dośrodkowo idącego od wiszącej ręki. Powtórzyć to z prawą i lewą ręką, potem z obydwoma naraz i praktykować, aż się wyraźnie uczuje ustępujący prąd prany.
  2. W ten sam sposób odkurczyć mięśnie palców, aby się zwieszały o własnym ciężarze i poruszały biernie, gdy nimi machamy, ze świadomością prądu prany, od kończyn idącego ku centralnym organom.
  3. Ściągnąć pranę z przedramion i machać nimi za pomocą ruchu ramion, tak aby zwieszały się pod wpływem własnego ciężaru odkurczone od łokcia.
  4. To samo uczynić z ramionami, ubezwładniając je, aby się zwieszały bez życia i wahały w różne strony, gdy poruszamy ciało. Ramiona powinny zawisnąć jak puste rękawy. Podnieść ramiona nad głowę i nagle pozbawić ich siły, tak, aby opadły martwe bez żadnego skurczu.
  5. Stopę ubezwładnić, by się zwieszała biernie, gdy ruszamy podudzie. To jest trudne ćwiczenie, gdyż stopa bywa zwykle w stanie pewnego kurczu mięśni. To samo uczynić z podudziem od kolana, stojąc na lewej nodze i opierając się prawą ręką o ścianę, podczas kiedy zwieszamy podudzie z odkurczeniem mięśni poniżej kolana. To samo z udem, stojąc na jednej nodze, na wzniesieniu, aby druga się zwieszała bezwładnie i ulegała tylko własnemu ciężarowi. Obie nogi w ten sposób ćwiczyć w bezwładności.
  6. Podnieść kolano tak wysoko, jak można i nagle pozbawić całą nogę prany, tak aby spadła o własnym ciężarze.
  7. Odkurczyć mięśnie szyi, tak aby głowa schyliła się naprzód o własnym ciężarze i szła za poruszeniem ciała, przy zupełnej bezwładności. Siedząc w fotelu, opuścić w ten sam sposób głowę w tył.
  8. Odkurczyć mięśnie piersi i łopatek, aby cała górna część ciała zwieszała się o własnym ciężarze. Siedząc w krześle, odkurczyć mięśnie pasa tak, aby górna część ciała zwiesiła się do przodu, jak u ludzi, którzy siedząc zasypiają.
  9. Odkurczyć mięśnie szyi, tak aby opadła głowa, potem pasa, tak aby zwiesiła się górna część ciała, potem mięśnie powyżej kolan i nareszcie poniżej kolan, aż całe ciało upadnie na ziemię, jakby w jednej kupie, jak mokra płachta. Gdy kto się w takim odkurczaniu wszystkich mięśni wyćwiczy i nauczy się w ten sposób upadać bezwładnie na ziemię, to zabezpieczy się na przypadek mimowolnego upadku. Dziecko instynktownie ubezwładnia wszystkie mięśnie, gdy pada i dlatego może tak często upadać bez poważnej szkody. Także po pijanemu ludzie upadają w ten sposób i dlatego pijani niewiele sobie szkodzą, gdy upadają w warunkach, w których kto inny łatwo mógłby nogę lub rękę zwichnąć.
  10. Wyciągnąć ręce w bok jak najdalej, wznieść się na palcach i wyciągać ręce w górę jak najwyżej, w ogóle wyciągając wszystkie członki na wszystkie strony, jak instynktownie czynią ludzie zmęczeni – to usuwa skurcze pewnych mięśni i rozprowadza pranę po całym organizmie, wyrównując stan ożywienia poszczególnych organów.
Powyższe ćwiczenia są przygotowaniem do głównego ćwiczenia, które polega na bezwładności całego ciała przy powstrzymaniu odśrodkowego prądu prany i skupieniu przybytku, osiągniętego z oddychania.
  1. Położyć się na grzbiecie, najlepiej nago, bezpośrednio na trawie lub piasku. Odkurczyć wszystkie mięśnie. Przewędrować ciało myślą od góry do dołu, sprawdzając, czy gdzieś nie pozostają mięśnie skurczone i odkurczyć je. Oddychać przy tym równo i spokojnie, po kilku rytmicznych głębokich oddychaniach. Po niejakim czasie przewrócić się na bok i zupełnie ubezwładnić wszystkie mięśnie, czując cały ciężar ciała, przylgnąć nim do ziemi, jak kot, gdy się grzeje na słońcu. Uczynić to samo na drugim boku i na brzuchu. Wyobrażać sobie ciężar ciała, potem usunąć ze świadomości wszelkie wyobrażenia i tak leżeć bezwładnie w zupełnym spokoju. Po niejakim czasie podnieść ręce i opuścić je bezwładnie. To samo uczynić z nogami i z głową, dla sprawdzenia ich bezwładności. Często spostrzegamy skłonność, by jakąś część ciała podtrzymywać wysiłkiem mięśni – trzeba wszystko zdać na ziemię i cały ciężar każdej części ciała powierzyć ziemi. Odczuć tę olbrzymią podporę i zaufać jej z zupełnym usunięciem wszelkiej troski, wszelkiej obawy, wszelkiej nienawiści i wszelkiego gniewu.
  2. Leżąc zupełnie spokojnie z zamkniętymi oczyma, z ledwo dostrzegalnym oddechem, z rękoma spoczywającymi obok ciała, wyobrazić sobie to leżące ciało, jako całkiem obce narzędzie jaźni, a jaźń, jako mającą siłę opuszczenia ciała i wędrowania we wszechświecie. Wznieść się myślą do światów nas otaczających, spojrzeć na ziemię z daleka, jako na jedną z milionów planet, zapomnieć o wszystkim, co stanowi naszą osobistość i uprzytomnić sobie wiekuiste życie jaźni, to co jest istotne; wyobrazić sobie, że ludzkie życie doczesne jest tylko jednym z krótkich doświadczeń jaźni nieśmiertelnej, uświadomić sobie jaźń, jako siłę czysto duchową, część niezbędną całości wszechświata i odczuć życie całości, tak jak je opisywał Mickiewicz w Widzeniu: „Nagle moje ciało, jak ów kwiat polny, otoczony puchem, prysło, zerwane Anioła podmuchem, i ziarno duszy nagie pozostało... i zdało mi się, żem się nagle zbudził ze snu strasznego, co mnie długo trudził. I jak zbudzony ociera pot z czoła, tak ocierałem moje przeszłe czyny, które wisiały przy mnie, jak łupiny wokoło świeżo rozkwitłego zioła. Ziemia i cały świat, co mnie otaczał, gdzie dawniej dla mnie tyle było ciemnic, tyle zagadek i tyle tajemnic, i nad którymi jam dawniej rozpaczał: już w nim ujrzałem wszystko w głębi, na dnie, jak w ciemnej wodzie, na którą blask padnie. Teraz widziałem całe wielkie morze, płynące z środka, jak ze źródła, z Boga, a w nim rozlana była światłość błoga. A mogłem latać po całym przestworze, biegać, jak promień przy boskim promieniu mądrości Bożej; i w dziwnym widzeniu i światłem byłem i źrenicą razem. I w pierwszym, jednym rozlałem się błysku, nad przyrodzenia całego obrazem: w każdy punkt moje rzuciłem promienie; a w środku siebie, jakoby w ognisku, czułem od razu całe Przyrodzenie. Stałem się osią w nieskończonym kole: sam nieruchomy, czułem jego ruchy; byłem w pierwotnych żywiołów żywiole, w miejscu, skąd wszystkie rozchodzą się duchy, świat ruszające, same nieruchome: jako promienie, co ze środka słońca leją potoki blasku i gorąca, a słońce w środku stoi nieruchome. I byłem razem na okręgu koła, które się wiecznie rozszerza bez końca i nigdy bóstwa ogarnąć nie zdoła. I dusza moja, krąg napełniająca, czułem, że wiecznie będzie się rozszerzać i wiecznie będzie ognia jej przybywać, będzie się wiecznie rozwijać, rozpływać, rosnąć, rozjaśniać, rozlewać się, stwarzać i coraz mocniej kochać swe stworzenie i tym powiększać coraz swe zbawienie. Przeszedłem ludzkie ciała, jak przebiega promień przez wodę, ale nie przylega do żadnej kropli: wszystkie na wskroś zmaca, i wiecznie czysty, przybywa i wraca i uczy wodę, skąd się światło leje, i słońcu mówi, co się w wodzie dzieje".
Ten wierny opis wyjątkowej ekstazy, doznanej przez wieszcza, najzupełniej się zgadza z tym, co Jogi indyjski zna jako stan zupełnego duchowego spoczynku i wyzwolenia od wpływów ciała, stan świadomie osiągnięty przez ćwiczenia. W tym stanie ciało wypoczywa i skupia siły nerwowe. Gdy duch z wędrówki wszechświatowej wraca, znajduje narzędzie posłuszne, a sam jest wyzwolony od słabości, które od ciała go uciskały.

Im zupełniej kto zdoła w ten sposób wyzwolić się, z doczesności przejść już w tym życiu do wieczności, tym odporniejszy będzie na doczesne strapienia. Ale i tego nie trzeba nadużywać, bo tymczasem nasze zadania są tutaj.

Prawdziwa umiejętność odpoczynku uczy nas skupiać siły w spokoju do wysiłku. Wielu ludzi istotnego spoczynku wcale nie doznaje nawet we śnie, bo nie umieją się oderwać od trosk bieżących i marnują wiele sił na niepotrzebne ruchy. Tacy ludzie nie są w stanie całej siły włożyć w ruch potrzebny.

Kto się nauczy odpoczywać i odśrodkowy prąd prany przemieniać czasowo na świadomy prąd dośrodkowy, ten w chwili potrzeby okaże niezwykłe siły. Chodzi o to, by wprowadzić do życia rytm kolejnego skupiania prany i używania jej do celów, które uznamy za potrzebne.

Jeśli zaczniemy obserwować naszych bliźnich, to spostrzeżemy, że wiele sił marnują na próżno i rzadko spoczywają w zupełnym spokoju. Widać to na każdym kroku. Mało kto umie bez najmniejszej przerwy godzinę strawić na jakiejkolwiek pracy. Większość daje się byle czym oderwać i jeśli nie zdradzi tego w ruchu, to marnotrawstwo to pozostanie ukryte w myśli. Ale takie zmarnowane, bezcelowe myśli, również osłabiają jak zbyteczne ruchy.

Trzeba kierować myślą celowo, a za to umieć być bezmyślnym, gdy się postanowi zupełnie wypocząć. Zdolność usuwania ze świadomości każdej na razie zbytecznej myśli, skupiania wszystkich sił do tego celu, jaki w danej chwili mamy przed sobą jest także warunkiem umiejętności odpoczynku. Kto intensywnie pracuje, ten łatwiej się nauczy doskonale odpoczywać. Kto myśli i ruchy rozprasza podczas pracy, ten nie umie się potem skupić w doskonałym odpoczynku.

Niepokój zbyteczny o to, czemu zapobiec nie możemy, męczy nas i pozbawia potrzebnego nam odpoczynku. Przypuśćmy np., że człowiek bardzo zajęty, a mający wkrótce wyjechać najbliższym pociągiem, w ostatniej chwili wsiądzie do powozu, mającego zawieźć go na dworzec. Często się trafia, że przez całą drogę myśli o możliwym spóźnieniu i pogania powóz wysiłkiem swej woli, gdy właśnie mógłby doskonale wypocząć, ufając koniom, że go dowiozą.

Gdy pewien człowiek prędzej umie wykonać jakąś pracę niż inny, to najczęściej polega to na tym, że ani chwili czasu nie traci na myśli lub ruchy, do celu nie prowadzące. Ta zdolność natężonej pracy jest w ścisłym wzajemnym związku z umiejętnością doskonałego wypoczynku, podczas którego się skupia siły.

Opanowanie myśli, pozwalające nam w czasie odpoczynku na usunięcie ze świadomości tego, co nam spokój odbiera, przygotowuje nas do tego rodzaju opanowania myśli, które pozwala skupić siły na cel główny i bezpośredni, a jednak używać w każdej chwili tylko tyle tych sił, ile rzeczywiście potrzeba, nie czekając ni chwili z ich użyciem.

Woda z kranu płynąca marnuje się, gdy zapominamy kran dobrze zakręcić po użyciu go, a także gdy zbyt odkręcimy ten kran, wtedy gdy potrzebujemy wody w małej ilości. Aby nalać wody szklankę, nie trzeba kranu odkręcać tak, jak dla nalania wiadra, bo się wiele wyleje. Podobnie jest z siłą nerwową: trzeba przy pracy tyle sił użyć, ile potrzeba, nie więcej. Dla podniesienia kosza z owocami, nie trzeba tak się wysilić, jakby w nim były kamienie.

Ci, co najlepiej wytrzymują pracę umysłową, najoszczędniej używają swych sił – nawet gdy intensywnie pracują, to jeszcze odpoczywają. Aby tę umiejętność zdobyć, trzeba umieć zdać się na automatyzm psychofizyczny tyle, ile tylko można i przyuczać jaźnie pomocnicze, by pełniły, to, co do nich należy.

Łatwo to sobie wyjaśnić na dosyć prostym przykładzie. Jedni ludzie czytają daleko prędzej niż inni. Chcąc dojść do szybkiego czytania, trzeba wszelkie wyobrażenie o kształcie liter usunąć ze świadomości, powierzając to jaźniom pomocniczym, czyli jak inni mówią sferze nieświadomej, tak że patrząc na litery nie widzimy liter, lecz od razu całe wyrazy i zdania sobie uświadamiamy, bez mechanizmu sylabizowania.

Gdy każdy organ spełnia to, co do niego należy, jaźń naczelna daleko mniej potrzebuje wysiłku. A chcąc poszczególne organy wykształcić, trzeba od czasu do czasu zwrócić na nie szczególną uwagę, kolejno je ubezwładniając i tchnąć w nie siłę.

Gdy sobie nadto uprzytomnimy, że każda myśl, każdy wyraz nasz jest wydatkiem siły, gdy opanujemy w ten sposób myśli i słowa, by ich na próżno nie marnować, by zawsze stanowiły szeregi, do celu prowadzące, to siły nasze, nagromadzone w chwilach odpoczynku, nie tak łatwo będą się wyczerpywać.

A myśl i uczucie, gdy je tak opanujemy, będziemy umieli skupić nadzwyczajnie wtedy, gdy zajdzie tego potrzeba. Szybkość myśli bywa bardzo różna – rozumowanie, trwające godzinami u jednego, może się odbyć błyskawicznie w innej jaźni.

Największą szybkość osiąga myśl konsekwentna, zgodna z sobą, wolna od niepotrzebnych dodatków. Gdy ktoś nad naturalnym przebiegiem swej myśli zacznie się zastanawiać, zwykle spostrzega tyle tych niepotrzebnych dodatków, co chwastów w zaniedbanym ogrodzie.

Przy pracy intensywnej nie należy oczekiwać zmęczenia, by na chwilę odpocząć. Umieć nagle przejść od intensywnej pracy do zupełnego spoczynku, nagle usunąć ze świadomości to, co nam spokój odejmuje – to jest zdolność, którą można nabyć przez powyższe ćwiczenia, jeśli je wykonywać sumiennie a regularnie. To przejście od czynności do spoczynku jest podobne do momentalnego zwrócenia prądu elektrycznego w przeciwległym kierunku za pomocą komutatorów.

Tu chodzi o prąd prany, który przy pracy jest odśrodkowy, przy spoczynku dośrodkowy. Dopóki ktoś nie oswoi się z wyobrażeniem tych prądów niewidzialnych wewnątrz ciała, dopóki nie dojdzie do uświadomienia ich sobie, niełatwo będzie mógł osiągnąć największą sprawność ducha i ciała, najintensywniejszą zdolność pracy i umiejętność najdoskonalszego spoczynku.

A gdy raz się osiągnie władzę nad kolejnymi fazami prądów dośrodkowych i odśrodkowych, bardzo mało czasu wystarczać nam będzie na zupełny wypoczynek – kilkanaście minut takiego świadomie wytworzonego spoczynku zastąpi godzinę zwykłego snu, nawet jeśli nie zaśniemy podczas takiego ćwiczenia.

Świadomie wywołany odpoczynek, zależny od naszej woli, ma całkiem inne skutki niż mimowolna bezczynność przy rozproszeniu myśli i uczuć, na której trawimy męczące godziny, gdy nie możemy zdecydować się na jakąś pracę. Ćwiczenia odpoczynku należy uprawiać regularnie, a nie wtedy dopiero, gdy już jesteśmy przemęczeni i niezdolni do skupienia woli na właściwe ćwiczenia, wiodące do zupełnego i skutecznego odpoczynku.



VI. ĆWICZENIA PSYCHOFIZYCZNE.

Po niejakim czasie ćwiczeń fizycznych, w których uwaga jest głównie zwrócona na prądy prany i na ich uświadomienie, można z pożytkiem zacząć zawilsze ćwiczenia psychofizyczne, których podstawą jest rytmiczne oddychanie w pozycji bądź siedzącej, bądź leżącej, przy zupełnej nieruchomości ciała.

Rytmiczne oddychanie dla ćwiczeń psychofizycznych powinno być uregulowane według bicia serca lub pulsu, w ten sposób, że zaczyna się np. od wdechu przez sześć uderzeń, zatrzymania powietrza w płucach przez trzy uderzenia, wydechu przez sześć uderzeń i odpoczynku z opróżnionymi według możności płucami, podczas trzech uderzeń.

Powoli stopniowo się rytm zwalnia, doprowadzając go do tego, że wdech trwa np. 15 uderzeń pulsu, zatrzymanie 7 uderzeń, wydech 15 uderzeń i spoczynek opróżnionych płuc 7 uderzeń. W ogóle spoczynek i zatrzymanie mają trwać dwa razy krócej, niż wdech i wydech, ale nie trzeba się nadto śpieszyć z postępem w stopniowym zwolnieniu rytmu, gdyż chodzi o to, aby rytmiczne oddychanie odbywało się z całą swobodą, bez nadmiernego wysiłku i bez zmęczenia, w poczuciu harmonii z rytmem wszechświatowym.

Donioślejsze zjawiska przyrody, jakie znamy, są zawsze wynikiem rytmu, regularnego następstwa równych ruchów, które nazywamy wibracją. Tak samo jak dźwięki, barwy, elektryczność mają swój rytm, tak samo istnieje pewien rytm oddychania, najwłaściwszy dla każdego organizmu; trzeba zatem ten rytm uchwycić i stopniowo go zwalniać.

Wolniejszy znacznie jest rytm tonów niż barw i tony też więcej do duszy idą, więcej służą dla wyrażenia uczuć i myśli niż barwy. Jeszcze znacznie wolniejszy jest rytm działania psychofizycznego, który służy dla skupienia prany. Ale rytm ten musi być zastosowany do stanu organizmu i kto jeszcze nie dojrzał do wyjątkowo zwolnionych rytmów, niech się o nie przedwcześnie na próżno nie kusi, bo na tym nie zyska.

W stanie rytmicznego oddychania ciało, w szczególnej będące harmonii z jaźnią najłatwiej ulega woli. Jest ono jakby nastrojone i dusza może wtedy na nim grać. Może wpłynąć na krążenie krwi lub prany, skierować je wedle potrzeby. Może skupiać wielkie ilości prany, tworzyć z niej kształty, odpowiadające wyobrażeniom i wędrujące według naszej woli tam, gdzie je poślemy, aby pewien cel osiągnąć. Praniczne te kształty są spostrzegane przez tych, co są stosownie nastrojeni i tym się tłumaczą zjawiska telepatii, leczenia wolą lub modlitwą, magnetyzmem itp.

Aby pogodzić rytm oddychania z rytmem pulsu, trzeba zapamiętać ten ostatni, bo nie można w czasie samego oddychania mierzyć pulsu. Więc trzeba przedtem, trzymając palec na pulsie, liczyć uderzenia pulsu w myśli i zatrzymać w pamięci jego rytm, aby potem już liczyć na pamięć uderzenia, bez potrzeby sprawdzania. Wielce to ułatwia wahadło, zrobione z ciężaru, zawieszonego na sznurze takiej długości, aby rytm wahadła odpowiadał przeciętnemu rytmowi pulsu. Takie wahadła można skracać lub przedłużać, stosownie do zmian w pulsie, jeśli puls nasz ulega długotrwałym zmianom. Jeszcze lepiej, aby wahadło działało na słuch. Przy głębszych wdechach dobrze jest nastawić wahadło tak, aby jeden ruch jego dwóm uderzeniom pulsu odpowiadał.

Jeśli robimy rytmiczne oddychanie siedząc, trzeba koniecznie baczyć na to, by się trzymać zupełnie prosto, ramiona w tył, ręce na kolanach, głowę w prostej linii nad kręgosłupem. Jeśli leżąc, to całe ciało powinno leżeć równo, bez poduszki pod głową. Wciągać powietrze należy powoli przez nos i tak samo powoli przez nos wydychać. Gdy się już rytm naturalny uchwyci, to ustaje potrzeba liczenia uderzeń pulsu lub ruchów wahadła, bo się będzie całkiem naturalnie w zgodzie z pulsem.


1. Rozproszenie prany.

Leżąc poziomo przy zupełnie odkurczonych mięśniach, z rękoma na miejscu, gdzie się żebra zaczynają rozchodzić, oddychać rytmicznie. Gdy rytm jest ustanowiony, chcieć, aby każdy wdech zwiększoną ilość prany skupiał z wszechświatowego zapasu. Przy wydechu chcieć, by prana była rozdzielona w całym ciele, dochodząc do wszystkich narządów komórek, do każdego mięśnia, nerwu, żyły i tętnicy, od szczytu głowy do stóp, wzmacniając i wzbudzając wszystkie nerwy.

Wyobrazić sobie prąd prany, wchodzący, przenikający płuca i rozprowadzany po wszystkich nerwach, aż do kończyn. Nie należy się tu wysilać. Proste postanowienie, by takie prądy wywołać i wyobrażenie o ich istnieniu wystarczy. Takie postanowienie i wyobrażenie pewniej działa niż wysiłek, rozpraszający siły, a prana daleko łatwiej ulega myśli i woli niż krew lub mięśnie.

Ćwiczenie to wielce orzeźwia i wzmacnia nerwy.


2. Usuwanie bólu.

Leżąc lub siedząc, oddychać rytmicznie, uświadamiając sobie, że wciągamy pranę. Przy wydechu posyłać pranę do bolącego miejsca, aby tam pobudzić krążenie krwi i działalność nerwów. Potem wciągać więcej prany i przy wydechu żywo sobie wyobrażać, że wypychamy ból. W ten sposób należy kierować myślą przez siedem oddychań, a potem wykonać wydech oczyszczający i wejść w stan doskonałego spoczynku. Po niejakim czasie znów wznowić ćwiczenie, aż ból ustąpi, co przy należytym wyćwiczeniu rychło następuje. Na przemian trzymać rękę na bolącym miejscu i posyłać prąd prany przez ramię.

Skuteczność tego ćwiczenia zależy od siły prądu, który umiemy obudzić, a to znów jest związane z ogólnym wyćwiczeniem woli i skupienia.  
      

3. Kierowanie krążeniem.

Leżąc lub siedząc, oddychać rytmicznie i przy wydechu kierować krążenie do części ciała, gdzie krew niedostatecznie krąży, np. do nóg, gdy są zimne lub gdy głowa boli od nacisku krwi, albo do głowy, gdy chcemy czynności mózgowe pobudzić.

Kolejno kierować wolą krążenie ku różnym kończynom i ku wewnętrznym częściom ciała, by wzmóc obieg krwi w całym organizmie.


4. Samoleczenie.  

Leżąc w zupełnym spoczynku, oddychać rytmicznie chcąc wchłonąć znaczne ilości prany. Z każdym wydechem posyłać pranę do chorej części ciała, w celu uzdrowienia jej. Na przemian przy wydechu wyobrazić sobie, że chorobę wypychamy z ciała. Rękoma głaskać ciało od głowy ku choremu organowi i wzbudzić prąd prany, idący wzdłuż ramion przez końce palców ku ciału, uzdrawiający chore organy.

Potem położyć obie ręce na chorą część ciała i przy każdym wydechu posyłać pranę ku choremu organowi, zarówno wewnętrznie, jak i przez ręce, z postanowieniem, by prąd prany wyciągnął to, co stanowi przyczynę choroby, w ten sposób, jak prąd czystej wody, skierowany do wiadra z pomyjami, wypłucze pomyje i zastąpi je czystą wodą. Wdech odpowiada podniesieniu ssącego tłoka, wydech zaś opuszczeniu tłoka i wypchaniu wody.

Skuteczność tych wysiłków zależy od zapasów prany, jakie umieliśmy nagromadzić przez umiejętne żucie jedzenia, picie wody namagnetyzowanej, rytmiczne oddychanie i inne ćwiczenia, wyżej wymienione. Także w miarę, jak się ćwiczymy w tworzeniu prądów leczniczych, te prądy coraz to łatwiej ulegają naszej woli.

Jeśli kto jest bardzo schorowany i słaby, to aby się dźwignąć z niemocy ogólnej, powinien kolejno skupiać siły i używać ich na ożywienie ciała. Z początku skutek będzie niewielki, ale w miarę, jak ten niewielki skutek wyzyskamy, owoce trudu będą coraz to widoczniejsze. Trzeba tylko uświadomić sobie zależność istotną ciała od jaźni i okrężny proces, za pomocą którego można doprowadzić zbuntowane ciało do uległości.

Z tymi siłami, jakie mam, poprawiam nieco ogólny ład i harmonię w organizmie i poszczególnych narządach. To wzmaga moje siły ogólne i mogę ich znów używać, aby jeszcze więcej wpłynąć na każdą część ciała i do lepszej harmonii całość doprowadzić, korzystając z chwilowego choć przypływu sił i nie czekając zdecydowanej niemocy, aby z nią walczyć. Gdy zdobędę nowy szczebel sił ogólnych, nie będę go rozpraszać na zewnętrzne przedsięwzięcia, dopóki w zupełności własnego ciała nie opanuję, bo to pierwsze pole wpływu jaźni.

Kto jest chory, nie jest panem własnego ciała, więc tym bardziej nie powinien marzyć o kierowaniu innymi. Ale systematycznymi wysiłkami, umiejętną gospodarką wewnętrzną można ciało zupełnie opanować i wszelkie choroby wygnać z niego, z zewnętrzną pomocą innych lekarstw, jak słońce, powietrze, woda i zdrowy, prosty a umiarkowany pokarm7.

Chodzi głównie o to, by się nie zrażać trudnościami początkowymi, ale każdy zyskany szczebel wyzyskać, aby się wznieść wyżej. Nie trzeba tracić nadziei, gdy jest źle ani zaniechać ćwiczeń, gdy się czasowo bardzo dobrze czujemy. Zwykłą wadą tych chorych, co miewają lepsze chwile jest to, że nie korzystają z tych lepszych chwil, aby nad zdrowiem popracować, lecz cieszą się iluzją wyzdrowienia i słaby przypływ sił marnują na zewnątrz organizmu.

Wyobraźmy sobie króla, któremu zbuntowało się prawie całe wojsko. Z pozostałą garstką wiernych sobie żołnierzy najprzód wyzywa do walki jakiś hufiec niezbyt silny. Gdy pokona wroga tego, a zwyciężonych wcieli do swych szeregów, przedsięweźmie większą wyprawę. W miarę częściowych, coraz to większych zwycięstw, zaufanie do sił własnych i wierność żołnierzy będzie wzrastała, aż całe królestwo sobie odzyska przez szereg roztropnych pochodów.

Tak u Japończyków po Laojanie przyszedł Mukden, a potem Cuszyma i, choć zwycięstwa były coraz to większe, zwycięzcy nie tracili głowy, nie śpieszyli się nadto, nie zaniedbali żadnych ostrożności. Gdy w ten sposób postępować będziemy, ćwiczenia samolecznicze nam się powiodą i zdobędziemy sobie siły, aby innych leczyć.


5. Leczenie innych.

Leczenie magnetyczne nie zastąpi wszystkich lekarstw i zabiegów, przede wszystkim dlatego, że ludzie, co tak dalece rozwinęli własne siły, aby mogli je rozdawać innym, są bardzo rzadcy. Ale w wielu wypadkach, gdy zwykła medycyna jest bezsilna, leczenie praną będzie skuteczne, jeśli zostanie przedsięwzięte przez osobę, gorąco kochającą pacjenta i, o ile można, młodszą od niego, mającą więcej naturalnej żywotności.

Uczucie miłości jest siłą ogromną, a dotąd mało pozytywnie wyzyskaną. Gdy mamy chorego w rodzinie, oddajemy go na pastwę często nieumiejętnym lekarzom i trujemy lekarstwami. Sami lekarze tak mało swym lekarstwom ufają, że gdy lekarz jakiś ma w swej rodzinie chorego, woli go powierzyć opiece kolegi, obawiając się błędów lub odpowiedzialności. Ci, co chorego kochają, martwią się, żałują go i nie wiedzą, ile mogliby dla niego dzięki swej miłości zrobić, gdyby nareszcie we własne siły duchowe uwierzyli i zaczęli je stosować.

Aby to uczynić, trzeba nauczyć się skupiać pranę i posyłać jej prądy wedle potrzeby. Nadto trzeba umieć stwarzać jasne wyobrażenia tych zmian, które pragniemy przeprowadzić w organizmie chorego. Gdy się nauczymy gromadzić wielkie zapasy, wciąż odnawiane przez wyżej wskazane ćwiczenia, wtedy każde nasze dotknięcie, choćby końcem palców, przyniesie choremu dziwną ulgę.

Jeśli choroba jest umiejscowiona, to należy dotknąć miejsce zaburzenia bądź końcami palców, bądź całą dłonią i puścić prąd prany, z jasnym wyobrażeniem tego, co chcemy osiągnąć, rytmicznie przy tym oddychając. Gdy rytm jest ustalony, trzeba wyobrazić sobie jasno, że z każdym wdechem wciągamy pranę i z każdym wydechem ją posyłamy ku chorej części ciała. Od czasu do czasu trzeba odjąć ręce i strząsnąć palce na zewnątrz, jakby się strząsało jad, w nich zawarty. Przedtem i potem należy najstaranniej umyć ręce, a bezpośrednio przed przyłożeniem ich do ciała chorego potrzymać w zimnej wodzie i starannie osuszyć. Po zabiegu trzeba wykonać też kilkakrotnie wydech oczyszczający.

W chwili dotknięcia chorego ciała trzeba wyobrażać sobie, że siła, którą posyłamy, przez nas przepływa, czerpana z nieskończonego zapasu wszechświatowego. Nie potrzeba rąk przyciskać, bo proste dotknięcie palców lub najwyżej dłoni wystarcza, nawet w ostateczności przez ubranie, choć skuteczniejsze jest bezpośrednie dotknięcie skóry. Dotykanie rozstawionymi palcami w różnych miejscach, takim ruchem, jakby się chciało prąd, wypływający z palców, skierować ku ciału chorego, jest także bardzo skuteczne.

Przez cały czas tych zabiegów należy rytmicznie oddychać i stanowczo, choć spokojnie chcieć osiągnąć skutek. Skutek ten będzie zależeć:
  1. Od rodzaju choroby. Niektóre choroby, szczególnie nerwowe, łatwiej dają się usunąć magnetycznymi zabiegami niż inne. Ale nie ma takiej, która przy sprzyjających innych warunkach nie mogłaby zostać wyleczona w ten sposób.
  2. Od wiary pacjenta. Jego wątpliwości wytwarzają rodzaj tarczy niewidzialnej, która nie dopuszcza prądów leczniczej prany. Prana ulega nadzwyczajnie woli i wyobraźni ludzkiej, więc kto w te prądy nie wierzy lub przeczy ich istnieniu, ten je wstrzymuje i skuteczność ich unicestwia. Jednak najwięcej uprzedzeni ludzie bywali skutecznie leczeni, gdy inne okoliczności sprzyjały.
  3. Od stanu zdrowia lekarza. Tylko ci, co są zdrowi, mogą zdrowia udzielać. Państwo cierpiące na wewnętrzne niesnaski nie może być pożytecznym sojusznikiem w wojnie. Ten warunek jest jednym z najważniejszych – przy nadzwyczajnie silnym zdrowiu można i niewiarę pacjenta, i ciężki stan jego choroby przełamać.
  4. Od stanu skupienia prany w organizmie lekarza – więc od ćwiczeń pranicznych, które zabieg poprzedzają. Chcąc mieć wielką siłę leczniczą, trzeba nagromadzić wielkie zapasy prany przez wypoczynek doskonały, rytmiczne oddychanie, doskonałe żucie jedzenia, picie wody namagnetyzowanej i ćwiczenia praniczne.
  5. Od doświadczenia lekarza w używaniu zapasów prany. Im więcej ma on doświadczenia, tym skuteczniej wzbudzi prądy prany, a jeśli w dodatku posiada wiedzę anatomiczną i fizjologiczną, będzie w stanie wytworzyć sobie jaśniejsze wyobrażenie o tym, co ma być osiągnięte.
  6. Od osobistego stosunku między pacjentem a lekarzem. Im silniejsza sympatia, tym większy skutek, bo wtedy łatwiej powziąć intensywne postanowienie pomożenia, nawet z możliwym uszczerbkiem własnym.
  7. Od różnicy płci i wieku. Silniej działa się na płeć przeciwną i na osoby starsze od nas. Na mężczyznę chorego skuteczniejsze będzie działanie praniczne kobiety, a na kobietę mężczyzny, lecz to ma daleko mniejsze znaczenie niż powyższe punkty 3‑6. Człowiek względnie młodszy, przy innych równych warunkach, ma większą siłę leczniczą, ale rzadko może mieć równe doświadczenie, co starszy, a doświadczenie jest tu jednym z czynników najwięcej decydujących.
  8. Od ilości zabiegów. Choroby chroniczne mogą wymagać bardzo wielu zabiegów na pozór bezskutecznych, a jednak powoli przygotowujących zmianę. Więc w tych zabiegach trzeba rzadko niespotykanej wytrwałości, której nie zachwieją wszelkie niepowodzenia.
  9. Od intuicji leczniczej. Leczenie praniczne jest ściśle indywidualne, więc nie ma stałych przepisów. Trzeba zatem odgadnąć, jaki ruch, jakie działanie pacjentowi jest potrzebne.
  10. Od czynnego udziału samoleczniczego ze strony pacjenta. Pacjent obojętny jest przez to samo już odporny. Jaźń stale z organizmem połączona ma większy wpływ na ten organizm niż wszelka jaźń obca.
Uwzględniwszy te wszystkie warunki, łatwo pojąć, jak dalece rzadkie musi być zupełnie skuteczne leczenie praniczne, ale kto się zapozna z powyższymi zasadami, ten przynajmniej w rodzinnym kole może wiele ulgi sprawić w cierpieniach. Największy wpływ pod względem wymiany prany mają kochający się małżonkowie między sobą, wskutek bezpośredniości zetknięcia i uczuć, które ich łączą. Gdy mąż jest na zewnątrz zajęty i wydaje wiele energii, a żona korzysta z trybu życia spokojniejszego i skupia pranę, to może ona dla niego być nieocenionym źródłem sił żywotnych, byle tylko ich stosunek nie był skalany nieczystością. Kobiety mają więcej wytrwałości w takich ćwiczeniach i częściej odznaczają się wielką siłą magnetyczną.


6. Leczenie na odległość.

Kto w leczeniu przez bezpośrednie zetknięcie zyskał pewne doświadczenie, ten może postąpić o krok dalej i osiągnąć wpływ leczniczy na bliskie mu osoby niezależnie od odległości.

Myśl jego stwarza kształty praniczne, które idą ku osobom, wskazanym przez jego wolę. Wytwarza się prąd od lekarza ku pacjentowi na kształt telegrafu bez drutu. W tym celu trzeba stworzyć obraz nieobecnej osoby, aż uczujemy ją blisko nas, co jest właśnie ustanowieniem stosunku.

Jednym udaje się to łatwiej, innym trudniej. Gdy w ten sposób wyobraźnią zbliżymy się do nieobecnego chorego lub jego ściągniemy ku sobie, trzeba rytmicznie oddychać, z myślą i wolą skierowaną ku wzmożeniu sił osoby, której chcemy pomóc: z każdym wdechem czerpiemy siły z wszechświatowego zapasu, z każdym wydechem posyłamy je ukochanej osobie.

Skutek będzie pewniejszy, jeśli godziny są umówione i chory wie o tym, że ktoś nad nim pracuje na odległość, aby się przygotował wewnętrznie do przyjęcia wywieranego wpływu. W takim razie pożądane jest, by chory był w stanie zupełnego spoczynku i odkurczu mięśni.

Jednak, gdy lekarz ma doskonałe zdrowie, wielkie zapasy prany i wyćwiczenie w leczniczym działaniu, to może skutek wywrzeć bez udziału pacjenta i bez jego wiedzy. W takim razie dobrze jest mieć włosy lub inny jakiś przedmiot, należący do pacjenta, w ręku podczas zabiegu i patrzeć na jego fotografię, ale i te środki pomocnicze są drugorzędne. Głównym i wystarczającym warunkiem jest doskonałe wyćwiczenie lekarza i zdolność naturalna ku takim działaniom, znacznie rzadsza niż zdolność leczenia przez zetknięcie.

Ale, o ile bardzo rzadkim jest pewne i skuteczne leczenie na odległość, to prawie każdy, przy odrobinie dobrej woli, może w pewnej mierze przyczynić się do zwiększenia sił ukochanej osoby na odległość przez samo życzliwe myślenie o niej. Wszystkie życzliwe myśli ku nam skierowane, stwarzają prądy prany, w pewnej mierze nas zasilające ‑ i dlatego na działaczy publicznych wielki wpływ ma opinia, bo porusza myśli i stwarza prądy dodatnie lub ujemne. Napoleon zawdzięczał swe nadzwyczajne siły głównie takim prądom.

Tutaj należy też wspomnieć skuteczność modlitw za czyjeś powodzenie lub zdrowie i posyłanie telepatyczne myśli naszych, co najłatwiej dokonać w czasie rytmicznego oddychania.

Gdy chwilowo czujemy się osłabieni i chodzi o szybkie skupienie prany, należy oddychać rytmicznie, mając nogę obok nogi i ręce splecione, aby przez kończyny prąd nie uchodził. Chcąc podnieść bezpośrednio żywotność innej osoby, najlepiej usiąść naprzeciwko niej, zetknąć nasze ręce i nogi z rękoma i nogami tej osoby, której chcemy pomóc i zacząć rytmiczne oddychanie obu osób w jednym rytmie, przy czym silniejsza przy wydechu powinna posyłać prąd prany, który słabsza przyjmuje. Zakończyć to ćwiczenie należy oczyszczającym wydechem.

Wielki wpływ w chorobach ma woda, namagnetyzowana przez osobę zdrową i umiejącą skupiać pranę. Aby wodę namagnetyzować, wystarczy, trzymając szklankę jedną ręką, wstrząsnąć drugą tak, jakby się chciało jakiś płyn z palców strząsnąć do wody. Skuteczniej skupiamy pranę w wodzie, gdy podczas tego wstrząsania rytmicznie oddychamy, np. wdech przez 6 poruszeń, zatrzymanie przez 3, wydech przez 6 i spoczynek opróżnionych płuc przez 3 poruszenia. Poruszenia powinny być, o ile można, w rytmie bicia serca. Przy tym należy wzrok i uwagę skupić na wodzie i żywo sobie wyobrażać prąd prany, idący ku tej wodzie.

Gdy chodzi o skutek leczniczy, to trzeba też wolę skierować ku celowi konkretnemu, jaki się chce osiągnąć i w ten sposób można wodzie nadać różne własności. W podobny sposób można też działać na jadło, skupiając wolę, by ono choremu w pewnym oznaczonym kierunku stało się pożyteczne. Woda i jedzenie, regularnie z pewnym celem magnetyzowane, jeśli przy tym chory wodę bardzo powoli wypije, a jedzenie najdokładniej przeżuje, nic nie połykając, dopóki się wszystko między językiem a podniebieniem nie rozpłynie, mogą zastąpić wiele lekarstw.


7. Ochrona przed złymi wpływami.

W miarę ćwiczeń w skupianiu prany i opanowywaniu prądów pranicznych, stajemy się bardziej wrażliwi na wszystkie myśli i aspiracje swego otoczenia, szczególnie na te myśli, które są osobiście ku nam skierowane.

Wrażliwość taka ma swe niedogodności, bo każde podanie ręki staje się wymianą wpływów, nie zawsze korzystnych. Ale kto ruch prany opanował w swoim organizmie, ten może przez proste postanowienie i wyobrażenie wytworzyć pancerz ze zgęszczonej prany, otaczający całe ciało i chroniący je przed złymi wpływami.

Gdy jesteśmy w otoczeniu ludzi o niskim moralnym i duchowym poziomie, zacznijmy oddychać rytmicznie i zechciejmy, aby prana utworzyła taki pancerz, czyli aurę, a wkrótce odczujemy zwiększoną niezależność od otoczenia i od wpływów ujemnych, jakie z odległości ku nam idą.

Ochronę przed złymi wpływami stanowi też częste posyłanie życzeń spokoju i szczęścia dla wszystkich istot. Kto pragnie spokoju i szczęścia innych, pracując na to myślą i wolą ten sam będzie miał spokój i szczęście.


8. Nabywanie zalet.

Wyćwiczona wola nie tylko ciało może opanować, ale też myśli i uczucia. Spokojne żądanie jaźni, stanowcze postanowienie, towarzyszące rytmicznemu oddychaniu, może cudów dokonać. Chodzi tylko o to, by mieć jasne wyobrażenie o tym, czego pragniemy i wtedy przy wdechu przedstawiać sobie, że prąd prany nam pożądaną zaletę przynosi, a przy wydechu żywo sobie przedstawić, że usuwamy przeciwległą wadę.

W tym celu najlepiej się położyć zupełnie biernie i oddychać rytmicznie, a po szeregu rytmicznie zmienianych wyobrażeń skupić wolę i uwagę na pozytywnym żądaniu pewnej zalety, której nam brak, żywo przedstawiając sobie, jak będziemy działać i wyglądać, gdy tę zaletę posiądziemy. Chcąc skutek najrychlej osiągnąć, trzeba zachować pewien porządek i nie zaczynać od najtrudniejszych do spełnienia żądań.

Najpierw usuńmy jakąś drobną wadę i pozyskajmy przeciwległą zaletę. Np. róbmy ćwiczenia takie, aby pozyskać zaletę dokładnego żucia jedzenia i pozbyć się wady połykania nieprzeżutych potraw. Gdy ten cel osiągniemy, kolejno możemy z dobrym skutkiem stawiać coraz to trudniejsze wymagania – i stopniowo w ten sposób będziemy się doskonalić. Nie trzeba żądać więcej niż jednej rzeczy naraz i nie trzeba zaniechać żadnego specjalnego ćwiczenia, dopóki się celu nie osiągnie. Osiągnięcie bowiem celu wzmaga wiarę w nasze siły, a co za tym idzie wzmaga też skuteczność dalszych, coraz to trudniejszych wysiłków.

W ten sposób osiągniemy wszystkie zalety, których pragniemy, a nawet wyraz twarzy i postawa ciała całkiem się mogą zmienić, byle ćwiczyć się systematycznie i posuwać powoli, ale stale. Na tej drodze można też przebudować wszystkie części ciała na nowy kształt, rozwijając to, co jest niedostatecznie rozwinięte.

Skłonność do zbytecznych trosk, bojaźliwość, nerwowe niepokoje, zazdrość, melancholia, smutek, podniecenie itp. można usunąć przez rytmiczne oddychanie, któremu towarzyszy najpierw alternacja pożądania zalety i odpychania wady, potem zaś stały obraz celu, do którego dążymy, trwający przez szereg odetchnień, na koniec, z każdym wydechem stały obraz usuwania tej wady, której się najpierw pozbyć pragniemy. Przy tym trzeba mieć silne postanowienie bez wahań ani wątpliwości, jeśli skutek ma być osiągnięty rychło.

Jednym z najważniejszych zastosowań tej metody jest pobudzenie organów rozrodczych, których doskonałe funkcjonowanie jest nawet przy zupełnej czystości warunkiem sił nerwowych. Kto nasienia, produkowanego przez organa rozrodcze, nie chce spożytkować dla zapłodnienia, może ten cenny sok zachować w organizmie i odżywić przez to mózg i nerwy. W ten sposób zatrzymane w organizmie nasienie służy do celów odrodzenia, zamiast celów rozradzania. Gdyby młodzi ludzie zawczasu byli zapoznani z tymi zasadami, byliby mocniejsi fizycznie, moralnie i umysłowo.

Takie przekształcenie rozrodczej energii daje nadzwyczajną żywotność tym, którzy je praktykują. Żywotność takich osób jest promieniejąca i ożywia wszystkich, co się z nimi zetkną. Nigdzie nie są skupione tak olbrzymie zapasy prany, jak w nasieniu ludzkim ‑ a nasienie to zbyt często marnuje się przez samogwałt lub w otchłaniach prostytucji, przynosząc hańbiące choroby. Organa rozrodcze są najpotężniejszymi akumulatorami prany i można z tych zapasów czerpać ożywcze siły dla mózgu i nerwów, jeśli człowiek się wyrzecze marnej chwilowej rozkoszy, która jest mu wspólną z najniższymi zwierzętami.

Spółkowanie nie jest cechą człowieka, tylko powszechną cechą zwierząt. Natomiast zdolność zatrzymania w organizmie nasienia, bez zaniku organów rozrodczych, utrzymanie potęgi płciowej do najpóźniejszego wieku, przy zaniechaniu na czas nieograniczony jej pospolitego użytku ‑ to są cechy, które tylko najdoskonalsi wśród ludzi posiadają Ćwiczenie, za pomocą którego Jogi osiąga ten cudowny skutek, jest bardzo proste i powinno być praktykowane wtedy najwięcej, kiedy pokusy płciowe są najsilniejsze.

Leżąc spokojnie, trzeba rytmicznie oddychać w najwolniejszym rytmie, na jaki bez zmęczenia zdobyć się możemy, np. wdech 12 uderzeń pulsu, zatrzymanie powietrza w płucach 6 uderzeń, wydech 12 uderzeń i spoczynek opróżnionych płuc znów 6 uderzeń. Przy tym należy sobie wyobrazić potęgę rozrodczą natury, którą za każdym wdechem wciągamy i posyłamy od niższych części ciała w górę ku słonecznemu splotowi, gdzie ma być skupiona dla ogólnego użytku organizmu. W miarę, jak sobie jasno to wyobrazimy, uczujemy istotny prąd, wyzwalający organa płciowe od podniecenia i ożywiający cały organizm.

Kto co dzień przed zaśnięciem odbywa to ćwiczenie, ten po niejakiej wprawie może całe miesiące, a nawet lata, żyć bez utraty jednej kropli nasienia, nie tracąc przy tym wcale siły płodności, którą zawsze może okazać, gdyby dostateczne miał ku temu powody.

Jeśli chodzi o użycie energii rozrodczej szczególnie dla celów umysłowej pracy, to można skierować jej prąd ku mózgowi. Z wdechem trzeba wciągać energię rozrodczą do płciowych organów, z wydechem posyłać ją stamtąd w górę do mózgu. Ćwiczenie to jest skuteczne także dla kobiet, które pragną się oddać pracy umysłowej, choć u nich energia rozrodcza nie skupia się w tej mierze, co u mężczyzn. Obie płcie za pomocą tego ćwiczenia wyzwalają się od pokus nieczystości i wchodzą w fazę rozwoju, która nas zasadniczo różni od wszystkich zwierząt.

Żadne zwierzę nie bywa tak nieumiarkowane jak człowiek w nadużyciach płciowych, ale też nie ma innego zwierzęcia o pełnym rozwoju organów płciowych, umiejącego naturalny wrodzony instynkt zwalczyć i przekształcić dla wyższych celów ducha. Żądanie bezwzględnej czystości płciowej, od tych co dążą do najwyższej doskonałości, jest wspólne mnichom z Zachodu z mędrcami Wschodu. Czystość, podobnie jak inne zalety, można zdobyć przez rytmiczne oddychanie z uwagą i wolą skupioną na pozbycie się wad nieczystości, którą się brzydzimy.


9. Wielki wdech.

Dopiero po długiej praktyce wszystkich powyżej wskazanych ćwiczeń może się udać najtrudniejsze i najskuteczniejsze spośród tych ćwiczeń, mianowicie tak zwany wielki wdech, odnawiający cały organizm. Polega on na dawnym indyjskim przysłowiu: „Błogosławieni ci, co umieją przez kości oddychać". Ćwiczenie to napełnia całe ciało praną i daje wielką żywotność. Jest to powszechne oczyszczenie całego ciała, usuwające wszystko to, co zdrowiu przeszkadza. Po tym ćwiczeniu człowiek czuje się odrodzonym.
  1. Leżeć w stanie zupełnego spoczynku, z odkurczem wszystkich mięśni.
  2. Oddychać rytmicznie, aż rytm jest ustalony.
  3. Przy wdechu wciągać pranę przez jedną nogę, a przy wydechu przez tę samą nogę wypychać tak, jakbyśmy wodę do gąbki wciągali i wyciskali, żeby z niej usunąć nieczystości. Potem to samo uczynić z drugą nogą przez kilka oddechów, następnie przez obie nogi wciągać i wypychać pranę, przez ramiona pojedynczo i razem, przez łokcie pojedynczo i razem, przez kolana i łokcie jednocześnie, przez szczyt głowy, przez brzuch, przez organa płciowe, przez biodra, barki, wzdłuż kręgosłupa w górę i w dół. Po kilka razy powtórzyć oddech rytmiczny z towarzyszącym wyobrażeniem każdego z ruchów prany, przy czym zawsze w tym samym kierunku się wypycha, jak się wciągało; całe ciało jest jakby w oceanie prany, której fale kolejno zewsząd je przenikają i odchodzą, unosząc z sobą wszelkie zarodki słabości.
  4. Po tych umiejscowionych prądach dalej oddychać rytmicznie, wciągając pranę przy wdechu przez całą powierzchnię skóry i napełniając całe ciało życiem, a przy wydechu wypychać pranę z wyobrażeniem, że prąd ten usuwa słabość.
  5. Następnie, oddychając rytmicznie, posyłać (przy wydechu) siłę kolejno do głównych ośrodków nerwowych: do przodu i tyłu głowy, do splotu słonecznego, do najniższego kręgu kości pacierzowej, do pępka i do najwyższego kręgu u podstawy mózgu.
  6. Wykonać kilka razy wydech oczyszczający.
Dokładne wykonanie tego ćwiczenia jest możliwe tylko dla tych, co już przywykli do kierowania prądami prany i doszli do zupełnej świadomości tych prądów.


10. Rozwój duchowy.

Skupienie woli, połączone z rytmicznym oddychaniem, wpływa także na rozwój duchowy. Człowiek posiada wiele władz uśpionych, które dziś u nielicznych jednostek się budzą, a z czasem będą wspólnym dziedzictwem ludzkości. Te władze może jednostka rozwinąć wcześniej niż same by się rozwinęły i wyprzedzić w ten sposób rozwój rasy, do której należy.

We wszystkich ćwiczeniach, mających ten cel, rytmiczne oddychanie stanowi warunek niezbędny. Rytm poddaje woli cały organizm, a w szczególności mózg i doprowadza go do harmonii z wszechświatowymi siłami, co sprzyja rozwojowi uśpionych władz.

Na tej drodze trzeba osobistego przewodnictwa tych, co już zaszli dalej, – a próby samodzielnie przedsięwzięte nie są pozbawione pewnego niebezpieczeństwa. Jednak dwa elementarne ćwiczenia można dosyć powszechnie zalecić.

1. Leżąc w doskonałym spoczynku i oddychając rytmicznie, uświadomić sobie odrębność jaźni, jej niezależność od ciała, które ożywia i zamieszkuje, i od duszy w znaczeniu, w jakim Krasicki używa wyrazu dusza w psalmie, gdy mówi: „Dusza i ciało to tylko dwa skrzydła, któremi czasu i przestrzeni sidła duch mój rozcina w postępowym locie".

Dusza, jako jaźń wcielona, ma swą treść doczesną, myśli i uczucia, które do istoty jaźni wcale nie należą. Wzbudzić w sobie pragnienie świadomości czystej jaźni, poznania czym ja jestem? Wyobrazić sobie prąd przemiany materii w ciele i przeciwstawić go tożsamości jaźni. Uświadomić sobie władzę jaźni nad ciałem i żądać, by ciało nie mąciło jasności, z jaką siebie chcemy poznać. Wyobrazić sobie ciało, jako narzędzie, a jaźń, jako istotę wyższą nad ciało, aż dojdziemy do świadomości zupełnej niezależności jaźni od ciała. Ale ciałem nie trzeba gardzić, bo jest ono potrzebne do spełniania doczesnych zadań, dla których jaźń się wcieliła. Ciało jest, a przynajmniej powinno być świątynią ducha.

2. W tej samej pozycji, oddychając rytmicznie, uświadomić sobie związek jaźni z Bogiem, łączność ducha poszczególnego z duchem wszechświatowym. Uświadomić sobie jedność całości świata i ustanowić ściślejszy związek z szeregiem duchów wyższych, aż do najwyższego. Przy wdechu wyobrażać sobie, że wciągamy mądrość i potęgę boską, przy wydechu, że otrzymane siły udzielamy innym potrzebującym, budząc w sobie miłość dla wszystkich istot, przy zupełnym zaniku chwilowym wszelkiej nienawiści nawet dla wrogów. Wyobrazić sobie, że przez nas przechodzi prąd boskiej mądrości i siły, który chcielibyśmy z wszystkimi podzielić.

To ćwiczenie daje zupełne zadowolenie, gdy się je odbywa poważnie, jako rodzaj nabożeństwa lub modlitwy. Niewczesne żarty, wyzywanie lekkomyślnie boskiej potęgi bez chęci ofiary za bliźnich, pociągają za sobą przykre skutki. Ćwiczenia te są dla tych nielicznych ludzi, co je mogą pojąć ‑ a inni nie powinni na nie zwracać uwagi.

Ćwiczeń tych nie należy robić zbyt często, a gdy zaczną one dawać wielkie duchowe zadowolenie, trzeba się strzec, by nie wpaść w stan niezadowolenia z codziennych naszych zadań, bo i one są dla nas potrzebne i nie wolno się od nich wymawiać.

W medytacji i kontemplacji religijnej trzeba czerpać siły dla zapasów życiowych, nie zaś zniechęcenie do życia. Wszystko jest dobrze urządzone na świecie i wszystko ma swe właściwe miejsce. Kto chce zajść najdalej, nie powinien się zanadto śpieszyć, lecz wierzyć, że Opatrzność daje mu w każdej chwili najlepsze warunki dla rozwoju duchowego. Trzeba w sobie obudzić taką ufność w kierunek Opatrzności, aby najlepiej można było rozwijać własne siły.

To stałe usposobienie ufności i życzliwości dla wszystkich istot jest najważniejszym warunkiem rozwoju. Jeśli kto należy do jakiegoś potężnego zakonu lub towarzystwa, to czuje nad sobą ciągłą opiekę tej społeczności, której jest uczestnikiem i to mu dodaje pewności siebie w każdym wystąpieniu. Urzędnik państwowy wie, że bez winy ze swej strony nie utraci stanowiska i to mu daje pewność, że nie będzie narażony na nędzę, pewność, która go wyzwala od wielu trosk.

Otóż nie zapominajmy, że i Kościół do którego należymy i nawet cała ludzkość są takimi społecznościami, w których każda jednostka pozostaje pod ciągłą, choć niewidzialną opieką. Więc niech to nam daje pewność, że nam się nic istotnie złego stać nie może bez ciężkiej własnej winy, a wtedy będziemy najlepiej przygotowani do przyjęcia tego dobrego, co na nas czeka. Spokój i nieustraszona niczym siła przychodzą, gdy ich stale życzymy innym, tak jak ich pragniemy dla siebie.

Życie zwierząt jest kierowane nieomylnym instynktem, który im zapewnia zdrowie i zwierzęce siły. Obudzenie się rozumu w ludzkości spaczyło naturalne warunki życia, bo rozum ufał sobie zanadto i wkraczał w sferę jemu niewłaściwą. Człowiek, upojony potęgą rozumu, zaczął go stosować tam, gdzie nie sięga, chciał rozumem tylko własnym urządzić fizyczne warunki życia i popełnił wiele błędów, które go naraziły na choroby i cierpienia.

Teraz nowa władza się budzi, wyższa niż rozum, intuicja czy natchnienie i zwraca się ku naturalnym warunkom życia, ale już na innym szczeblu, jakby w linii spiralnej. Natchnienie, dotąd właściwe nielicznym geniuszom i używane przeważnie dla twórczości w zakresie sztuki, zaczyna się coraz to więcej zwracać także ku twórczości w samym sposobie życia, wskazuje nam sposoby naprawienia szkód, wyrządzonych przez ciasny racjonalizm, otwierając nam coraz to dalsze horyzonty.

Do tego zaliczamy ową cudowną intuicję samoleczniczą, która, gdy jest rozbudzona, w każdej chwili wskazuje nam, co czynić należy, aby chorobę usunąć, a wskazuje lepiej jeszcze niż pierwotny zwierzęcy instynkt. Można jeść, pić i poruszać się w natchnieniu, i z intuicją, tak jak w natchnieniu można pisać lub mówić.

Uduchowiając w ten sposób wszystkie czynności życia, na pozór powracamy do natury, ale w istocie wznosimy się wielce ponad naturalny sposób życia i żyjemy nadprzyrodzonymi siłami, gdyż zaczynamy odczuwać ciągły związek z najwyższymi źródłami życia i przekształcać ciało tak, aby stało się ono doskonałym narzędziem i nieomylnym wyrazem piękności ducha.

Środkiem najskuteczniejszym, wiodącym do tego celu, jest cicha modlitwa bez słów, którą Święci nazywają westchnieniem do Boga, a która towarzyszyć może wszystkim naszym czynnościom od najpospolitszych zabiegów cielesnych do najwyższych funkcji duchowych. To ustawiczne pokorne poddawanie się kierunkowi najwyższej mocy osiąga istotne światło, spokój, siłę, radość, szczęście i chroni od wielu błędów, cierpień, nałogów ciała lub ducha. Tacy ludzie, żyjący w Bogu, radujący się w Panu, robią z dusz i ciał swych ogniwa spajające w jedność rozbieżne dążenia jednostek mniej dojrzałych – sieją dokoła siebie szczęście i, sami o siebie nie dbając, dochodzą jednak do najdoskonalszego szczęścia na ziemi.



VII. ĆWICZENIA ESTETYCZNE.

Dotychczasowe ćwiczenia miały głównie na celu rozwój sił nerwowych. Siła nie zawsze bywa połączona z wdziękiem, a piękność ruchów ma pewien urok, który więcej nawet znaczy niż objawy siły.

Przez kilkadziesiąt lat pracował nad teorią wdzięku w ruchach Franciszek Delsarte w Paryżu, ale dzieła jego wywarły największy wpływ w Ameryce, gdzie powstały szkoły tzw. harmonijnej gimnastyki. Jedno z najlepszych dzieł o tym przedmiocie jest „Dynamic breathing and harmonie gymnastics, a complete system of psychical, aesthetic and physical culture", by Genevieve Stebbins, New York 1892.

Autorka napisała kilka innych dzieł o ćwiczeniach fizycznych i o umiejętności dramatycznego wyrażania uczuć8, i naucza sama w Nowym Jorku. Z jej prac bierzemy ćwiczenia następujące, które wyrabiają wdzięk ruchów, giętkość i elastyczność członków. Polegają one głównie na kolejnych skurczach i odkurczach mięśni, więc łączą w sobie dwa gatunki ćwiczeń, które wyżej w piątym i szóstym rozdziale zostały odrębnie omówione według indyjskich źródeł.

Rozwój wdzięku polega zatem na szybkim następstwie po sobie odśrodkowych i dośrodkowych prądów prany, które kolejno mięśnie kurczą i odkurczają.


1. Ćwiczenia kończyn.

Chodzi tu o kolejne skurczanie i odkurczanie mięśni rąk i nóg.
  1. Stanąć prosto, wysunąć prawą nogę trochę naprzód, spoczywając całym ciężarem ciała na lewej.
  2. Przez cztery uderzenia pulsu wdychać i jednocześnie doprowadzić nogę prawą do zupełnej sztywności.
  3. Utrzymać się w rym stanie przez cztery uderzenia pulsu i powoli odkurczyć mięśnie podczas czterech uderzeń, wracając do pozycji.
  4. Powtórzyć kilka razy to ćwiczenie prawą nogą, potem lewą, a nareszcie jednocześnie jedną i drugą wznosząc całe ciało na palcach i doprowadzając do sztywności obie nogi przez cztery uderzenia pulsu, zatrzymując je w tym stanie przez cztery uderzenia i odkurczając mięśnie przy powrocie do pozycji przez cztery uderzenia pulsu.
  5. Stanąć prosto i wyciągnąć naprzód jedną rękę, wdychając powietrze przez cztery uderzenia pulsu, tak jakby wdech ramię podnosił, przy czym trzeba ścisnąć pięść i usztywnić całe ramię, bacząc, aby się sztywność nie udzieliła mięśniom szyi.
  6. Zatrzymać ramię sztywne w tym położeniu przez cztery uderzenia i powoli odkurczyć przez tyleż uderzeń, powracając do pozycji.
  7. Powtórzyć to ćwiczenie kilka razy prawym ramieniem, potem lewym, potem obydwoma naraz, bacząc przy tym, aby mięśnie gardła i szyi pozostały odkurczone, gdy wyprężamy ramię, przedramię i pięść. Przy każdym powrocie do pozycji ramiona i ręce powinny być zupełnie odkurczone i zwisnąć biernie u boku, pozbawione chwilowo prądu prany i przyjmujące prąd dośrodkowy zamiast odśrodkowego, który towarzyszy naprężeniu.

2. Ćwiczenia tułowia.
  1. Stanąć prosto i wdychając przez cztery uderzenia serca wyprężyć mięśnie piersi, cofając łopatki i doprowadzając piersi i brzuch do sztywności, ale pozostawiając szyję w stanie odkurczu mięśni.
  2. Utrzymać tę pozycję, zatrzymując wciągnięte powietrze przez cztery uderzenia pulsu.
  3. Powoli zwolnić mięśnie przez cztery uderzenia serca i powrócić do zwykłej postawy.
  4. Opuścić głowę na piersi biernie, zwieszając dolną szczękę bez życia przez cztery uderzenia.
  5. Wciągać powietrze przez cztery uderzenia serca, wyprężając mięśnie szyi i głowy i podnieść głowę do prostej postawy, tak jakby ją wdech podnosił.
  6. Utrzymać głowę w naprężeniu mięśni szyi przez cztery uderzenia pulsu i powoli odkurczać mięśnie przez cztery uderzenia pulsu, aż znów głowa na piersi opadnie.
  7. Po każdym ćwiczeniu wydech oczyszczający.

3. Pionowe rozpieranie.
  1. Stanąć prosto z prawą nogą na stopę przed lewą.
  2. Wciągać powietrze przez cztery uderzenia pulsu i powoli przy tym podnosić rękę prawą do góry, dłoń wyginając na prawo równolegle do podłogi, jakby miała niski sufit podtrzymać. Jednocześnie lewą rękę w dół trzymać i dłoń wygiąć na lewo równolegle do podłogi, jakby się chciało ją oprzeć na desce poziomej, jakąś siłą wznoszonej ku sufitowi. Jednocześnie z ruchem prawej ręki i lewej przenosić ciężar ciała ku prawej stronie, aż całkiem spocznie na prawej nodze i na wielkim palcu lewej. To musi nastąpić podczas czterech uderzeń pulsu jednocześnie z wdechem i ruchem ramion.
  3. W tej pozycji doprowadzić do sztywności wszystkie mięśnie i utrzymać je w tym stanie przez cztery uderzenia pulsu, rozpierając równoległymi dłońmi z całej siły urojony opadający sufit i wznoszącą się w górę do sufitu równoległą z sufitem deskę z drugiej strony.
  4. Przez cztery uderzenia powoli odkurczać mięśnie, wracając do pozycji.
  5. Powtórzyć to samo ćwiczenie na drugą stronę, z lewą ręką w górę, prawą w dół i opierając ciężar ciała na lewej nodze i wielkim palcu prawej nogi.
  6. Robić oba ruchy na przemian rytmicznie.

4. Boczne rozpieranie.
  1. Stanąć prosto i wciągając powietrze przez cztery uderzenia pulsu, napełnić całe ciało energią usztywniając mięśnie.
  2. Przy czwartym uderzeniu pulsu wykonać prawą nogą wyskok w przód, jakby do biegu, przenosząc ciężar ciała na prawą nogę, ale nie podnosząc lewej.
  3. Podnieść prawe ramię do przodu, z dłonią wygiętą w górę, tak jakby dłoń wstrzymywała zbliżającą się z przodu ścianę. Jednocześnie lewe ramię w tył, z dłonią wygiętą w dół, jakby wstrzymywała drugą zbliżającą się z tyłu ścianę. W tej pozycji wytrwać przez cztery uderzenia pulsu, wstrzymując oddech i powoli odkurczając mięśnie, powrócić do pozycji.
  4. Powtórzyć to samo ćwiczenie z lewą nogą i lewą ręką do przodu, a prawą wstecz.
  5. Powtarzać oba ruchy na przemian rytmicznie.

5. Ruchy wahadłowe.

Przy tych ruchach oddychać należy naturalnie, bez wysiłku, całą uwagę skupiając na piękno postawy. Głowa powinna być zgięta ku tej nodze, na której ciężar ciała spoczywa, tułów zaś trzymany w kierunku przeciwnym. Przeciwległość ruchu i postawy członków ciała sąsiadujących z sobą wytwarza wyraz piękna i siły. Ciężar ciała powinien spoczywać na przedniej części jednej z nóg. Ponieważ koło, w którym się obraca głowa, jest mniejsze niż koło, które tułów zakreśla, więc odgięcie w jedną stronę tułowia powinno być większe niż pochylenie głowy w drugą stronę. Brzuch powinien być przy tym wciągnięty, a biodra nie powinny zwieszać się biernie.              
  1. Stanąć prosto z nogami nieco rozstawionymi.
  2. Przenieść ciężar ciała na prawą stopę, z tułowiem nieco w lewo skłonionym, a głową w prawo.
  3. Przenieść powoli ciężar ciała na lewą stopę, z tułowiem odgiętym nieco w prawo, a głową ku lewej stronie.
  4. Powoli tak wahać ciało, ruchem ciągłym to na prawo, to na lewo.
  5. Postawić prawą nogę do przodu i kolejno przenosić ciężar ciała na prawą stopę i na lewą, skłaniając przy tym tułów w tył i w przód, a głowę w przód i w tył.
  6. To samo z lewą nogą w przód wystawioną.
  7. Postawić prawą nogę w przód ku prawej stronie i powtórzyć to samo ćwiczenie, zawsze tułów odchylając od nogi, na której ciężar ciała spoczywa, głowę zaś nieco pochylając w przeciwległym kierunku niż odchylony tułów.
  8. Postawić lewą nogę w przód ku lewej stronie, powtarzając to samo ćwiczenie.

6. Ruchy spiralne.
  1. Podnieść prawe kolano tak, by się podudzie biernie zwieszało.
  2. Zwrócić udo na prawo, powoli prostując nogę i zakreślając nią koło w tył, z powrotem do pozycji.
  3. Powtórzyć to kilka razy prawą nogą, potem lewą, potem na przemian.
  4. Wznieść prawą rękę z siłą tylko w ramieniu, tak by przedramię i ręka biernie się zwieszały.
  5. Skierować siłę na przedramię, ale nie dopuszczać jej do ręki, tak że ręka pozostaje biernie zwieszająca się przy naprężonym, w przód wyciągniętym ramieniu i przedramieniu.
  6. Ruchem kolistym podnieść dłoń tak, aby ją zwrócić do góry, równolegle do sufitu. Całość tego ruchu, który powinien być wykonany jednolicie bez przerwy, ma kształt spiralny i wymaga szybkiego następstwa po sobie odkurczu i naprężenia mięśni przedramienia i ręki. Takie ruchy są podstawą wdzięku w ruchach i rozwijają zręczność kończyn.
  7. Powtórzyć to ćwiczenie lewą ręką i potem obiema rękoma po kilka razy.
  8. Wykonać ruch odwrotny każdą z rąk i obiema razem, zaczynając od wyciśnięcia rąk w przód z dłońmi do góry, potem przekręcić dłoń, aby na chwilę biernie się zwieszała odwrócona ku ciału i zaraz zwiesić biernie przedramię, na koniec zwiesić ramię, by ręka wisiała biernie u boku. Wszystkie te ruchy, w szybkim po sobie następstwie, mają stanowić jedną całość.
  9. Stanąć z prawą nogą wysuniętą do przodu i w bok na prawo. Przenieść ciężar ciała na prawą nogę, podnosząc piętę od ziemi, tak aby ciężar ciała spoczywał na przedniej części stopy. Przy tym tułów jednak ma być nieco przechylony na lewo w tył, a głowa pochylona na prawo do przodu. Półokrągłym spiralnym ruchem przenieść ciężar na lewą nogę, również ją sprężynowe unosząc, a przechylając zarazem tułów na prawo w przód, cofając głowę na lewo wstecz. Tak wahać się rytmicznie, nie zmieniając położenia nóg, prócz unoszenia tej, na której ciężar ciała chwilowo spoczywa.
  10. Połączyć powyższy ruch z ruchami opisanymi w punktach 4 ‑ 7 i 8, tak, aby jedną całość utworzyć i wtedy, kiedy jesteśmy oparci na prawej nodze na prawo do przodu, z tułowiem na lewo wstecz, a głową na prawo do przodu, trzymać rękę wyprężoną z dłonią do góry, gdy zaś cofamy ciężar na lewą nogę, pochylając tułów na prawo w przód, głowę na lewo wstecz, jednocześnie rękoma wykonywać ruch 8. Całość daje nam ruch taneczny, często używany w tańcach wschodnich i hiszpańskich, pełen wdzięku.
  11. Stanąć prosto, z całym ciężarem ciała na lewej nodze, a prawą nogą zakreślić koło na lewo i dotknąć wielkim palcem podłogę o piętnaście cali na lewo od lewej stopy, potem zakreślić całe koło na prawo i wstecz, aż tego samego miejsca dotkniemy wielkim palcem prawej nogi z tyłu. Twarz i piersi powinny przy tym pozostać niewzruszone, ale lewa noga i lewe udo powinny się nieco ugiąć i wziąć udział w ruchu. Powtórzyć ten ruch lewą nogą stojąc na prawej.
  12. Klęknąć na podłodze, podnieść ręce złożone ku twarzy, jak w modlitwie, wznieść głowę do góry, patrząc w niebo. Potem rozdzielić ręce ruchem na zewnątrz i w dół, a w końcu w tył, podczas gdy głowę pochylamy, aż prawie się dotknie do ziemi. Na koniec podnieść znów ręce, trzymając dłoń o dłoń pionowo przed twarzą i powtórzyć ruch kilka razy.

7. Ogólne uwagi o powyższych ruchach.

1. Przy ruchach trzeba zawsze uwzględniać przeciwległość wielkiego palca do innych. Gdy się go trzyma obok innych palców, to zawsze oznacza słabość woli lub niewrażliwość. Właściwa linia wielkiego palca jest naprzeciw palca sąsiedniego, tak że jeśli ten palec zginamy, to koniec jego powinien się zetknąć z końcem palca wielkiego. Trzeba ćwiczyć się w opuszczaniu biernym trzech palców dalszych, gdy pierwszy palec jest wyprężony, aby je uniezależnić od niego. Ręka powinna mieć w sobie tylko tyle energii, aby nie była pozbawiona elastyczności, ale należy nią poruszać delikatnie, jak piórem, tak żeby nie czuć jej wagi. Ciężka ręka robi przykre wrażenie, jakby miała w razie upadku bądź zbić przedmiot, na który upada, bądź sama być skruszoną.

Wszelki ruch prowadzi do pewnej reakcji. Ciało elastyczne, rzucone na ziemię, odskoczy i takie ciała elastyczne miłe wrażenie sprawiają na oko. Brak elastyczności jest przykry, bo zdradza brak giętkości i grozi zniszczeniem dotykanych przedmiotów lub uszkodzeniem dotykającego. Elastyczność ciała jest pierwszym warunkiem wdzięku.

U ludzi ciężkich, głupich i brutalnych nie ma reakcji ani elastyczności, podczas gdy u człowieka dobrze wychowanego i szlachetnego ruchy mają niewielki rozmiar, lecz znaczną elastyczność. To sprawia wrażenie wielkich zapasów ukrytej siły i powoduje lekkie dotknięcie, wdzięczne ruchy i elastyczny krok.

Ze wszystkich członków ciała ręka najłatwiej ulega myślom i dlatego jest w wysokim stopniu zwierciadłem ducha. Nasza ocena znajomych i nasze wyobrażenie o tym, jak oni nas oceniają: korzystnie czy niekorzystnie, często się opiera na wrażeniu pierwszego podania ręki.

2. Głowa jest jakby kwiatem, jeśli ciało porównać z pniem lub łodygą. Odnajdujemy w niej te same szczeble, co w ciele, tylko w wyższym znaczeniu. Górna część, czoło i oczy odpowiadają szlachetniejszym uczuciom, a dolna część odpowiada grubszym potrzebom.

Greckie posągi bogów mają górną część twarzy rozwiniętą, a w rzeźbach potworów i zbrodniarzy widzimy silne szczęki. W miarę wieku przeważające uczucia rzeźbią twarz tak, że staje się ona wyrazem charakteru, skłonności i namiętności. Różne zmarszczki są liniami, które dla fizjonomisty mają swe znaczenie, a skoro mają one wyrażać duszę, niech wyrażają łagodność i spokój raczej niż złośliwość i niepokój. Pożądanym jest, aby linie twarzy szły w górę, a nie w dół.

Uśmiech jest głównym dłutem, rzeźbiącym twarz i zarazem oddziałuje na ducha. Wyobraźmy sobie, że chcemy twarz naszą przerzeźbić na posąg, pełen piękna i szlachetnego wyrazu, osiągniemy to podnosząc myśli. Każda myśl podniosła przyczynia się do upiększenia rysów. Każde piękne dzieło przeczytane przyczynia się do tego. Pewna dama, upudrowana i pełna zalotności, spotkała myśliciela, którego piękny wyraz twarzy i żywa cera wzbudzały jej zazdrość. Spytała go, co robi, aby tak świeżo wyglądać, nie starzeć się i zachować tak spokojny i łagodny wyraz twarzy. – „Obcuję ustawicznie z nieśmiertelnymi, zaczytując się w ich dziełach – odrzekł – niech pani co dzień czyta wieszczów naszych lub obcych, a zniknie z jej twarzy wyraz próżności, zazdrości i chciwości". Owa dama obraziła się i nie chciała wierzyć, by rada była szczera i dobra, a jednak, gdyby usłuchała, więcej by jej takie zabiegi pomogły niż wszystkie kosmetyki.

Aby nauczyć się dobrze trzymać głowę, pożyteczne są ćwiczenia szyi:

- Odwrócić twarz na prawo i w tym położeniu schylić głowę kilka razy, potem odwrócić twarz na lewo i schylać, i podnosić głowę, następnie pochylić głowę w tył i w tym położeniu zwracać kolejno twarz na prawo i na lewo, aby giętkość i elastyczność szyi wyrobić.

- Podnieść prawą dłoń przed głowę i odwracając głowę na lewo, dłoń wyciągnąć na prawo w bok. To samo z lewą dłonią. Tak samo, dłoń podnosząc w górę, schylać twarz i dłoń opuszczając sprzed twarzy, podnosić głowę.

Te ruchy, często wykonywane, wywołują przyzwyczajenie do przeciwległości ruchów głowy i rąk i nadadzą szyi wielką elastyczność.


8. Przeciwległość ramion i głowy.

Prawo przeciwległości sąsiadujących z sobą części ciała prowadzi do wdzięku postawy. Postawa jest wstrzymanym gestem; gesty jednoczesne powinny uszanować tę przeciwległość, a po sobie następujące mogą być równoległe. To jest warunek harmonii, symetrii, wdzięku i równowagi. Gdy ramiona spoczywają powinna zachodzić przeciwległość tułowia i głowy, ale gdy ramiona są w ruchu, trzeba je przeciwstawiać głowie, tułów zaś nogom.
  1. Podnieść łokieć nad głowę, podczas kiedy głowa opada.
  2. Trzymając łokieć nad głową, odrzucić głowę wstecz, jednocześnie opuszczając ramię w ten sposób, by przedramię spoczęło na głowie.
  3. Podnieść rękę do piersi, gdy głowa opada.
  4. Odwrócić głowę na lewo, gdy prawe ramię rzucamy w bok na prawo.

9. Przeciwległość kończyn i tułowia
  1. Chodzić, poruszając prawą ręką do przodu, gdy lewa noga stąpa, zaś lewą ręką, gdy prawa noga się wysuwa do przodu.
  2. Wyskok naprzód, jak do biegu, lewą nogą, przy jednoczesnym wyprężaniu do przodu prawej ręki i odwrotnie.
  3. Klęknąć, podnosząc oba ramiona do góry.
  4. Podnieść się, opuszczając dłonie na piersi.
  5. Klęknąć i schylić głowę, zasłaniając twarz rękoma.
  6. Podnieść głowę, opuszczając ręce.
  7. Zgiąć ciało, jakby zaglądając do studni, cofając ramiona wstecz.
  8. Przegiąć się w tył, podnosząc ręce do przodu.
  9. Zgiąć się na prawo, podnosząc obie ręce na lewo i odwrotnie.
  10. Ostatnie osiem ruchów powinno być wykonane w ciągłości, jako jedno ćwiczenie, kilka razy powtarzane.

10. Uwagi o gestach.

Gest i uczucie, które wyraża, mają na siebie wpływ wzajemny. Jeśli jakiś ruch jest wyrazem naturalnym pewnego uczucia, to nawzajem ów ruch pobudza nas w kierunku tegoż uczucia.

Uśmiech Japończyków czyni ich łagodnymi i cierpliwymi, choć nie zawsze bywa u nich wyrazem już istniejącej łagodności i cierpliwości. Doskonała hipokryzja jest niedościgłym ideałem, bo kto by jakieś uczucie doskonale wyrażał, nie czując go, ten rychło by odczuł to, co wyraża. Aktorzy wpadają w rolę i czują to, co wyrażają. Postawa wpojona żołnierzowi wzbudza w nim odwagę, postawa zakonnika wychowuje w nim pokorę. Żołnierz jest sztywny i energiczny, kapłan giętki i delikatny, nawet w świeckim ubraniu zawsze wygląda, jakby błogosławił lub rozgrzeszał. Można zatem przez ciało działać na duszę, pewnymi gestami wpływać na rozwój uczuć.

Skoro górna część twarzy i górna część tułowia wyrażają szlachetne uczucia, i są najwięcej rozwinięte w rasach wyższych i u jednostek uduchowionych, to należy kierować prądy prany głównie ku czołu i piersiom, ożywiając je, aby przewagę miały nad dolną szczęką i brzuchem. Szlachetniejsze gesty zaczynają się lub kończą na górnych częściach ciała. Wszystkie wyższe uczucia, jak cześć, miłość i nadzieja uwydatniają się na górnej części twarzy i tułowia – wszystkie niższe uczucia, jak mściwość, gniew, nienawiść, zazdrość, zmieniają wyraz dolnej części twarzy i tułowia.

Wyraz twarzy, uwydatniający podbródek, postawa w której brzuch wystaje, a kolana drżą lub się uginają – to wszystko jest wyrazem słabości i poniżenia, gdyż oznacza uległość siłom materialnym, podczas gdy wzniesienie twarzy i wystające piersi oznaczają przewagę ducha. Pewne umiarkowanie, równowaga między ostatecznościami są najwięcej pożądane.

Gesty, idące w górę, wyrażają uczucia podniosłe, skierowane w dół – odpowiadają uczuciom niższym, zaś gesty, w bok sięgające, odpowiadają łagodności i życzliwości. Wybuchowe uczucia, jak gniew lub wielka radość, prowadzą do ruchów odśrodkowych, a skupienie myśli, silne postanowienia, wyrażają się w ruchach dośrodkowych. Gesty zawsze powinny wyprzedzać mowę, jako wyrazy ogólne, szczegółowo przez mowę uzupełniane. Słowo jest martwe bez tonu i gestu. Gesty bywają prostolinijne, koliste lub spiralne, a najwyżej rozwinięte uczucia wyrażają się w geście spiralnym.

Ćwiczenia w gestach charakterystycznych, wyrażających zasadnicze uczucia, nie mogą być opisane bez licznych rysunków. Kto chce ten dział estetyki uprawiać, znajdzie najlepsze wzory w dziełach Delsarte'a i jego uczniów.

Powyższe proste ćwiczenia mogą być łatwo urozmaicone, choć bardzo trudno jest opisywać kombinacje ruchów, których szybkie a łatwe po sobie następstwo stanowi dla oka całość. Ta gimnastyka estetyczna ma także swoje znaczenie dla duchowego rozwoju – i prowadzi do tańca jako do sztuki pięknej, w tym sensie, w jakim go uprawia Miss Duncan, naśladując postawy klasycznych posągów.

U nas najwięcej się rozpowszechniła szkoła Jacques Dalcroze'a, genewczyka, osiadłego przed wojną w Hellerau pod Dreznem. Byłoby wdzięcznym zadaniem dla Polaka porównać próżne wysiłki poprzedników i sięgnąć dalej, czerpiąc natchnienie w rodzimych tradycjach tańców ludowych, jak to czyniła w czasie wojny pani Kazimiera Popowska w Paryżu.

Znaczne tu się otwiera pole twórczości dla osób, mających zamiłowanie do wysiłków w kierunku wszechstronnego upiększenia życia ludzkiego, przez nadanie ciału wyrazu duchowych doświadczeń. Piękno ruchów i gestów, wyrażających szlachetne uczucia, nawzajem oddziaływać będzie na jaźń i wznowi się wtedy na wyższym szczeblu duchowego rozwoju ideał grecki: pięknego ducha w pięknym bez zarzutu ciele.



VIII. RADŻA JOGA.

Kto ciało swe za pomocą ćwiczeń psychofizycznych doprowadził do doskonałego stanu i równowagi, ten może, pod właściwym kierunkiem doświadczonego przewodnika, wejść na drogę ćwiczeń specjalnych, mających na celu rozwój zupełnie nowych wrażeń, opanowanie zjawisk zewnętrznych i poznanie głębszej istoty jaźni.

Mędrzec Patandżali dał wskazówki po temu już w odległej starożytności i nazwano tę naukę Radża Joga, to znaczy królewskie połączenie jaźni z wszechświatem. Radża od tego samego pierwiastka pochodzi, co łacińskie rex, francuskie roi, royal. Joga odpowiada łacińskiemu jungere, junctio ‑ i znaczy połączenie. Ćwiczenia, rozwijające ducha, Hindusi nazywają Joga, bo są one połączeniem jaźni z Bogiem.

Radża Joga w Ameryce zaczęto uprawiać na większą skalę dopiero w ciągu ostatnich lat dziesięciu. Dał temu początek głównie Norendra Nath Dutt, z rodziny znanej w Kalkucie (ur. w r. 1863). Otrzymał on wychowanie angielskie, studiował prawo i dopiero potem został uczniem mędrca Ramakryszna, który jego i kilku innych skłonił do zakonnego życia. W r. 1893 Norendra Nath Dutt przybył na wystawę do Chicago i wziął udział w tak zwanym parlamencie religii, występując jako przedstawiciel braminizmu, a zarazem badając warunki życia amerykańskiego, by zdać sobie sprawę z różnicy między społecznym upadkiem swej ojczyzny a wielkim rozkwitem amerykańskiej potęgi materialnej.

Jako nauczyciel braminizmu przyjął nazwę symboliczną Swami Vivekananda. Pod tym pseudonimem wydał szereg dzieł, a między nimi też wykłady, które miał w Nowym Yorku w 1895-m roku o Radża Joga. Dzieło to, wydane przez znakomitą firmę Longmans, jednocześnie w Londynie, Nowym Yorku i Bombaju, a oprócz tego przedrukowane wiele razy w Indiach i Ameryce, wyróżnia się korzystnie jasnością z pośród setek dzieł o Radża Joga i zawiera też tłumaczenie i komentarz aforyzmów Patandżali. Vivekananda jest pełen patriotyzmu indyjskiego i pragnie odrodzenia Indii. Uskarża się, że stek barbarzyńskich najeźdźców doprowadził Indie do upadku, żąda więc od swych ziomków powrotu do czystej aryjskiej tradycji, przechowanej w dawnych księgach mędrców i wieszczów indyjskich.

Po powrocie swym do Indii w 1897-m roku, Vivekananda przemawiał do swych ziomków z wielką goryczą9: „Jesteśmy leniwi, nie umiemy pracować, nie umiemy się łączyć, jesteśmy strasznymi samolubami; gdy trzech się zejdzie, to powstaje kłótnia, ciągle myślimy, a nic nie robimy; – gdyby Anglicy wszyscy wierzyli, że są grzesznikami, to nie byliby lepszymi, niż Murzyni. Niech ich Bóg błogosławi za to, że nie wierzą w to, co nam misjonarze wmawiają. Anglik wierzy w to, że jest urodzony jako pan świata, i to go czyni wielkim. Jeśliby wierzył swoim pastorom, że jest marnym, nędznym grzesznikiem, który ma być trapiony przez całą wieczność, to nie byłby tym, kim jest. My mamy mniej wiary, niż Anglicy. Czyż nie widzicie, jak oni, gdy nasze ideały poznają, szaleją nieomal za nimi, i choć są naszymi panami, w naszym kraju szerzą naszą religię, narażając się na ośmieszenie i prześladowanie od własnych rodaków?...wy wiecie więcej od nich, wy macie więcej mądrości, niż znieść możecie… Potrzebujemy siły, pierwszy krok to jest zdobycie siły, przyjęcie prawd, zawartych w Upaniszadach, i uwierzenie, że każdy z nas jest duchem wszechmocnym, wszechwiedzącym. Patrzcie na każdego bliźniego, jak na Boga. Nie możecie nikomu pomóc, tylko wszystkim służyć; służcie dzieciom boskim, służcie samemu Panu, jeśli dostąpicie tego przywileju. Wyrzeczcie się tego uprzedzenia, że, panując nad kimś, możecie mu pomóc”.

Widać, jak Vivekananda skorzystał z pływów chrześcijańskich, które chciałby rozpowszechnić w Indii. Ale z drugiej strony m pełną świadomość powołania Hindusów wśród ludzkości i pałą nadzieją, że aryjska tradycja uduchowienia uratuje zmaterializowaną zachodnią cywilizację. Widzi w podboju Indii przez Anglików opatrznościowe zrządzenie, dzięki któremu duch Grecji zbliżył się z duchem Indii, bo Anglia Grecji zawdzięcza swą cywilizację.

Połączenie analitycznego ducha Indii z syntetycznym geniuszem Grecji odrodzić ma całą ludzkość. Ludzkość potrzebuje duchowego odrodzenia i drogę ku temu wskazuje Vivekananda w swym dziele o Radża Joga. Z dzieła tego wyciągamy tutaj kilka wskazówek głównych dla tych, co by chcieli je wypróbować.

Trzeba mieć ciało zdrowe i doskonale opanowane, by zacząć ćwiczenia wyższe, które podaje Vivekananda. Przy tym  ostrzega on, że, prócz bardzo rzadkich wyjątków, nikt nie osiąga tu powodzenia bez kierownika osobistego, lecz zarazem upewnia, że gdy uczeń jest gotów, zawsze nauczyciel się znajdzie, bo nad rozwojem ludzkości, jak i poszczególnych ludzi, czuwa bezustannie miłościwa Opatrzność.

Dla ćwiczeń w Radża Joga Vivekananda zaleca mieć osobny pokój, do którego nie należy wpuszczać nikogo, prócz tych, co czyste życie prowadzą i podobne ćwiczenia uprawiają. W tym pokoju nie trzeba spać i wchodzić do niego tylko w zupełnej czystości ducha i ciała. Należy w nim trzymać kwiaty i dzieła sztuki, palić kadzidło rano i wieczór.

Tego przybytku nigdy nie trzeba bezcześcić gniewem, kłótnią lud nieczystymi myślami, bo myśli mają wpływ na ściany i wytwarzają kształty praniczne, które pozostają utrwalając wpływ, jakiemu chwilowo ulegliśmy. Im więcej dobrych i świętych myśli, i pragnień mamy w jakimś miejscu, tym więcej to miejsce wzbudza w nas coraz to lepszych myśli i postanowień. Jest to pierwotny ideał świątyni, który został poniżony przez napływ ludzi obojętnych lub fałszywych do świątyń. Jogi powinien sobie stworzyć taką osobistą kaplicę i nie dopuścić jej profanacji.

Równie dobre dla ćwiczeń będzie każde odosobnienie i spokojne miejsce, szczególnie jaskinia, na dnie której nie ma piasku, ani kamyków, więc mająca grunt skalisty. Z braku osobnego miejsca dla ćwiczeń można je odbywać gdziekolwiek, byle tylko zapewniona była cisza i spokój, a w tym celu zarazem pożądana jest tajemnica, by ciekawości ludzkiej nie budzić.

Wszystko to, cośmy wyżej wymienili jako warunki ogólne powodzenia ćwiczeń oddychania, tym bardziej stosuje się do Radża Joga. Przede wszystkim niezbędna jest bezwzględna czystość, nie tylko życia, lecz myśli i uczuć. Wielokrotnie ostrzega Vivekananda, że kto bez doskonałej czystości i wstrzemięźliwości fizycznej porywa się na ćwiczenia w Radża Joga, ten się naraża na obłęd, a powodzenia mieć nie może.

Więc kto czystości myśli nie osiągnął, powinien uprawiać tak długo ćwiczenia psychofizyczne wyżej wymienione, aż faktycznie zapomni o istnieniu drugiej płci i żadnych pożądań cielesnych mieć nie będzie, a przychodzące pokusy wnet zdoła oddalić. Im doskonalsza czystość, tym szybszy będzie postęp psychiczny.

Także bardzo wielką wagę przywiązuje Jogi do czystości w sprawach własności cudzej. Kto przyjmuje dary, ten z darem przyjmuje wszystkie moralne odpowiedzialności darzącego, a także jego nieczystości. Kto w jakikolwiek sposób cudzą własność sobie przywłaszcza, ten traci niezależność. Kto nawet tylko własności cudzej pożąda lub zazdrości, ten o wiele przedłuża drogę swego duchowego rozwoju. Ale kto się bezwzględnie wyrzeka tego, co do niego nie należy, ten najrychlej dochodzi do niezależności ducha.

Czystość, wstrzemięźliwość, zaniechanie kradzieży i przyjmowania darów, życzliwość dla wszystkich istot żyjących, wyrażająca się w tym, że ich nie zabijamy, ani też im nie szkodzimy, stanowią wstępne warunki i tworzą pierwszy szczebel Radża Joga, nazwany Jama.

Drugim szczeblem jest Nijama, to znaczy staranne pielęgnowanie ciała przez stosowne obmycia zewnętrzne i wewnętrzne, opanowanie uczuć smutku i zniechęcenia, zapewniające nam stały stan zadowolenia i radości, przyzwyczajenie do umartwień, tak abyśmy nie dbali o wygody ciała, poznanie dzieł mędrców, którzy doszli do wyższych szczebli rozwoju i bezwzględne oddanie się Bogu, przy zupełnym zaniedbaniu osobistych ambicji, zachcianek i planów.

Przy tym Jogi powinien unikać ostateczności pod względem fizycznym, zarówno zbytku jak nadmiernych umartwień, nie powinien spać za wiele, ani za mało, tylko tyle, ile koniecznie potrzeba, wystrzegać się pracy nad siły, zarówno jak i próżniactwa.

Kto chce szybko postępować w rozwoju, tak, aby w pół roku zmienić całą swą naturę, ten powinien wszystkie szczegóły życia urządzić zgodnie z celem, do którego dąży i ani na chwilę nie odrywać się od tego celu przez obcowanie z ludźmi, przez czytanie książek niepotrzebnych lub przez dopuszczanie myśli próżnych. Powinien tak żyć, aby każda chwila była wypełniona dążeniem do celu. Każdy ruch, każdy czyn powinien być w związku z tym celem. Nie śpiesząc się, nie męcząc, jednak ustawicznie można pracować i ćwiczyć się, znajdując w tym nawet wyjątkowy spokój i zadowolenie.

Kto zaś całego życia tym ćwiczeniom oddać nie może, ten wiele zyska, jeśli nimi wypełni każdą wolną chwilę, ale bez zupełnego poświęcenia się głównemu celowi nie rychło dojdzie do zupełnego wyzwolenia jaźni, o co tu głównie chodzi. Radża Joga pozwala nam cały czas wypełnić ćwiczeniami skutecznymi, bez zmęczenia ani wyczerpania sił.

Wstępne warunki Jama i Nijama ustanawiają wysoki poziom moralny dla tych, co dążą do przyśpieszenia naturalnego postępu w rozwoju psychicznym. To przyśpieszenie rozwoju może być skutecznie osiągnięte tylko wtedy, gdy pobudki są czyste, gdy chodzi o użycie zdobytych sił do służby Bożej.

Przy tak wysokim poziomie moralnym, wymaganym od tych, co na tę drogę wchodzą, same ćwiczenia wydadzą się dziwnie obojętne i na pozór bardzo jałowe. Od człowieka o wysokiej doskonałości moralnej wymagamy czynu, bezpośrednich usług, oddawanych bliźnim, służby społecznej. Hindusi zaś żądają od takiego człowieka trudnych, choć prostych ćwiczeń w opanowaniu ciała i myśli.

Chcąc pojąć i pogodzić wysokie wymagania moralne z ciasnym zakresem bezpośredniego czynu w takich ćwiczeniach, trzeba sobie jasno uprzytomnić, że ciało nasze jest obce jaźni, że jaźń, pracując nad ciałem, odbywa pracę społeczną, podnosząc na wyższy szczebel miliony monad jej bezpośrednio powierzonych.

Więc takie gorliwe zajęcie się naszym ciałem nie jest egoizmem, tym bardziej, że wymaga rzetelnych wysiłków, a dopóki nasze ciało nie ulega nam w zupełności, jesteśmy za słabi dla szerszego działania. Każda słabość fizyczna jest przypomnieniem o najbliższych bezpośrednich obowiązkach, jakie ze stosunku do własnego ciała wynikają.

Świadome opanowanie ciała, udoskonalenie go, wyrzeźbienie zeń pięknego i doskonałego żywego posągu, jest zadaniem godnym najwznioślejszego ducha, jest nam wskazane przez tę dziwną alternatywę, że jeśli nie jesteśmy panami ciała, to zbyt łatwo stajemy się jego niewolnikami. Więc warto pół roku lub nawet lat kilka na to poświęcić, by tę wyższą moc nad ciałem zdobyć, a przez to mieć doskonalsze narzędzie do właściwych zadań społecznych, które przez wysoce rozwiniętych Hindusów w niepojęty sposób zostały zaniedbane.

Początek właściwych ćwiczeń stanowi trzeci szczebel Radża Joga, nazwany Asana, czyli postawa. Trzeba znaleźć postawę, w której najdłużej można wytrwać w zupełnej nieruchomości ciała, tak by o ciele zapomnieć, a całą uwagę skupić na przedmiotach medytacji i kontemplacji. Hindusi mają wiele takich postaw, które nam wydawałyby się niemożliwe, ale do każdej z nich nie jest przywiązane szczególne powodzenie. Chodzi tylko głównie o to, aby kręgosłup stał pionowo, przy czym można stać, klęczeć lub siedzieć, z nogami podciągniętymi w górę lub spuszczonymi.

W tej postawie nieruchomej trzeba przede wszystkim nauczyć się rytmicznie oddychać, robiąc wdech przez lewą dziurkę od nosa przy zamknięciu prawej, potem wydech przez prawą przy zamknięciu lewej, znowu wdech przez prawą i wydech przez lewą, i tak dalej, aby kolejno przez każdą dziurkę robić wydech i wdech.

To ćwiczenie wstępne po 5 podwójnych wdechów i wydechów należy z początku robić przed wschodem słońca, w południe, o północy i wieczorem, potem coraz to częściej, aż do 120 razy na dzień. Ma ono nerwy oczyścić i przygotować do właściwego pranajama, w ciągu mniej więcej miesiąca. Trzeba je robić bez pośpiechu, w rytmie normalnym, stopniowo zwalnianym, z pauzą przed każdym wdechem i wydechem, i z żywą chęcią skupiania zapasów prany.

Po miesiącu takich ćwiczeń następują właśnie ćwiczenia pranajama. W postawie ściśle nieruchomej, siedząc lub stojąc prosto, z wzrokiem skierowanym na koniec nosa, zaczynamy wciągać powietrze przez lewą dziurkę od nosa, kierując jednocześnie silny prąd prany w dół przez lewy kanał kości pacierzowej, tak aby z siłą doszedł do kręgu ostatniego. Trzeba prądem prany z całej siły przeć w ten kręg i gdy się już wciągnęło powietrze, ciśnienie prądu wzmagać przy zamkniętych obu dziurkach od nosa, jakby się nabijało strzelbę.

To zgęszczenie prany ma się odbywać cztery razy dłużej, niż wciąganie powietrza, przy zatrzymanym wdechu. Potem należy, wypychając przez prawą dziurkę dwa razy dłużej niż się wciągało powietrze, całą pranę, ścieśnioną wdechem i zatrzymaniem, silnie pokierować w górę w prawym kanale stosu pacierzowego do mózgu. Następnie znów odwrotnie wykonać wdech przez prawą dziurkę, z podobnym zatrzymaniem, i wydech przez lewą dziurkę z prądem prany w górę przez lewy kanał kręgosłupa.

Te dwa wdechy i wydechy stanowią jedno pranajama. Na początek Vivekananda radzi wciągać przez cztery sekundy, trzymać przez 16 sekund, a wypychać przez 8 sekund, myśląc o tym tajemniczym gruczole pod ostatnim kręgiem, który należy do działalności pobudzić. Nie trzeba zbyt szybko postępować, lecz poprzestać na tym, by 4 razy odbyć pranajama rano i 4 razy wieczorem, nie opuszczając żadnego dnia.

Stopniowo dopiero niektórzy dochodzą do tego, że przez 16 sekund wciągają, przez 64 sekundy zatrzymują, a przez 32 sekundy wypychają. W innym miejscu mowa o pranajama, przy którym wciąganie trwa przez 36 sekund, ale nie można dojść do takiego zwolnienia rytmu w krótkim czasie.

Równolegle z tymi ćwiczeniami i również powoli postępując naprzód, trzeba robić ćwiczenia odwrotne, przy których wcale się nie zatrzymuje powietrza, lecz robi się długą pauzę między wydechem a wdechem, trzymając przez ten czas płuca opróżnione.

Praktyki te należy odbywać bez przymusu ani wysiłku, z naturalną przyjemnością, wtedy kiedy innymi ćwiczeniami osiągnęliśmy doskonałe zdrowie. Kto chory lub czuje się ociężałym lub smutnym, ten nie powinien próbować takich ćwiczeń. Także zaleca się, by utrzymać te ćwiczenia w tajemnicy przed próżną ciekawością ludzką, która przeszkadza skupieniu, gdyż o skupienie tu chodzi przede wszystkim. Gdy myśl skupimy nad istotą własnej jaźni, wtedy dopiero nowe horyzonty nam się otworzą.

Z trzech ćwiczeń, tutaj wskazanych, pierwsze i ostatnie można robić bez ograniczeń i bez niebezpieczeństwa, o ile ktoś jest zdrowy. Natomiast najważniejsze, średnie, polegające na zatrzymywaniu powietrza w płucach przez czas dłuższy i skupianiu prany ku najniższemu kręgowi, jest niebezpieczne, jeśli je robimy zbyt często lub jeśli zbyt szybko chcemy postępować. Więc trzeba zacząć od kilku pranajama dwa razy dziennie i powoli w miarę możności wzmagać pauzę między wdechem a wydechem, zawsze zachowując ten stosunek, aby pauza ta trwała cztery razy tyle, co wdech, a dwa razy tyle, co wydech, przy zupełnej nieruchomości ciała.

Świadomość prądów wzdłuż kręgosłupa, które pragniemy wzbudzić, przychodzi dość rychło, jeśli ktoś przedtem uprawiał inne psychofizyczne ćwiczenia. O te prądy tu chodzi głównie i nie należy wcale tych ćwiczeń uważać za ćwiczenia oddychania. Rytm oddychania służy tu jedynie za środek, a celem jest pobudzenie Kundalini (glandula coccygea) przez prądy prany, uległe woli. Ów organ Kundalini jest u dołu ostatniego kręgu i w zwykłych warunkach jest bezczynny. Dopiero, gdy prądy po prawej i lewej stronie kręgosłupa pobudzą go, powstaje prąd w środkowym kanale kręgosłupa, zwanym Susumna, i prąd ten, idąc w górę, nowe budzi władze, wywołując nieznane przedtem wrażenia.

Jest to zupełnie metodyczna droga do rozwoju tych stanów, które nam są znane jako wyjątkowe stany ekstazy i natchnienia. Ludzi nieczystych, niewstrzemięźliwych i samolubnych te same ćwiczenia mogą przyprawić o pomieszanie zmysłów.

Przy tych ćwiczeniach, jako też i przy następnych, Pantandżali radzi siedzieć tak, abyśmy twarz mieli zwróconą na wschód lub na północ. Przyczyny tego warunku nie podaje, ale łatwo pojąć, że pozycja nie jest obojętna.

Pierwszym skutkiem oczywistym takich ćwiczeń, jeśli wszystkie warunki zostaną zachowane, jest zmiana głosu, który staje się dźwięczny i doniosły – i zmiana wyrazu twarzy w kierunku spokoju i łagodności. Także ogólny stan zdrowia staje się coraz to lepszy, a wytrzymałość fizyczna się wzmaga.

Wkrótce po rozpoczęciu ćwiczeń Pranajama, zacząć można ćwiczenie zwane Pratjahara. Polega ono na tym, by siedząc prosto, w zupełnej nieruchomości, patrząc na koniec nosa, odwrócić uwagę od wszelkich zewnętrznych wrażeń i skupić ją na przebieg myśli, lecz nie dawać myślom żadnego kierunku ani materiału, tak by jaźń zachowała się biernie. Z początku myśli, przechodzące przez umysł, będą liczne i zmienne, potem coraz to więcej zdobędziemy spokoju, dochodząc do tego, by jedna myśl wypełniała całą świadomość.

Taki stan bierności jaźni, przecięcia dowolnego komunikacji ze światem zewnętrznym jest trudny dla niektórych do osiągnięcia, lecz stanowi szczebel niezbędny w rozwoju duchowym, bo na to, by myśl opanować, trzeba wiedzieć, jak ona się zachowuje, pozostawiona samej sobie.

Myśli nasze nie wszystkie należą do jaźni, w znacznej mierze pochodzą z zewnątrz i jaźń je przyjmuje, nie wiedząc, skąd je dostała, nieświadomie je przerabia na kształty praniczne, które wysyła w świat, wzbudzając przez nie podobne myśli w innych jaźniach. Ćwiczenie Pratjahara uświadamia nam tę niezależność jaźni od obcych myśli, które nad nią działają. Powstrzymywanie jaźni od reakcji na zewnętrzne bodźce jest jednym z niezbędnych warunków skupienia.

Ten stan może też być wzbudzony pod wpływem innej osoby lub środków chemicznych, ale to nam nic nie pomoże. Vivekananda z wielkim naciskiem ostrzega przed takimi zależnościami. Chodzi o to, aby każdy sam umiał myśl swą opanować, nie zaś o to, by ją poddał wpływowi obcemu. Hipnotyzowanie, posiedzenia spirytystyczne piętnuje Vivekananda jako najgorszą prostytucję duchową wiodącą do upadku moralnego i fizycznego, do utraty woli i wszelkiej zdolności postępu duchowego.

Trzeba opanować myśl od środka, przez własną jaźń i wystrzegać się tych, co chcą nas opanować, wymagając od nas ślepego posłuszeństwa. Lepiej zostać złym niż stać się pozornie dobrym pod przemożnym wpływem innych. Ci, co się szczycą takimi cudownymi wpływami, hałaśliwie nawracając tłumy, sieją ziarna obłędu, zbrodni, choroby i śmierci.

Prawdziwa Pratjahara opiera się na postanowieniu jaźni, wstrzymującej swe działanie na zewnątrz i odcinającej się od zewnętrznych wrażeń. Takie ćwiczenia zupełnej nieruchomości i usiłowanej bezmyślności można uprawiać godzinami co dzień i na pozór będzie to stratą czasu, ale w rzeczywistości doprowadzi nas do wielkiego spokoju, ułatwiając opanowanie myśli i uczuć. Tylko chodzi o to, by przystępując do takich wewnętrznych ćwiczeń, zdawać sobie sprawę z ich religijnego znaczenia, z tego, że jest to szereg szczebli, prowadzących do zupełnego uświadomienia jaźni i wyzwolenia jej od tyranicznych wpływów ciała.

Ćwiczenie zaczynać należy od posłania na wszystkie strony świata głęboko odczutego pragnienia spokoju i szczęścia dla wszystkich istot, potem zaleca Vivekananda modlitwę o światło i wiedzę – i wewnętrzne postanowienie, by utrzymać w doskonałym stanie zdrowia ciało nam powierzone, które jest naszym najcenniejszym narzędziem na drodze do doskonałości. Odrzucić należy wszelką słabość moralną i fizyczną, powiedzieć sobie, że jesteśmy silni i wierzyć w nasze siły, a wtedy one nas nie opuszczą.

Gdy już pewne postępy zrobiliśmy w Pratjahara, można przystąpić do następnego ćwiczenia, zwanego Dharana. Polega ono na tym, aby w tej nieruchomej postawie i przy skupieniu, do którego przywykliśmy podczas ćwiczeń Pranajama i Pratjahara, całą uwagę zwrócić na jedną część ciała, za wyłączeniem innych. Trzeba duszę przenieść do wybranego punktu, przyjmując wrażenia tylko przez organ wybrany i kolejno w ten sposób jednocząc z jaźnią różne części ciała np. rękę, serce, mózg itd. Hindusi pomagają wyobraźni, przedstawiając sobie kwiat pełen blasku wewnątrz serca lub wewnątrz mózgu, lub w pewnej wysokości nad głową, lub u dołu stosu pacierzowego i w różnych punktach kanału Susumna, który przez nią idzie. Kwiat ten jest to lotos o 8 płatkach, a światło wewnątrz płonące ma przedstawiać jaźń.

Trudno jest pojąć, w jaki sposób te obrazy pomagają. Więcej jasne są wskazówki co do prostszych form Dharana – skupienie uwagi na koniec nosa ma prowadzić do wrażenia miłych zapachów, skupienie uwagi całej na gardło ma usuwać uczucie głodu – skupienie uwagi na koniec języka powoduje wrażenie smaku, na początek języka wrażenie słuchu, na podniebienie wrażenie wzroku. Te wrażenia, wywołane przez ćwiczenia poszczególne, utwierdzają Jogów w świadomości postępu. Wyćwiczenie jaźni w skupieniu całej uwagi na jednym organie ciała lub na jakimś zewnętrznym przedmiocie prowadzi do coraz to doskonalszego panowania nad myślami i wrażeniami, a zarazem do usunięcia z wybranego organu wszelkiej słabości i choroby.

Następne ćwiczenie nazywa się Dhjana. Polega na tym, by robiąc Dharana, odczuć nieprzerwany prąd ku tej części ciała, której się tyczy nasza uwaga. Więc stan Dhjana wynika ze stanu Dharana przez skupienie i wytrwałość, a różnicę między jednym a drugim pojmie jasno tylko ten, co jej doświadczy.  Dhjana może się tyczyć kolejno wszystkich części ciała, następnie zaś przedmiotów zewnętrznych, poczynając od przedmiotów materialnych ł dostrzegalnych przez zmysły, i postępując powoli ku przedmiotom niedostępnym dla zmysłów, ku kształtom pranicznym i ku wewnętrznej budowie ciał.

Dhjana jest to stan wysokiego skupienia czyli medytacji, prowadzący do poznania natury rzeczy. Nieruchomość ciała, opanowanie myśli i wyłączne skupienie uwagi do tego stanu prowadzą – jedni go prędzej osiągają, a drudzy muszą się dłużej ćwiczyć, lecz jest on dostępny dla każdego.

Gdy w stanie Dhjana zupełnie usuniemy wrażenie zewnętrznego przedmiotu, a ograniczymy medytację do skutku, jaki wrażenie wywiera na zewnątrz, to ten stan najwyższego skupienia nazywa się Samadhi. Opisać go, ani bliżej określić niepodobna, bo żaden opis nie byłby zrozumiały dla tych, co tego stanu nie doświadczyli. W mistyce chrześcijańskiej spotykamy podobne wyliczenia kolejnych stanów medytacji i kontemplacji, dla których określenia używane bywają rozmaite metafory.

Trzy stany: Dharana, Dhjana, Samadhi razem wzięte nazywają się Samjama i stanowią ostateczne narzędzie, za pomocą którego Jogi opanowuje każdą część ciała, każdą jego czynność i nawet zewnętrzne przedmioty. Trzeba w takich medytacjach nauczyć się odróżniać zewnętrzną przyczynę wrażeń od szeregu wewnętrznych zajść, które następują po kolei, nim jaźń wrażenie otrzyma i wywrze swą reakcję. Badając te wewnętrzne procesy, dochodzi się do coraz to lepszej znajomości własnego ciała i ustroju ciał w ogóle.

Zdobywa się przez to niezachwiany spokój, w którym zjawia się intuicja rzeczy dla rozumu niedostępnych. W ten sposób także powoli odsłania się istota jaźni czystej, niezależnej od ciała, panującej nad ciałem i światem zewnętrznym. Kolejno uczymy się odróżniać jaźń od wielu rzeczy, które przez długi czas z nią utożsamialiśmy, a w miarę jak zdobywaliśmy jasną świadomość jaźni, równolegle wyzwalamy ją i osiągamy potęgę.

 Ale dopiero kto się zdoła wyrzec wszystkich potęg zewnętrznych, dochodzi do najwyższej doskonałości i zabezpieczony jest od nowych upadków. Wtedy uczy się działać bezpośrednio na każdy przedmiot bez pośrednictwa ciała i na każdą część ciała bez pośrednictwa nerwów i dochodzi do stanu jasnowidzenia, odsłaniającego mu cały ustrój światła i wszystkie szczegóły przeszłości własnej i całego świata.

Czystość takiego człowieka ma taką potęgę, że kto się z nim zetknie, staje się czystym. Ani woda, ani ogień mu zaszkodzić nie mogą, chodzi po morzach suchą nogą, staje w ogniu i rzuca na około siebie płomienie, sam nie będąc dotkniętym nimi. Może uczynić ciało lżejszym od puchu i wznosić się w powietrzu lub nadać mu taki ciężar, że nikt go nie podniesie.

Wszystkie te cuda, przypisywane indyjskim Jogom, są nam znane z historii Świętych Katolickiego Kościoła. Różnica polega na tym, że Hindusi dochodzą do tych stanów drogą kolejnych ćwiczeń psychofizycznych i skutek przypisują samym sobie, a Święci do tegoż celu idą przez umartwienia i modlitwy, skutek uważając za Łaskę, otrzymaną od Boga. Hindus wierzy w siebie i wysnuwa z siebie wszystkie moce, które chwilowo są ukryte w obłoku ciała i pohamowane pokusami, od ciała pochodzącymi, ale obcymi czystej jaźni. Święty korzy się i kruszy, mając siebie za najgorszego grzesznika i przypisując każdy cud swój tylko niewytłumaczonej i niezasłużonej Łasce.

Obie te drogi wzajemnie się uzupełniają i nie ma nic w ćwiczeniach, przez Hindusów wymyślonych i uprawianych, co byłoby przeciwne zasadom wiary i praktykom Kościoła. I owszem, te same ćwiczenia psychofizyczne, poparte praktykami chrześcijańskimi, mogą jeszcze skuteczniej do celu prowadzić.

Trudność polega na tym, że nasz światopogląd nakłada na nas ustawiczne obowiązki względem bliźnich i nie sprzyja na ogół odosobnieniu. A jednak wewnątrz naszego Kościoła mieliśmy całe zakony, wyłącznie poświęcone kontemplacji. Więc każdy powinien znaleźć właściwą miarę i rytmicznie w dłuższych periodach kolejno skupiać się intensywnie, i działać na zewnątrz ekstensywnie.

Hindusi, jednostronnie postępując w skupieniu, pozostawili najeźdźcom rządy własnego kraju i wytworzyli kasty wielce odległe od siebie, mało mające styczności miedzy sobą. My bliźnich nigdy całkiem nie pozostawimy samym sobie, ale chcąc im najskuteczniej pomóc, powinniśmy od czasu do czasu popracować według indyjskich wskazówek w zakresie Radża Joga.

Według Hindusów do wyzwolenia dojść można różnymi drogami prócz ćwiczeń psychofizycznych, mianowicie także pracą, modlitwą lub wiedzą. A kto sam się wyzwolił, ten ma moc wyzwalania innych i ułatwiania im dróg, prowadzących ku wyzwoleniu.

Czyny zewnętrzne, ćwiczenia psychofizyczne, używanie pomocy wyższej lub działalności czystej myśli, są to różne środki, prowadzące do jednego celu – i zależnie od charakteru, i uzdolnienia jednostki wolno jest wybrać jedną z tych dróg wyłącznie lub też kolejno poznać wszystkie. Jako najskuteczniejszą i najszybszą metodę zdobycia wyższych władz Vivekananda wskazuje te proste ćwiczenia, które dawni Hindusi kilka tysięcy lat temu wymyślili, tworząc z nich system Radża Joga.

Ostrzega on, że niebezpiecznie jest zaczynać te ćwiczenia bez osobistego przewodnictwa doświadczonego nauczyciela. Katolik za takiego nauczyciela sobie obierze Chrystusa utajonego w Eucharystii, a mając czystą intencję wzmożenia sił potrzebnych na usługi bliźnim, nie potrzebuje się obawiać tych licznych złych duchów, z którymi indyjski Jogi musiał ustawicznie walczyć. Połączenie doświadczeń Wschodu z późniejszymi objawieniami, zastosowanymi przez Świętych zachodniego kościoła jest nowym zadaniem narodu, który przez wieki pośredniczył między Wschodem a Zachodem.



IX. ZASTOSOWANIA SZCZEGÓŁOWE.

Kto pierwszy raz się zetknie z całym powyższym systemem ćwiczeń psychofizycznych, tak dalece różniących się od ćwiczeń naszych sokołów i od naszych wielce towarzyskich obyczajów – ten najczęściej będzie lekceważył mądrość aryjskich naszych przodków. Dopiero wypróbowanie10 głównych ćwiczeń przekona o ich skuteczności. Chodzi tu głównie o Cel praktyczny, mianowicie podniesienie poziomu zdrowia, sił i duchowego rozwoju w najszerszych warstwach narodu. Więc podamy tutaj kilka zastosowań szczegółowych, które niech będą polecone uwadze tych, dla których są przeznaczone.


1. Dzieci i młodzież.

Od najwcześniejszego wieku łatwo jest uczyć dzieci umiejętności rytmicznego oddychania, szczególnie podczas chodu.  Dzieci  najczęściej mają naturalny rytm oddychania i zachowają go, jeśli zwrócić na to ich uwagę. Nieocenioną korzyść odniosą, gdy zawczasu nauczą się jeść według przepisów indyjskich, żując dokładnie i powoli każdy kąsek, aż się rozpłynie w ustach i uświadamiając sobie, że zbudują w ten sposób ciało doskonałe, daleko lepsze, silniejsze i zdrowsze niż ciała otoczenia.

Warto, żeby dzieci jadały osobno pod przewodnictwem osoby starszej, która sama nie jedząc, zwróciłaby całą uwagę na to, jak dzieci jedzą, niestrudzenie im uprzytamniając doniosłość tego obrządku i kierując ich wyobraźnię ku temu, że przy budowaniu ciała trzeba mieć tyle rozwagi i staranności, co np. przy budowie domu. Dzieci są skłonne do nadużyć w jedzeniu i ruchu, trzeba je zawczasu nauczyć umiejętności odpoczynku, co we wczesnym wieku daleko łatwiej przychodzi. Jeśli kto nauczy się w dzieciństwie na zawołanie przechodzić od najżywszego ruchu do bezwzględnego spokoju, to zachowa tę zdolność i później.

W wieku młodym ciało jest giętkie i jeśli dopilnować, aby co dzień wszystkie mięśnie były systematycznie ćwiczone, to zdolność ta pozostanie wielkim skarbem dla wieku dojrzałego. Giętkość rąk i nóg we wszystkich stawach może być łatwo utrzymana i wzmożona przez stałe ćwiczenie u dzieci. Trzeba je uczyć dotykać każdej części pleców jedną i drugą ręką i doprowadzić do tego, aby całe ciało mogły obmyć i otrzeć bez pomocy. Większość dzieci może z łatwością piętę podnieść do ust lub czoła; niech tego ćwiczenia nie zaniedbują, a przyda się ono im w późniejszym wieku, gdy od giętkości i zręczności ciała zależy często tak wiele.

Daleko łatwiej opanować wszystkie mięśnie w dzieciństwie niż później. Szczególnie łatwe jest we wczesnym wieku zdobycie zupełnej używalności lewej ręki, tak aby nią umieć pisać i w ogóle wszystko robić. Takie urozmaicone ćwiczenia, zwracające uwagę dzieci na to, że są rzeźbiarzami swego ciała i że mogą coraz to trudniejsze ruchy wykonywać, bardzo pożytecznie im czas wypełniają. Trzeba przy tym patrzeć na dokładność ruchów. Dziecko, gdy raz jego uwaga i ambicja zostaną skierowane ku temu, samo znajdzie przyjemność i zabawę we wszechstronnym wyćwiczeniu ciała, które mu zapewni doskonałe zdrowie i przygotuje do późniejszej sprawności.

Ale przy najliczniejszych ćwiczeniach w opanowaniu ruchu trzeba koniecznie też uczyć dzieci umiejętności odpoczynku, częściowego i całkowitego ubezwładniania ciała. Daleko to łatwiej nabyć w wieku dziecinnym niż później. Trzeba też dzieci najwcześniej oswajać z wyobrażeniem, że zdrowie zależy od woli i przy każdej okoliczności zachęcać do zabiegów samoleczniczych.

Poranne płukanie nosa przez wciąganie wody i najprostsze ćwiczenia oddychania kolejno jedną i drugą dziurką od nosa są także dla dzieci dostępne i bardzo dla nich pożyteczne. Wśród innych ćwiczeń szczególnie dla dzieci odpowiednie są wszystkie ćwiczenia estetyczne, które w nich wdzięk i zręczność rozwiną. Natomiast ćwiczenia psychofizyczne i Radża Joga są dla dzieci przedwczesne. Trzeba też bardzo się wystrzegać wobec dzieci wszelkiej sugestii, która działa zewnętrznie i osłabia ich własną wolę. Niech każdy szczebel rozwoju będzie przez nie samodzielnie zdobyty; uwagi, jakie im robimy, powinny raczej przypominać powzięte przez nie postanowienia niż narzucać im naszą wolę.

Młodzież dorastająca może z korzyścią uprawiać niektóre łatwiejsze ćwiczenia psychofizyczne i szczególnie baczyć na wstrzemięźliwość, zalecaną przez Hindusów. W okresie walk o zachowanie czystości ćwiczenie wyżej podane odda nadzwyczajne usługi. W ogóle nie można dosyć kłaść nacisku wobec młodzieży na to, że jednym z najważniejszych zadań tego wieku jest doskonałe opanowanie ciała pod wszelkim względem i że, kto tego nie dokonał, nie ma prawa szukać szerszego pola wysiłków, ani też nie może mieć powodzenia na tym szerszym polu. Celu zaś nie osiągną gwałtowne ćwiczenia, wyczerpujące siły; daleko skuteczniejsze są ćwiczenia powolne a dokładne, z pełną świadomością wykonywane i metodycznie dążące do coraz to większego panowania nad ciałem. Że to panowanie i zdrowie w znacznej mierze zależą od wstrzemięźliwości, to powinno być na każdym kroku wpajane młodzieży.

Wysiłkami woli stopniowymi należy siły wzmagać, oszczędnie gospodarując nimi, a mając w każdej chwili znaczne zapasy do rozporządzenia. Młodzież powinna szczególnie hamować naturalną a przesadną ekspansywność, rozpraszanie sił na wiele niepotrzebnych przedsięwzięć, często zaczynanych, nim się ukończyło dawniejsze. Trzeba umieć się skupiać, mieć jeden cel główny w każdej epoce życia i temu celowi umieć wszystko podporządkować. Cokolwiek do celu nie zbliża, jest szkodliwe. Młodzież szuka wielu wrażeń, a rzadko je umie przetrawić, uporządkować i wyzyskać. Więc trzeba młodych ludzi obojga płci nawoływać do skupienia.

Ku temu wielce są pożyteczne ćwiczenia psychofizyczne i ćwiczenia, prowadzące do zupełnego spoczynku. Trzeba koniecznie wśród młodzieży szerzyć przeświadczenie, że nie to jest najważniejsze, ile kto wykona pracy, lecz jak ją wykona i jaką pracę obierze. Przeczytanie ze skupieniem jednej dobrej książki więcej znaczy, niż pobieżne pochłonięcie setki lichych powieści lub dzienników. Kto chce czas młodości należycie wyzyskać, aby sobie przygotować życie piękne i owocne, ten niech się strzeże wszelkiego zetknięcia z lichotą moralną i umysłową. Każda chwila, spędzona źle, na myślach niskich i marnych, wyciska swe piętno na duszy, a z tych poszczególnych wrażeń buduje się całość.

Niech nikt nie mówi, że mu książka marna, liche towarzystwo nie szkodzą. Kto dba o duszę swoją, kto chce pełnię sił rozwinąć, ten niech stara się wyłącznie obcować tylko z ludźmi, których czci i kocha, nie z wesołymi kolegami i koleżankami. Niech czyta dzieła wiekopomne, których jest tak wiele, a nie traci czasu na dzienniki ani na bieżącą lichą literaturę. Niech ciągle dąży naprzód i w górę – bo „droga narodom daleka, a na zabawki ludzkie niema czasu", jak mówi Bolesław Śmiały Słowackiego ‑ „Dziwnie, jak Pan jest dobry i litosny, a ducha, co się na pracę poświęci, ubiera w kolor, w głos piękny, roznośny zaopatruje, i do nieba nęci, a do nóg mu świat przywiąże miłosny, tak że on coraz wyżej jako święci idzie... w swej pieśni wzniesiony powiewie, i świat pociąga, a sam o tem nie wie". Te słowa Króla Ducha Mieczysława powinny być hasłem młodzieży, a pierwszym polem pracy jest własne ciało i własna dusza, dopóki jeszcze wiek nie nakłada na nas cięższych obowiązków.

Od Hindusów powinniśmy się uczyć, jak tysiące próbnych wysiłków, systematycznie powtarzanych, zbliżają nas do celu. Nie trzeba gardzić żadnym szczegółem, nie godzi się zaniedbać żadnego drobiazgu, jeśli on leży na drodze ku doskonałości. Każdą pracę należy uważać za ćwiczenie, i czasu, na ćwiczenia użytego, nie żałować. Nie o to się pytajmy, co kto zrobił, ale jakim on jest? Czego jest w stanie dokonać? Ile może trudów wytrzymać? Czy sam sobie wystarcza? Czy umie w zupełnej samotności być szczęśliwym i obcować z Bogiem? Tym się mierzy wartość ludzi, dążących ku istotnym celom żywota.


2. Robotnicy.

Dla nikogo większej doniosłości mieć nie mogą ćwiczenia indyjskie, jeśli je dobrze zrozumieć i zastosować, jak dla robotników wiejskich i miejskich. Wszyscy ci, co są skazani na pracę ręczną dla utrzymania fizycznego życia, słusznie są zaliczani do klasy wydziedziczonych i zwykle bywają pobudzani do zazdrości względem uprzywilejowanych. Zazdrość i nienawiść ich poniża i osłabia, pogrążając ich w tem większej niemocy.

Inaczej się rzecz przedstawia, gdy robotnik uzna, że klątwa pracy przymusowej jest próbą, słusznie na niego narażoną, aby go pobudzić do wysiłków i wstrzemięźliwości. Z chwilą pojęcia tego stosunku do Boga robotnik zarazem znajduje drogę, wyzwalającą go z upokarzającej niewoli.

Każda praca fizyczna składa się z ruchów, dosyć regularnie powtarzanych, i zawsze można do tych ruchów zastosować rytm oddychania, bez żadnej ujmy dla pracy, a z ogromnym zyskiem dla zdrowia i rozwoju duchowego. W miarę, jak się kto przyzwyczai do takiej pracy, połączonej z rytmicznym oddychaniem i wyobrażeniami, które także rytmicznie razem z oddychaniem po sobie następują, praca fizyczna zyskuje nowy urok.

Już nie pracuje robotnik dla pieniędzy, ale w każdej chwili pracuje, aby się wydobyć na wyższy szczebel. Skupiwszy uwagę na doskonałość swej pracy, wymyślać będzie coraz to nowe sposoby jej uproszczenia przy zmniejszonym wysiłku.

Jeśli sobie wyobrazi, że praca, jaka ma przed sobą, jest zewnętrzną formą dla rozwoju ducha, to praca będzie go wyzwalać. Zdolność do fizycznej pracy, wytrzymałość w ruchach, które produkują pożyteczne dla bliźnich wartości, wyda mu się przywilejem; z litością będzie spoglądał na tych, co zaniedbali rozwoju sił fizycznych i nie umieliby wytrzymać nawet pół godziny wysiłków, jakie zwykły robotnik znosi przez dzień cały.

Wstrzymując się od alkoholu, tytoniu, hazardu i rozpusty a nie śpiesząc się nadmiernie z założeniem własnej rodziny, robotnik, mający wyższe aspiracje, zaoszczędzi sobie fundusz, który mu pozwoli po kilku latach pracy spędzić pół roku na podróżach, lub studiach. Ten rytm kolejnych epok pracy i wypoczynku, zbierania doświadczeń i przetrawiania ich w jednostajnym zajęciu, nie pochłaniającym całej uwagi, wytworzy nowy typ robotnika-myśliciela, powoli myślą wyzwalającego się od przymusu pracy fizycznej.

Zaszczepienie wyższych dążeń ku doskonałości wśród robotników opóźni ich małżeństwa dziś nieopatrzne, a przez to zmniejszy ich ilość, lecz podniesie jakość. Lekkomyślne małżeństwa, wcześnie zawierane, nie tylko przysparzają odpowiedzialności, lecz mają także wpływ na gatunek potomstwa. Robotnicy, którzy przyjmą ideał dążenia ku doskonałości fizycznej i duchowej za pomocą ćwiczeń psychicznych, będą wybierać sobie towarzyszki ze wszech miar odpowiednie i podniosą gatunek swego potomstwa.

Obowiązek pracy fizycznej nie jest przeszkodą dla tych ćwiczeń – i owszem sam rytm ruchów potrzebnych w pracy służy za podstawę i zachętę do ćwiczeń wewnętrznych. Także nikt nie przeszkodzi robotnikowi, gdy idzie do pracy lub wraca z niej, uprawiać rytmiczne oddychanie, dostosowane do chodu.

Jedząc według przepisów indyjskich, robotnik nauczy się utrzymywać przy sile organizm, zmniejszając potrzebną ilość jadła, co razem ze wstrzemięźliwością od trunków, tytoniu, gry i rozpusty, przyczyni się ogromnie do powiększenia oszczędności. Obmycie ciała poranne zajmie mu kilka minut czasu i nie opóźni w pracy. Niedzielę może poświęcić na czytanie dobrych książek i obcowanie z przyrodą. Do tego nie potrzeba nauczycieli, ani laboratoriów, tylko skupionej woli, skierowanej ku wyzwoleniu ducha.

Warunki obowiązkowej pracy fizycznej nie odpowiadają wprawdzie ideałowi, jaki przyświeca tym, co wyłącznie dążą do wyzwolenia. Lecz te warunki, byle nie zaniedbać środków postępu psychicznego, nie uniemożliwiają ćwiczeń psychofizycznych, a ćwiczenia te w wyższym stopniu mogą polepszyć los robotnika, niż los uprzywilejowanych.

Dziś robotnik uważa swe położenie za beznadziejne prawie, za niewolę dożywotnią. Gdy mu wyjaśnić ideał rozwoju, postępu ludzkiego, a przy tym zaszczepić wymaganą przez Hindusów wstrzemięźliwość, robotnik będzie zarabiał na jakieś dłuższe wakacje, podobnie jak urzędnik, a nawet z większą niezależnością niż urzędnik, bo urzędnik nie może tak łatwo opuścić urzędu i na nowo go pozyskać, jak robotnik może opuścić dzienny zarobek i na nowo go pozyskać.

Najistotniejszym zastosowaniem prawa rytmu do życia robotnika jest alternacja między pracą rąk a ćwiczeniami ducha. Takie fazy kolejne umożliwia dla robotnika oszczędność, wynikająca ze wstrzemięźliwości.

Pierwsze wakacje swe robotnik użyje dla poznania kraju rodzinnego, a następne pozwolą mu odwiedzić obce kraje. Kto przyjmuje obyczaje, wskazane przez indyjską umiejętność oddychania, ten umie tanio podróżować i wszędzie trafi do ludzi dobrych, wiedziony przez życzliwe duchy. W drodze rano i wieczór poświęcając godzinę na ćwiczenia psychofizyczne, będzie najlepiej każdy Jogi przygotowany do korzystania z wrażeń i spotkań.

Możliwość ćwiczeń psychofizycznych, wzmagających siły ciała i duszy, otwiera dla robotników zupełnie nowe horyzonty i pozwala nam marzyć o takim stanie robotniczym, jakiego dotąd nigdzie nie ma. Ćwiczenia te zasadnicze dotychczas były praktykowane przez niewielu i w wielkiej tajemnicy – teraz dopiero są w sposób prosty i zrozumiały objaśnione dla wszystkich. W Niemczech i Ameryce rozchodzą się w znacznych ilościach broszury sprzedawane po wysokich cenach, a nie zawierające nic więcej niż to, cośmy tutaj streścili w postaci przystępnej „wiedzy dla wszystkich".

Główna prawda, na której spoczywa cała budowa odradzającej się starej wiedzy Hindusów, to wpływ decydujący stale powtarzanych wysiłków jaźni na siły ciała i duszy. Chcąc tę prawdę uprzystępnić najszerszym masom robotników, trzeba ją podzielić na szereg szczebli, stopniowo podnoszących siły duchowe.
  1. Pierwszym szczeblem będzie abstynencja dożywotnia, bezwzględna od wszelkich trunków alkoholicznych. Argumenty, przemawiające na korzyść tej decyzji, są tak liczne i tak silne, że stanowią one probierz dla wartości moralnej człowieka. Ktokolwiek ma dążenie ku doskonałości, ten wyrzeknie się alkoholu. Kto nawet tej ofiary dla własnego dobra ponieść nie umie, ten jest niewolnikiem i na niewolę zasługuje.
  2. Wśród abstynentów od alkoholu, ci co poważniej biorą życie i są zdolni obudzić w sobie ideał dążenia do wyzwolenia wszelkimi siłami, łatwo się zgodzą na abstynencję od tytoniu, gry hazardowej i rozpusty.
  3. Kto się do rytmu przy chodzeniu i pracy przyzwyczaił i stale go używa dla wzmocnienia sił fizycznych, ten już bez oporu da się wtajemniczyć w dalsze ćwiczenia i wzbudzi w sobie postanowienie, by nie kraść, nie przyjmować darów, nie kłamać, ograniczać potrzeby własne, służyć bliźnim i dążyć ku doskonałości.
  4. Tacy ludzie będą w stanie, dzięki oszczędnościom, które im zapewni wstrzemięźliwość, rozpocząć próby przerywania na czas krótszy lub dłuższy pracy fizycznej w celu skupienia duchowego i rozszerzenia umysłowego widnokręgu.
  5. Po powrocie z każdej wędrówki wychowawczej będą oni szerzyć wśród towarzyszy wstrzemięźliwość, a między sobą zbierać się regularnie dla poważnych studiów nad dziełami wieszczów naszych, które nie mniej niż stare księgi indyjskie, zawierają najskuteczniejsze wskazówki, prowadzące do wyzwolenia ducha. W całej literaturze powszechnej nie ma dzieł tak podnoszących ducha i budzących siły utajone, jak pisma Mickiewicza, Krasińskiego i Słowackiego. Dopóki kto nie zna wszystkich tych dzieł, nie powinien czasu tracić na inne książki.
  6. Ci, którzy się w ten sposób wykształcą, będą naturalnymi przewodnikami innych towarzyszy i zdołają ich połączyć w potężne związki, dążące do stworzenia warunków więcej zgodnych z duchowymi potrzebami tych, co są skazani na pracę fizyczną. Czytelnie zastąpią szynki, a najzdolniejszych spośród robotniczej młodzieży na koszt wspólny będą posyłać do większych ognisk oświaty dla zdobycia wyższego wykształcenia, wymagając od nich, aby całe życie poświęcili na poprawę losu braci robotników.
Do wszystkich tych wyników prowadzi prawo rytmu: najpierw w oddychaniu, potem we wszystkich czynnościach fizycznych i umysłowych. I wprowadzenie tego rytmu do życia wcale nie jest utrudnione przez pracę zarobkową fizyczną, i owszem, obowiązek takiej pracy jest przez wprowadzenie rytmu o wiele ułatwiony.

Im większa niewola, w której człowiek żyje, tym silniejsza tęsknota ku wyzwoleniu. Więc któż goręcej wyzwolenia pragnąć może, niż robotnik? A ćwiczenia psychofizyczne, przy zachowaniu zasadniczych warunków moralnych, prowadzą go do wyzwolenia.

Ograniczenie wolności, wytworzone przez brak kapitału, mogłoby stać się wyjątkowym bodźcem dla upartego dążenia ku doskonałości, która od wszelkich zależności wyzwala. Chodzi jedynie o to, by więcej rozwinięci towarzysze pojęli i szerzyć zaczęli zasady psychofizycznego rozwoju.

Jeden żywy przykład takiego wyzwolenia przez ćwiczenie zdziała więcej, niż najlepsza książka. Takie żywe przykłady już istnieją na Śląsku, a jeśli robotnicy innych okolic zechcą naśladować górników z pruskiego zaboru, to ten nowy ruch robotniczy, wszczęty na Śląsku, może łatwo się rozpowszechnić w całej Polsce. W tym celu trzeba ustanowić ściślejszy związek między pracą umysłową i duchową a fizyczną, między robotnikami fabrycznymi a inteligencją, kierującą fabrykami i kopalniami. Taki solidaryzm społeczny stopniowo każdemu robotnikowi otworzy drogę do wyzwolenia przez posiadanie własnego jakiegoś kapitału, najlepiej w udziałach tego przedsiębiorstwa, w którym pracuje.

Praca, oszczędność, uważanie życia całego za ćwiczenia psychofizyczne, wstrzemięźliwość od szkodliwych nałogów – opanowanie ciała jako narzędzia celów ducha – to są wszystko środki wiodące do polskiego rozwiązania kwestii społecznej, przeciwległego semickiej walce klas i wszechwładzy państwa. Nam chodzi o to, by każdy był panem samego siebie i dobrowolnym sługą bliźnich swoich. Wtedy dopiero ustanie na ziemi ucisk wydziedziczonych przez uprzywilejowanych, gdy wszyscy ochoczą służbę bliźnim uznają za najcenniejszy przywilej.


3. Kobiety.

Życie domowe kobiety, gdyby je pojąć należycie dawałoby jej dosyć sposobności do skupienia, nawet gdy kobieta jest robotnicą zmuszoną do utrzymania z pracy rąk. Jeśliby kobieta chciała być istotnie kapłanką ogniska domowego, za jaką się nieraz podaje, i wyzwoliła się z próżności, przestała dbać o pozory, a zwróciła swe starania ku celom rozwoju psychicznego, to mogłaby łatwo stać się źródłem potęgi ducha i promieniowałaby na siły męża, rodzeństwo i rodziców.

Pomocą tu być może religijność, która na pozór u kobiet jest większa, niż u mężczyzn. Nadto kobiety są czystsze od mężczyzn, więc mają wielce zasadniczy warunek wyższego psychicznego rozwoju. Ale przeszkadza im rozproszenie uwagi na zewnętrzne i często całkiem obojętne drobiazgi, plotkarstwo, gadatliwość, próżność, powszechny a zatrważający brak zdolności umysłowych nawet u tych kobiet, które wydają się inteligentnymi.

Kobiety, które chcą się wyzwolić z niewoli, w której są trzymane przez panującą płeć męską, mają zwykle więcej czasu na ćwiczenia psychofizyczne, niż mężczyźni, a powinny zacząć od ćwiczeń w milczeniu, poskramianiu próżnej ciekawości, wstrzemięźliwości od plotek i lekkomyślnych sądów o bliźnich. Dla kobiety najlepszą szkołą skupienia jest skierowanie wszystkich myśli, dążeń i czynności do pomocy ukochanemu ojcu, bratu lub mężowi. Kobieta po większej części żyje tylko w mężczyźnie i jej najłatwiej z początku skupić całe swe życie wewnętrzne naokoło potrzeb wybranego a kochanego mężczyzny.

Najsilniejszym motywem do ćwiczeń będzie dla niej chęć pomożenia temu wybrańcowi. A jeśli dobrze wybrała, to ten, któremu pomaga, wywdzięczy się, wyzwalając ją i starając się o jej osobisty rozwój i o wyzwolenie jej własnej jaźni, aż będzie umiała iść samodzielnie i pomagać innym.

Braterstwo duchowe między kobietą a mężczyzną, choć zawsze możliwe, jest tak niezmiernie rzadkie, że na nie liczyć nie można, i w większości wypadków kobieta zrobi najroztropniej, nie ufając zbytnio tym powinowactwom, lecz ograniczając swe pole działania do tych mężczyzn, z którymi ją łączą związki rodzinne. Wprawdzie rodzina krwi nie zawsze jest rodziną ducha, lecz powszechna niedoskonałość ludzi wprowadza do stosunków duchowych między osobami płci różnej zbyt często niepożądane pierwiastki cielesne. Chyba wielka różnica wieku daje tutaj pewne gwarancje, lecz niestety, i te nie są zbyt stałe.

Kobieta, która się wyzwoli od więzów naturalnych, w niczym nie ustępuje mężczyźnie pod względem szczebli potęgi, jakie może rozwinąć. Pouczające przykłady takiej potęgi jaźni, wcielonej w ciało kobiece, dają nam żywoty takich kobiet, jak Katarzyna z Sienny lub św. Teresa.


4. Artyści i uczeni.

Mało kto tak grzeszy przeciwko prawom rytmu, jak artyści i uczeni. Bywają oni najczęściej niewolnikami swych natchnień i pomysłów, zamiast je opanować.

Artysta, który zasmakował w zmienności nastrojów, czuje swą wyższość nad filistrem, wiodącym życie monotonne, a najczęściej nie domyśla się, że taka zmienność nastrojów, niezależna od woli, to tylko faza przejściowa wiodąca do wyższego stanu wielkiej jednostajności zewnętrznej przy olbrzymim bogactwie wewnętrznym. Uczony w dążeniu do wiedzy zaniedbuje często bardzo swe ciało i krzywdząc je, pozbawia się potrzebnych sił dla wykonania trafnych skądinąd pomysłów.

Im wszystkim nawet z punktu widzenia szczególnych celów, do których dążą, ćwiczenia psychofizyczne wielce by pomogły. Nierówność usposobień, cechująca większość artystów, może być zastąpiona przez uparte wysiłki i ciągłe umiejętne ćwiczenia stałym i równym promieniowaniem piękna, tak jak siła, objawiająca się gwałtownie i nierówno w piorunach, została użyta do lamp elektrycznych.

Pracownicy ducha powinni dbać nie tyle o największą ilość dzieł wykonanych, jak o to, by sami rośli na duchu i stawali się zdolni do wykonania dzieł coraz to doskonalszych. A na tej drodze Radża Joga może im oddać bardzo poważne usługi. To wielkie odkrycie, którego każdy rzeczywisty pracownik ducha dokonać sam powinien, że jaźń jest w istocie swej inna, niż ciało i świat zjawisk, prosi się o zastosowanie, polegające na tym, by jaźń przestała ulegać wpływom zewnętrznym, a zajaśniała pełnym blaskiem od Boga czerpanej potęgi.

Jest pewien głos wewnętrzny, głęboko ukryty, który szepcze „jestem", a kto ten szept usłyszy i pojmie, ten go wzmoże o tyle, aż jaźń wyzwolona, już grzmotem i błyskawicą wypowie ogromne, wspaniałe, potężne: Jestem!


5. Zakończenie.

Wszyscy uznajemy potęgę Ducha, gdy błyśnie nagle i objawi się wielkim geniuszem. Nasi przodkowie aryjscy, żyjąc w wyjątkowej krainie o wielkiej jednostajności zmian atmosferycznych, wynaleźli pewne drogi, które im służyły dla obudzenia Ducha w najsłabszych. Indie, siedziba najdawniejszej kultury, zostały podbite przez barbarzyńców, a dawna kultura po części zanikła, po części trzymana w wielkiej tajemnicy, dopiero teraz zaczyna się do nas przedostawać. Zasady jej są bardzo proste i jasne.
  1. Wyobraźnia jest siłą twórczą. Każde jasne wyobrażenie, często wznawiane i dłużej w świadomości utrzymywane, przyczynia się do urzeczywistnienia rzeczy lub czynności, którą wyobraża i kształci wolą. Chcąc opanować czyny, trzeba najpierw opanować myśli i wyobrażenia.
  2. Chcąc wolę rozwinąć do wszechmocy, trzeba ją ustawicznie ćwiczyć, poczynając od zadań najłatwiejszych i stopniowo postępując ku trudniejszym, tak aby przejście od jednych do drugich nie wymagało nadmiernego wysiłku. Każde wewnętrzne postanowienie, często wznawiane, ułatwia późniejsze wykonanie postanowionego czynu.
  3. Łatwiej działać na własne ciało niż na innych ludzi i w ogóle na świat zewnętrzny. Więc pragnąc najwyższego rozwoju woli, trzeba zacząć od opanowania ciała, wszystkich jego zewnętrznych ruchów i wewnętrznych czynności.
  4. Najłatwiejszą z czynności fizycznych jest oddychanie i dlatego trzeba zacząć opanowanie ciała od regulowania oddychania, powracając do pierwotnego rytmu, który zanikł u większości ludzi wskutek jednostronnej przewagi uczuć. Rytm ten należy stosować do wszystkich równomiernie wykonywanych ruchów i łączyć go z rytmem wyobrażeń, przede wszystkim tyczących prawidłowego funkcjonowania organów ciała.
  5. Rytmiczne oddychanie, połączone z ruchem wyobrażeń przeciwległych, po sobie następujących, stanowi zasadnicze ćwiczenie wyobraźni i woli, które można uprawiać bez ograniczeń, osiągając przez to coraz większe siły i zdolności.
  6. Każde przezwyciężenie pokus niewstrzemięźliwości, od ciała pochodzących, wzmacnia wolę, podnosi ducha i wyzwala jaźń, a każde ustępstwo pożądaniom ciała osłabia wolę, przygnębia ducha i więzi jaźń. W miarę, jak odróżniamy czystą jaźń od wszystkiego, co ją zewnętrznie ukrywa i od wszystkiego, co przez nią przepływa, do niej nie należąc, rośnie wiara w siebie, a z wiarą i wola wyrasta.
  7. Rozwinięta wiara i wola nie mają granic dla swego działania, w każdym razie mogą ciało nasze zupełnie przerobić i doprowadzić do nieznanej w powszednim życiu doskonałości. Jaźń uświadomiona, wyzwolona od ucisku ciała, panująca nad nim, gdy zdobędzie doskonałą czystość, najwięcej wyróżniająca człowieka od wszystkich zwierząt, sama przez się osiąga wielką wiedzę i  potęgę. Stopniowe opanowanie wszelkich ruchów i prądów wewnętrznych prowadzi do władzy nad światem zewnętrznym o wiele prędzej i pewniej niż badanie zjawisk zewnętrznych.
  8. Do tego celu dochodzi się przez ustawiczne ćwiczenie, a można tak ćwiczenia podzielić, aby ich następstwo nie powodowało żadnego zmęczenia, jeśli przeplatać ćwiczenia czynne ćwiczeniami doskonałego wypoczynku, zawsze świadomie kierując każdym stanem duszy i ciała. Równie ważne jest umieć na czas jakiś wygnać wszelką myśl i wszelkie uczucie ze świadomości, jak umieć skupić całą uwagę na jednej myśli lub na jednym dążeniu.
  9. Zadowolenie i szczęście, jakie daje opanowanie ciała, zdobycie wiedzy i potęgi możliwej tylko przy czystości i wstrzemięźliwości, jest nieskończenie większe niż wszelkie zadowolenie, pochodzące od ciała, ujarzmiające jaźń. Szczęście wyzwolonej jaźni jest jedynym szczęściem rzeczywistym, bo zapewnia doskonały spokój na całą wieczność.
Te proste zasady stanowią podstawę wszystkich ćwiczeń. Same ćwiczenia można urozmaicać do nieskończoności, wymyślając coraz to nowe. Taka pomysłowość rychło się zjawia po starannym przyswojeniu sobie ćwiczeń wskazanych. Ogólne zasady trzeba pojąć i w życie wprowadzić, a do tego najważniejszym środkiem jest przeświadczenie o prawdziwości ostatniej tezy. Każde ustępstwo, jakie ciału uczynimy, mści się na duchu – bo wszystko przez Ducha i dla Ducha stworzone jest, a nic dla cielesnego celu nie istnieje.

Próżno ludzie sobie perswadują, że filiżanka herbaty lub kawy, kieliszek wina, pocałunek osoby nie kochanej – są niewinnymi przyjemnościami. Tu nie ma kompromisu. Albo ciało, albo duch przeważa. Jeśli wierzymy w szczęśliwość wiekuistą ducha i dążymy do niej, to nie wolno jest dogadzać ciału. Kto kocha ducha, nie może lubować się ciałem. Kto dąży do najwyższego szczęścia, nie zadowoli się niższymi rozkoszami. Kto chce wejść na szczyt góry, nie schodzi bez potrzeby w doliny.

Tutaj walka musi być bezwzględna i taka jest zawsze, ilekroć ktoś naprawdę pojął cel, ilekroć ktoś skosztował choć raz wyższych zadowoleń ducha. Prawda ta bywa często przyćmiona przez obcowanie z niewolnikami ciała i czytanie ich pism. Ale kto stale obcuje z czystymi ludźmi i czyta pisma wielkich duchów, temu słońce prawdy stale świeci i nie kryje się za chmurami przesądów, namiętności, pożądań, oburzeń, gniewu, lenistwa, pychy, zazdrości.

Wielu tęskni do nieba i nie wie, jak się do niego dostać. Wielu jest takich, co pragną dobra, lecz czują się dożywotnio skazani na zło. Wiele położeń jest na pozór bez wyjścia. W tych wszystkich wypadkach ćwiczenia oddychania, połączone z modlitwą, medytacją i kontemplacją są cudowną nitką Ariadny, prowadzącą na swobodę z labiryntu ludzkich udręczeń. A gdy raz uchwycimy tę nitkę, możemy na niej wciągnąć sznurek nieco grubszy do wieży, w której jesteśmy osadzeni, a za pomocą sznurka linę, która utrzyma ciężar cały naszego ciała. Nie ma innych możliwych ćwiczeń, które by można uprawiać tak ustawicznie, jak te najłatwiejsze i najprostsze z ćwiczeń woli. One dadzą spokój, dadzą siły i natchnienie, które wskaże drogę wyjścia z najgorszej matni.

Wprowadźmy rytm do życia – wnet zapanuje w nim harmonia. „Któż za skłamaną między ludźmi sławę, odda prawdziwą moc ruszania światem przez Bożą siłę i przez Bożą sprawę?" – mówi Słowacki w Królu Duchu i powie za nim każdy, co tylko usiłuje zdobywać Boże siły dla tej Bożej Sprawy, która jest szczególnieszym zadaniem naszego narodu. Tędy droga nie tylko do fizycznego i moralnego odrodzenia, lecz także do wszelkiej najszerzej pojętej i wszystkie dziedziny przenikającej niepodległości.



X. POSTY.

Po osiągnięciu za pomocą powyżej opisanych ćwiczeń wyzwolenia z ciężkiej chronicznej niemocy, trwającej od 1898‑go do 1905‑go roku, rozpocząłem bardzo intensywną pracę, a choć już nie zapadałem nigdy na periodyczne prostracje, szukałem sposobów, aby zwiększyć intensywność życia. To mnie doprowadziło w roku 1907 do przedsięwzięcia dłuższego postu, podczas pobytu w Anglii nad morzem, w Torquay, przed wyjazdem do Ameryki, gdzie miałem wykładać w Lowell Institute w Bostonie.

Od tego czasu przez szesnaście lat z rzędu odbywałem dłuższe posty na wiosnę, od kwietnia do lipca, tak że co roku najmniej 60 dni pozostawałem bez żadnego jedzenia, poszcząc po kilkanaście dni z rzędu, na przemian z kilkudniowym jedzeniem. Odbyłem w ten sposób w ciągu szesnastu lat sto kilkadziesiąt postów, trwających od kilku do kilkunastu dni. To mi dało rozległe doświadczenie w zakresie postu i przekonałem się, że proste zaniechanie jedzenia jest najskuteczniejszym środkiem dla wzmocnienia energii umysłowej i duchowej. Łatwość przejścia od jedzenia do postu i odwrotnie wzmaga się w miarę, jak kto nabiera wprawy w poszczeniu. Dla kogoś należycie wyćwiczonego post nie tylko nie jest przykry ani trudny, lecz daje poczucie dziwnej lekkości i czystości wewnętrznej, osobliwą radość życia nieznaną ludziom, którzy się regularnie odżywiają.

Aby ten cel osiągnąć, trzeba stopniowo bez nadmiernego wysiłku ćwiczyć się w zaniechaniu jedzenia. Kto chce takie próby rozpocząć, powinien przede wszystkim dbać o to, aby już przed rozpoczęciem postu mieć kiszkę stolcową dosyć wolną od kału, gdyż inaczej w czasie postu kał, pozostający w kiszkach, zatruwa organizm i powoduje niemoc, a także chorobliwy apetyt.

Dopóki się odbywa trawienie w żołądku, kał z kiszek bywa wydzielany na zewnątrz i nie przenika do krwi. Ale, gdy zawiesimy czynność żołądka, ustaje mechaniczna pobudka wydzielin i rozpoczyna się trujące chemiczne oddziaływanie kału na organizm. Toteż przed pierwszym postem należy w ciągu 3‑4 dni brać lekko przeczyszczające ziółka lub wody mineralne, a w wigilię postu zacząć gruntowne przemywanie kiszek, wprowadzając do odbytu najpierw małe ilości wody (pół litra) na przemian zimnej i tak gorącej, jak tylko można wytrzymać (do 50°C), aby pobudzić wydzielanie kału. Gdy woda odchodzi czysta i niezabarwiona po kilku irygacjach półlitrowych, należy stopniowo powiększać ilość wody wprowadzanej do kiszek, aż do czterech litrów na raz. Ilość wody, którą można wprowadzić, bywa różna, i trzeba się wystrzegać wszelkiego nadmiernego wysiłku.

Najlepiej mieć w łazience irygator, który za pomocą prostego urządzenia daje się opuszczać lub podnosić, aby stopniowo zwiększać lub zmniejszać ciśnienie wody. Zatrzymanie w kiszkach większej ilości wody zależy też od pozycji ciała. Leżąc na boku na ławce tak urządzonej, aby do wypróżnienia nie trzeba było wstawać, można najdłużej wytrzymać największą ilość wody, co ułatwia skuteczne opróżnienie kiszek. Alternacja wody zimnej i gorącej pobudza ruch kiszek i ułatwia usunięcie bardzo dawnego stwardniałego kału, który często znajduje się w kiszce stolcowej i w dalszych kiszkach.

Miarą oczyszczenia kiszek jest zabarwienie wody odchodzącej, która po pięciu lub sześciu lewatywach bywa zupełnie przezroczysta. Przemywszy najdokładniej kiszki w wigilię postu, nie trzeba zaniedbać codziennego przemywania kiszek w czasie postu, gdyż co dzień tworzy się nowy kał w kiszkach, nawet po kilkunastu dniach postu. Dopiero po licznych postach i przy bardzo starannym żuciu jedzenia można się nauczyć tak szybkiego oczyszczania kiszek, że jedno lub dwurazowe przemycie co dzień, lub raz na półtora dnia, lub później nawet raz na dwa lub trzy dni, wystarczy.

Miarą postępu w tym względzie jest samopoczucie poszczącego. Jeśli czuje się słabym, ociężałym lub, co najgorsza, głodnym, to jest wyraźną wskazówką zatrucia zawartością kiszek i w takich razach najlepiej jest post przerwać, jeść przez kilka dni pokarmy pobudzające działalność kiszek i nadające się do najdokładniejszego przeżuwania, jak np. ryż, kasze i owoce, szczególnie figi, przemywać kiszki co dzień i dopiero po należytym ich przeczyszczeniu znów post wznowić.

Post tylko wtedy będzie skutecznym, jeśli sprawi wyraźne zadowolenie pacjentowi. Przy prawdziwym poście nie czuje się wcale głodu ani zmęczenia, ani ociężałości, można swobodnie używać wiele ruchu, nawet po kilkunastu dniach postu. Kto czuje się źle poszcząc, ten nie powinien pościć. Kto jest głodny, ten powinien jeść. Jeśli ktoś walczy z pokusą jedzenia, przemaga się, cierpi przy tym, zazdrości jedzącym, to nie zna prawdziwego postu jako ćwiczenia psychofizycznego, dającego samopoczucie rześkości, wzmożonej jasności i energii myśli, zdolność do pracy.

Przyczyny postów nieudanych tkwią głównie w zanieczyszczeniu kiszek i w mylnych wyobrażeniach o stosunku pożywienia do żywotności. Ogół ludzi ma zupełnie mylne wyobrażenie, jakoby siły zależały od ilości pokarmów, gdy w rzeczywistości zależą od ich asymilacji. Nadmiar pożywienia utrudnia asymilację i wytwarza ociężałość.

Gdy posty się nie udają, a chcemy koniecznie poznać nadzwyczaj miły stan wewnętrzny prawdziwego postu, czyli zupełnego wypoczynku organów trawienia, można się do tego przygotować przez kilka miesięcy doskonałego przeżuwania wszelkiego jadła przy takim wyborze pokarmów, który to doskonale przeżuwanie ułatwia, za wyłączeniem pokarmów zwierzęcych, których włókna trudno jest zmienić w ustach w jednolity płyn jak to czynimy z jarzynami, owocami, kaszami i nabiałem. Przy doskonałym przeżuwaniu trzeba wstrzymać się od połykania jadła i żuć każdy kąsek tak długo, aż się zupełnie w ustach rozpłynie, pomimo usiłowań, żeby najdłużej pokarm w ustach zatrzymać i doskonale go ze śliną przemieszać. Płynne pokarmy, jak np. mleko trzeba także ssać powoli i poddawać działaniu śliny w ustach. Po kilku miesiącach takiego jedzenia kał utraci przykry zapach i wtedy łatwiej będzie zupełnie oczyścić kiszki przy rozpoczęciu postu.

Podczas postu należy pić obficie wodę zimną lub gorącą, najlepiej destylowaną. Dla początkujących stanowi bardzo wielkie ułatwienie picie słodzonej herbaty lub kawy, przy czym należy napój ssać powoli, nie połykając na raz tyle, ile zwykle się połyka. Kto się nauczy pościć dłużej z pomocą takich środków podniecających, ten łatwiej przejdzie do zupełnego postu. Herbata i kawa mniej podniecają przy poście niż gdy stanowią dodatek do jedzenia. Będąc bardzo wrażliwym na te napoje doświadczyłem, że w czasie postu one mi snu nie odbierają. Lecz post przy używaniu kawy, herbaty i cukru nie jest zupełnym postem i nie daje prawdziwego wypoczynku organom trawienia. Można go uważać tylko za ćwiczenie przejściowe, które ułatwia dzięki sztucznemu podnieceniu zrozumienie, że można się bez jedzenia obejść przez czas dłuższy. Kto się wyzwoli od uprzedzenia rzekomej konieczności codziennego odżywiania, ten pozyskuje warunki dla rozpoczęcia prawdziwego postu, dającego zupełne zadowolenie.

Stan postu, czyli zawieszenie jednej z najpospolitszych czynności organizmu, jest odrębnym zupełnie stanem świadomości, dającym osobliwe samopoczucie zwiększonej niezależności od świata zewnętrznego. Ale podobnie jak zaniechanie ruchu ciała nie jest snem, tak samo zaniechanie odżywiania nie jest jeszcze postem, dopóki nas trapi chęć lub potrzeba jedzenia. Dlatego ci, którzy postu prawdziwego nie znają mawiają, że się głodzą i posty nazywają głodówkami. Kto naprawdę śpi, ten nie jest wrażliwy na wrażenia zewnętrzne. Podobnie kto naprawdę pości, ten nie zna głodu.

Jest bardzo wielkim błędem z góry sobie postanawiać pewną ilość dni postu. Trzeba się tu kierować czujną obserwacją stanu organizmu i nie wstydzić się powrotu do jedzenia, gdy post się nie udał. Rzadko komu może się udać prawdziwy post od pierwszej próby. Najczęściej trzeba wielu nieudanych prób, nim się osiągnie prawdziwy stan postu, nacechowany brakiem wszelkiego głodu i zwiększoną rześkością cielesną i umysłową. 

Celem postu nie jest tylko polepszenie zdrowia, pozbycie się choroby, oczyszczenie krwi, choć to wszystko przez post się osiąga. Daleko ważniejszym celem postu jest zdobycie sobie – przez uniezależnienie ciała od wpływu przemożnego odżywiania i trawienia – takiej jasności ducha, która ułatwia rozstrzyganie teoretycznych i praktycznych zagadnień życiowych. Jasność myśli i łatwość decyzji moralnych są najcenniejszymi skutkami postu.

Gdy w zwykłych okolicznościach pospolitego życia nastręcza się jakaś poważna trudność bądź teoretyczna, bądź praktyczna – czyli bądź trudność zrozumienia czegoś, bądź trudność decyzji co do czynu, to dłuższy post jest najskuteczniejszym środkiem przezwyciężenia takich trudności. Wątpliwości się rozpraszają, zdobywamy jasność myśli i postanowień, gdy się wyzwolimy choć czasowo od tej zależności, jaką potrzeba jadła stanowi.

Ale na tym nie kończy się działanie postu. Głęboka prawda tkwi we wzmiance, którą napotykamy w Ewangelii, że Chrystus apostołom, którzy nie umieli wygnać złego ducha objaśnił, że tylko postem i modlitwą można to uskutecznić (Math. XVII. 20‑21, por. Mark. IX, 29). Choć w protestanckich wydaniach ten ustęp bywa opuszczany, to nie ma racji wątpić o jego autentyczności, gdyż post jest wielokrotnie zalecany w Starym Testamencie w Aktach Apostolskich i w Listach św. Pawła. Podobnie jak w chrześcijaństwie, także w innych religiach posty są zalecane jako najskuteczniejszy środek zbliżający człowieka do Boga, wyzwalający go z niewoli ciała.

Chrystus pościł przez czterdzieści dni, a doznał głodu dopiero po zakończeniu tego postu. Rzecz to bardzo dziwna, że niezmiernie rzadko wśród chrześcijan spotykamy naśladowanie Chrystusa pod tym względem. A jednak nic łatwiejszego jak zaniechać na czas krótszy lub dłuższy odżywiania się. Jeśli ktoś bacznie śledzi za objawieniami wewnętrznymi instynktu samoleczniczego, to zawsze spostrzeże dni, a nawet tygodnie, gdy się nie ma skłonności do jedzenia. O ile tę wskazówkę instynktu uszanujemy i zaczniemy post wtedy, gdy się nie chce jeść, zamiast się zmuszać do jedzenia, to bez najmniejszej przykrości nauczymy się pościć i wielce skorzystamy na zdrowiu.

Znaczenie postu i skuteczność tego ćwiczenia zależy wielce od intencji, z jaką post przedsięweźmiemy. Gdy chodzi o usunięcie jakiejś teoretycznej lub praktycznej wątpliwości, a po kilku lub kilkunastu dniach postu przyjdzie jasność wewnętrzna, dająca nam zupełne zadowolenie, to zyskamy zwiększone zaufanie do postu. Gdy wypróbujemy posty jako środek ułatwiający trudne decyzje teoretyczne lub praktyczne, będziemy przygotowani do użycia postu jako środka powiększającego nasz wpływ na cudzą wolę. W starciach między ludźmi decydującą jest cicha siła woli, zniewalająca otoczenie do uległości. Otóż ta siła przez post wzrasta i człowiek wyzwalający się od potrzeby codziennego jedzenia wzmaga swój wpływ na myśli i uczucia innych ludzi. Gdy post jest przedsięwzięty na intencję określonego skutku, polegającego na wpływie naszej woli na cudzą wolę, a skutek ten zostanie osiągnięty, znów zaufanie do postu i skuteczność postów wzrasta. Potem najskuteczniej możemy pokonać nie tylko nałogi i namiętności własne, ale także cudze.

Tych prawd nie można nikomu inaczej udowodnić, jak doświadczeniem. Na to, żeby to doświadczenie było przekonujące, trzeba się wystrzegać rozgłaszania intencji naszych postów przed osiągnięciem skutku, bo przez to budzimy opór nie tylko tych, na których działać pragniemy, ale także innych ludzi, mających uprzedzenie do tego rodzaju działań. Skuteczność postu na pewną intencję jest uznana w tradycji religijnej powszechnej i jest jednym z wielkich pewników życia duchowego. Wiara ta razi materialistów lub niedowiarków, którzy nie są w stanie zrozumieć związku między wyrzeczeniem się jadła przez jedną osobę, a pozyskaniem przez tę osobę wpływu na wolę innych ludzi. Jednak ten związek jest dosyć jasny, jeśli uznamy, że nasze cielesne potrzeby i pożądania pochłaniają część naszych sił żywotnych, a przez stłumienie tych potrzeb i pożądań pozyskujemy rozporządzalną siłę do działania w innym kierunku.

Podobnie także działa stłumienie zmysłowości płciowej w czynach i myślach, które stanowi także rodzaj postu, choć tutaj chodzi o potrzeby mniej pilne i bezwzględne niż bywa potrzeba jedzenia. Człowiek czysty oszczędza ogromny zapas sił psychofizycznych, które bywają marnowane przez nieczystość. Życie w czystości wzmaga wolę i zbliża człowieka do Boga. Ale podobnie jak post, także czystość prawdziwa nie jest jakąś próżnią czy brakiem, czy zaprzeczeniem czegoś, tylko pozytywnym doświadczeniem takiego stanu ducha, wobec którego znika pożądanie zadowoleń płciowych.

Ta pozytywność postu, radość i siła, jakie post daje, nie są skutkiem i owocem zaniechania jadła, tylko wręcz przeciwnie, zaniechanie jadła jest zewnętrzną oznaką takiego stanu świadomości, przy którym jadło staje się zbytecznym, a nawet szkodliwym. Dlatego nie można się prawdziwego postu nauczyć przez wysiłki negatywne i nie należy pościć, gdy się jest głodnym. Chrystus na pustyni przez czterdzieści dni głodu nie czuł i dopiero osiągnąwszy cel doznał głodu.

Więc prawdziwy post można zacząć najskuteczniej, gdy się ma taką pobudkę duchową, która usuwa zwykłą potrzebę jedzenia. Naczelną pobudką duchową do postu jest potrzeba zrozumienia samego siebie, swego położenia życiowego i swego stosunku do Boga. Ta potrzeba prawdziwego głębokiego skupienia, wyjścia z doczesnych ograniczeń wyraża się w obojętności wobec własnego ciała i jego pożądań, a taka obojętność dochodzi nawet do tego, że się staje wyraźnym wstrętem. Wtedy pościmy bez głodu i osiągamy istotne cele postu.

Ilekroć w ciągu tych ćwiczeń głód się pojawi, należy go zadowolić, z tym jedynie zastrzeżeniem, by doskonale przeżuwać każdy kąsek jadła i nawet płynów nie połykać, tylko ssać je w ten sposób, żeby każdą kroplę najdłużej w ustach zatrzymać, aż się sama rozpłynie bez czynnego aktu połykania. Wtedy głód rychło przeminie i będzie można nowy post rozpocząć, aż się intencję postu osiągnie.

Częstokroć uważamy za głód to, co nie jest istotnym głodem, tylko uprzedzeniem umysłowym co do koniecznej potrzeby jadła, lękiem przed oczekiwanym osłabieniem wskutek postu lub ciekawością wrażenia, jakie uczyni jadło po poście. Trzeba te wszystkie czynniki odróżniać od głodu i tylko wobec istotnego głodu post przerywać, bo głód jest wiarygodnym instynktem ciała, domagającego się zaspokojenia potrzeby.

Trudno jest pojęciowo prawdziwy głód określić, bo jest to fizjologiczne doświadczenie, którego trzeba doznać, by je zrozumieć. Pewną wskazówkę może stanowić spostrzeżenie, że czujemy głód nie w żołądku ani w kiszkach, lecz w ustach i gardle. Prawdziwy głód nie jest pożądaniem jakiegokolwiek bądź jadła w ogóle, tylko pewnego określonego jadła, które działa na nasze zmysły lub wyobraźnię.

Są jeszcze inne wskazówki, które ułatwiają ocenę, kiedy należy zakończyć post. W czasie postu normalnie język jest obłożony pokładem wydzielin, które ustają, gdy się zaczyna jeść, a także gdy się zbliża prawdziwy głód. Obłożenie języka wzrasta zwykle w czasie postu do pewnego punktu, potem stopniowo się zmniejsza i nareszcie, gdy te wydzieliny o przykrym zapachu ustaną, język i podniebienie przybierają barwę różową, cechującą zdrowie; wtedy dopiero zjawia się także prawdziwy głód. Większość ludzi przechodzi przez życie nigdy nie doznawszy tej nadzwyczajnej rozkoszy, jaką daje zaspokojenie prawdziwego głodu, bo zawsze jedzą nie czekając na głód i narażają się na ciągły szereg niestrawności.

Wydzieliny widoczne na języku i w gardle podczas postu zarazem występują na wewnętrznych błonach niedostępnych obserwacji bezpośredniej i powodują charakterystyczny zapach oddechu poszczących, robiący wrażenie gnijącego mięsa polanego chloroformem. Ten zapach typowy, łatwy do rozpoznania, także ustępuje przed pojawieniem się prawdziwego głodu i wtedy ma się czysty język i gardło, a także czysty oddech. Gdy to nastąpi po dłuższym poście, najlepiej ograniczyć się przez dwa dni do płynnych pokarmów w niewielkiej ilości, a potem także hamować dosyć powszechną skłonność u poszczących do nadmiernego jedzenia. Organy trawienia po dłuższym odpoczynku wymagają pewnego czasu, aby wznowić swoje działania stopniowo, a jeśli nagle obciążymy żołądek nadmiarem jedzenia, to tracimy korzyści wypływające z postu.

Ta techniczna, fizjologiczna strona postów nie powinna nam zasłaniać ich głębszego duchowego znaczenia. Post oczyszcza ciało od nagromadzonych w nim nieczystości, ale te nieczystości działały nie tylko na ciało. One utrudniały tak dalece życie ciał, że tłumiły ducha. Post wyzwala ducha z tego ucisku i pozwala jaźni być sobą. W ten sposób zarazem wzrasta wpływ ducha na ciało, bo jaźń która się wyzwoli od przewagi ciała, wnet pozyskuje władzę nad ciałem. Skupienie myśli i woli w kierunku przeobrażenia i przebudowania ciała najłatwiej osiągnąć podczas postu, gdy post jest prawdziwym postem, a nie tylko powstrzymywaniem się od jedzenia.

Tak przywykliśmy uważać jedzenie za konieczny warunek utrzymania się przy życiu, że trudno jest bardzo zdobyć się na zrozumienie tego prawdziwego stanu postu, czyli samowystarczalności ciała przy podniesieniu ducha, inaczej niż jakby post polegał głównie na zaniechaniu jedzenia. Przy prawdziwym poście zaniechanie jedzenia żadnej roli nie gra, gdyż się o jedzeniu wcale nie myśli. Jest to stan ducha odrębny, pozytywny, radosny, dający intensywne zadowolenie. Kto się głodzi za radą lekarza, ten tego stanu wcale nie zna. Prawdziwy stan postu wymaga natchnienia i wzmaga zdolność do przyjmowania natchnień. Lepiej sto razy próbować postu na próżno i nieudany post przerywać niż łudzić się, że wytrzymanie dłużej lub krócej bez jadła jest tym prawdziwym stanem postu.

Właściwie, aby tego stanu doznać, trzeba motywów duchowych i sama chęć odzyskania utraconego zdrowia nie wystarcza. Trudno jest wskazać drogę, wiodącą do tego duchowego doświadczenia, które zaczyna się od zaniechania jedzenia, lecz nie kończy się na tym. Można tylko szukających drogi upewnić, że istnieje taki stan świadomości, w którym człowiek pokornie szukający światła i sił dochodzi do pełni zrozumienia samego siebie, i poznania środków do celu wiodących. Zewnętrzną cechą tego stanu jest zaniechanie jadła i zupełna wolność od pokus nieczystości, a zarazem doskonałe zdrowie cielesne. Środkiem zaś głównym, który ułatwia zdobycie takiej pełni życia i wszechmocy woli jest modlitwa.



XI. MODLITWA.

Wszystkie ćwiczenia powyższe są tylko wstępem i przygotowaniem do skupienia ducha potrzebnego dla prawdziwej modlitwy. Kto by zaś miał wrodzony dar modlitwy, ten żadnego innego ćwiczenia by nie potrzebował, bo modlitwa uchroniłaby go od wszelkich błędów, które ciało i ducha osłabiają.

Podobnie jak o poście, także mylne wyobrażenia są rozpowszechnione o modlitwie. Odmawianie pacierzy bywa zaledwie środkiem pewnego skupienia myśli, zwalczenia roztargnienia, lecz nie jest prawdziwą modlitwą. Takie ciągłe żebranie u Boga pewnych korzyści lub przyjemności modlitwą nie jest. Bóg sam wie czego nam potrzeba i daje nam zawsze hojnie więcej niż nam się należy.

Jeśli prosimy o światło, to wyrażamy właściwie pokorną gotowość przyjęcia tego światła, jakiego Bóg nam nigdy nie odmawia. Prosząc o siły, wyznajemy naszą słabość i oświadczamy chęć ulegania woli Bożej, która jest źródłem sił istotnych dla sług Bożych. Błagając o radość, wyznajemy grzech smutku, który wynika z braku wiary. Boże oświeć, Boże wzmocnij, Boże rozraduj! – to są jedyne prośby i wezwania, które warto kierować ku Bogu prócz treści modlitwy Pańskiej, przez samego Chrystusa wskazanej, której głębokie znaczenie uwydatnił narodowi polskiemu August Cieszkowski.

Ale modlitwa istotna nie tylko na prośbach polega. Modlitwa jest obcowaniem z Bogiem, a Bóg jest przy nas obecnym, gdy z nami obcuje. Więc to, co my mamy do powiedzenia Bogu, to stanowi zaledwie drobną cząstkę obcowania z Nim. Wszak, gdy obcujemy z mądrym i zacnym człowiekiem, to nie udręczamy go prośbami i wymaganiami naszymi, tylko radzi jesteśmy usłyszeć od niego to, co nam powie. Tym bardziej w obcowaniu z Bogiem daleko ważniejszy jest głos Boży, gdy go człowiek rozumie, niż głos człowieka, który nic Bogu nowego nie powie. Ale ogół modlących się ma Boga za niemowę, a jednak wbrew zwykłemu ludzkiemu doświadczeniu, wymaga czujnego słuchu od tego niemego Boga. Bóg nie jest bynajmniej głuchoniemym, ani niemym, i zawsze odpowiada tym, co do niego z głęboką tęsknotą ku Królestwu Bożemu na Ziemi wołają.

Pozorna nieskuteczność wielu modlitw polega na tym, że ludzie nie chcą głosu Bożego słuchać i nawet nie chcą uwierzyć w możliwość usłyszenia tego głosu. Nie stają oni przed Bogiem jako wierni słudzy gotowi do poświęceń i ofiar, tylko jako żebracy, chciwi łask niezasłużonych. Żaden wielki pan z żebrakami nie wdaje się w rozmowę, ale najwięksi panowie ludzcy chętnie rozmawiają z wiernymi i pożytecznymi sługami.

Więc pierwszym warunkiem, aby sobie słuch otworzyć na głos Boży, jest wierna służba Bogu, ścisłe pełnienie jego przykazań i świadome dążenie do królestwa Bożego. Człowiek, który od rana do wieczora dzień uczciwie spędzi, w każdej chwili pamiętając o wszechobecności i wszechmocy Bożej, zawsze zastanawiając się, co stanowi wolę Bożą, nie szukając własnej korzyści ani zysku, lecz przybliżenia królestwa Bożego – taki sługa Boży, gdy wieczorem uczyni rachunek sumienia i kornie przeprosi Pana nad Pany za wszystkie swe zaniedbania – taki wierny sługa Boży rychło się nauczy słyszeć głos Boży i rozumieć go.

Ale na to, by głos Boży przeniknął do ludzkiej świadomości, trzeba z niej usunąć wszystko, co tłumi czysty ton Bożego natchnienia, przede wszystkim wszelką próżność i ambicję władzy jakiejkolwiek nad innymi. Dalej wszelką nieczystość i chciwość zysku. Trzeba się wyrzec wszelkich osobistych zachcianek i usilnie pytać Boga o Jego wolę.

Trzeba usiłować pojąć i wyobrazić sobie to królestwo Boże, do którego tęsknimy i takie przeobrażenie Ziemi, aby na niej działa się powszechnie wola Boża, jak w niebie. Gdy w tej postawie staniemy przed Bogiem i wyobrazimy sobie najlepszego, najmędrszego i najpotężniejszego ojca, który nas do życia powołał – wtedy dopiero Bóg do nas przemówi, a głos jego nie z daleka i z wysoka ku nam płynąć będzie, lecz z głębi naszej własnej duszy.

Dopiero takie obcowanie z Bogiem, przyjmowanie jego nauki, jest prawdziwą modlitwą. Ma się ona tak do klepania pacierzy, jak prawdziwy stan radosny postu do jęków i narzekań głodomorów, którzy wstrzymują się z trudem od jedzenia z rozkazu lekarza, lecz cały dzień o jedzeniu myślą i do jedzenia tęsknią, licząc dni swojej, tak zwanej w Kosowie, głodówki. Taka głodówka przymusowa nie jest prawdziwym postem, a żebranina łask nie jest modlitwą prawdziwą. W prawdziwym stanie modlitwy, gdy usłyszymy głos Boży, niczego nie pragniemy, bo w takiej chwili wszystko mamy o czym tylko marzyć mogliśmy i mamy więcej niż kiedykolwiek śmieliśmy pragnąć.

Takie obcowanie z Bogiem dopiero potęguje wolę ludzką do napięcia cudu. Już samo obcowanie człowieka marnego z najwyższą istotą jest cudem, ale cud ten staje się źródłem wielu innych cudów w naszych codziennych zadaniach, spotkaniach i poczynaniach.

Umiejętność skutecznej modlitwy zależy od całego moralnego i duchowego stanu człowieka. Różnice w tym zakresie bywają ogromne między różnymi ludźmi i każdy wśród nas zaczyna życie już z pewnym w tej mierze uzdolnieniem, które zależy od przeszłości jaźni. Ale gdy inne uzdolnienia wrodzone trudno jest ponad pewną miarę rozwinąć, to uzdolnienie do modlitwy każdy człowiek może w ciągu jednego swego żywota doprowadzić do stopnia Świętości, jeśli postanowi sobie żyć w obliczu Boga i ustawicznie będzie w każdym czynie usiłował postąpić zgodnie z wolą Bożą.

Modlitwą staje się wówczas każdy czyn w ten sposób pojęty jako spełnienie woli Bożej. Przy takim dążeniu wszelka praca staje się modlitwą i wtedy całe życie jest jednym nieprzerwanym aktem modlitwy. Podobnie jak posty bywają z początku nieudane, gdy je głód przerywa, tak samo usiłowania modlitwy bywają przerywane przez roztargnienia i pokusy. Ale kto wytrwa, tego Bóg nie odtrąci nigdy. Tylko nie przypisujmy Bogu, co ma z nami czynić. On sam to wie najlepiej.

W każdym szczególe codziennych obowiązków zachodzi wielka różnica między zwykłym postępowaniem przeciętnego człowieka – a działaniem w obecności Boga. Jeśli dziecko budzi matkę ze snu, a ona sądzi, że ma tylko z tym dzieckiem do czynienia, to może się trafić, że rozgniewa się na dziecko za to, że jej sen przerwało i odezwie się do dziecka z niechęcią, nawet wypominając mu jego istnienie i zapominając o własnym swym dobrowolnym udziale w powołaniu go do ludzkiego życia. Lecz jeśli matka uwierzy, że Chrystus na nią patrzy, że Chrystus jej słucha, to nie ośmieli się bluźnić. Wtedy kwilenie niemowlęcia będzie dla niej próbą Bożą jej czujności, i chętnie zmęczenie swe przezwycięży, by dziecku służyć, a przez to zbliżyć siebie do wszechobecnego Boga i swe uzdolnienie do modlitwy wzbogacić.

Podobnie, gdy pamiętamy na obecność Bożą lub choćby któregokolwiek z wielkich sług Bożych przy pełnieniu najzwyczajniejszych obowiązków domowych, czynności pospolite nagle zyskują nadzwyczajny urok nadprzyrodzonej służby Bożej. Bóg jest świadkiem wszystkich naszych czynów, a świadek to nieobojętny. Wyobraźmy sobie np. wiec akademicki, na którym ścierają się różne grupy słuchaczy, przy czym często dla obrony pewnego kierunku występuje obmowa przeciwników. Jakże innym byłby przebieg obrad, gdyby wszyscy wiedzieli z pewnością, że Bóg ich słucha!

Nasi przodkowie ustanowili jednomyślność sejmowych postanowień, bo mniemali, że Duch Święty głosy pogodzi. Wszelkie obrady ludzkie, które zwykle bywają tak bezpłodne i szare, mogłyby łatwo zmienić zupełnie swój charakter, gdyby wszyscy uczestnicy wiedzieli, że sam żywy Chrystus jest świadkiem i sędzią tego, co każdy z nas mówi. A chodzi tu przecież nie o jakieś urojenie, lecz o najniewątpliwszy pewnik wiedzy ludzkiej filozoficznej i religijnej. Wszyscy najwięksi mędrcy i prorocy nam świadczą, że Bóg jest świadkiem i sędzią tego, co mówimy i czynimy. Uznając tę prawdę i stosując ją do codziennego życia, przemieniamy ciężką pracę w radosną modlitwę.

A gdy się dobrze nauczymy modlić czynem, to będziemy przygotowani także do modlitwy słowem i myślą. Na takiej modlitwie mijają godziny, jak jedna chwila i powoli zaczynamy coraz to lepiej rozumieć niezbadane dotąd wyroki Boże. Każde zdarzenie powszechnie rozważane wobec Boga nabiera głębszego sensu i znaczenia, a im usilniej szukamy światła Bożego, tym lepiej rozumiemy naszych bliźnich. Im lepiej ich rozumiemy, tym goręcej ich kochamy, współczując wszelkiej nędzy materialnej, moralnej i umysłowej. A w miarę, jak Bóg nas uczy kochać bliźnich i nawet naszych wrogów, otrzymujemy trafne natchnienia, jak się stopniowo wydobywać z tej otchłani nędzy i niemocy, do której nas i bliźnich wtrąciły nasze błędy i grzechy.

Cechą najistotniejszą życia chrześcijańskiego jest ustawiczna modlitwa czynem, słowem i myślą. Taka modlitwa wzmaga świadomość obecności Bożej i uczy nas czerpać siły z wszechmocy Bożej. Ona zastępuje skutecznie wszelkie inne ćwiczenia i otwiera nam życie pełne radości. Zdarzenia, które ogół przerażają, bywają dla sługi Bożego często pełnymi głębszego znaczenia, rokującego najlepsze nadzieje. Męki niewinnych ofiar rewolucji społecznych ukazują się w nowym świetle jako najskuteczniejsze lekarstwa na choroby ludzkości.

Aby wejść na tę cudowną drogę objawień, trzeba zacząć od częstych wysiłków wyobrażenia sobie Chrystusa jako świadka i sędziego naszych czynów. Takie wyobrażenie wpłynie na charakter tych czynów i ułatwi nam postępowanie zgodne z wolą Bożą, które jest najlepszym przygotowaniem do rozmowy z Bogiem, ukazującej nam plany Boże i ułatwiającej nam czynny udział w wykonaniu tych planów.

Bóg żyje i działa ustawicznie w duszach wiernych sług swoich, którzy zechcą zastosować swe życie do tej przez nich wcześniej upragnionej, a potem stale odczuwanej obecności Bożej. Jeśli prawdą bywa w stosunkach ludzkich, że z kim kto przestaje, takim się staje, to tym bardziej przestawanie z Bogiem, prawdziwa modlitwa przeobraża człowieka i prowadzi go do uczestnictwa we wszechmocy i wszechwiedzy Bożej.



XII. SŁUŻBA BOŻA.

W zwykłym życiu odróżniamy stan cywilny każdej jednostki. Inne jest życie panieńskie, niż życie małżeńskie, a od panny lub mężatki różni się wdowa całą swoją sytuacją życiową. Podobnie różni się stan świecki od stanu zakonnego i kapłańskiego. Te różnice stanów dotyczą całego charakteru życia, obejmującego liczne szczegóły i stosunki. Także odróżniamy stan jawy od stanu snu. Człowiek śpiący żyje, myśli, czuje a nawet działa, lecz całe to jego życie różni się od życia na jawie.

Oprócz tych pospolitych różnic stanu istnieją osobliwe stany świadomości, które nas wyprowadzają z kolei pospolitej. Takimi bywają namiętności, które tragicznie nas wykolejają. Ukazują one nam jakieś nowe horyzonty, które jednak zawodzą. Człowiek w namiętności gniewu lub zemsty działa nieprzytomnie i ulega wyobrażeniom fałszywym. Gdy pierzchną te wyobrażenia, następuje powrót do pospolitości.

Odrębnym stanem świadomości jest stan radosny prawdziwego postu bez głodu, pozwalający na najintensywniejszą pracę umysłową i duchową, a wyzwalający od pokus namiętności. Człowiek tu doznaje osobliwego przeobrażenia wewnętrznego, którego pojąć nie można, dopóki się go nie doświadczyło.

Od stanu postu różni się, jakkolwiek daje się z nim pogodzić, stan prawdziwej modlitwy czyli czynnego z Bogiem obcowania, które bywa źródłem niewymownej radości i nadprzyrodzonego szczęścia. Ani post, ani modlitwa nie wymagają wyjątkowego jakiegoś uzdolnienia – są one dostępne wszystkim ludziom, choć istnieją liczne szczeble postu i modlitwy, które przez wytrwałe ćwiczenia prowadzą do nowego stanu świadomości, już nie wymagającego żadnych ćwiczeń, tylko dającego stałe zadowolenie z osiągniętego celu. Jest to stan służby Bożej, spokojnego i radosnego czynu, wiodącego świadomie do naprawienia zła, jakie sprawił upadek ludzkości. Sługa Boży jest świadom własnej winy i odpowiedzialności za zło, które na Ziemi spotyka, lecz zarazem w obcowaniu z Bogiem czerpie światło i siły potrzebne, aby jasno widzieć drogę i kroczyć po niej ku zbawieniu własnego narodu, a przez ten naród ludzkości.

Stan służby Bożej wymaga, podobnie jak stan doskonałego postu i stan doskonałej modlitwy licznych prób, z początku nieudanych, które stopniowo coraz to lepiej się udają i w końcu prowadzą sługę Bożego do pełnej realizacji bytu ducha odrodzonego i zbawionego. Jakkolwiek rzadki bywa ten stan doskonałej służby Bożej, liczne przykłady takiej świętości są znane z historii, a można je spotkać i w życiu współczesnym. Zresztą choćby nawet w jakimś pokoleniu nieszczęśliwym nie było wcale ani jednego sługi Bożego, to w niczym nie osłabiałoby nadziei tych, co postem i modlitwą zmierzają do celu wskazanego narodom przez Chrystusa.

Żadna literatura nie zawiera tylu wspaniałych obrazów doskonałej służby Bożej, co literatura mesjaniczna polska XIX-go wieku, której ostatnim wielkim rzecznikiem był Wyspiański na początku wieku XX-go. Jeśli zaufamy naszym wieszczom, zapowiadającym nie tylko wskrzeszenie, ale i odrodzenie narodu, to zrozumiemy, że to zło, które się jeszcze dzieje, wynika jedynie stąd, że zbyt mało jest Polaków, znających objawienie narodowe, wierzących w jego hasła i gotowych do służby w imię tych haseł. Gdyby wszyscy Polacy znali te prawdy wyrażone w cudownej mowie, rozumieli je i chcieli do życia stosować, to zapanowałaby jednomyślność w narodzie i naród cały stanąłby jak jeden mąż w obronie zagrożonej naszej chrześcijańskiej cywilizacji.

Dziś wielu zdolnych i wykształconych Polaków, tylko dzięki nieznajomości lub niezrozumieniu pięknych haseł służby Bożej, widzimy w obozie wrogim, pod kierunkiem mściwej i zawistnej starozakonnej doktryny walki klas, niszczącej nie tylko harmonię, ale i dobrobyt narodowy.

Pierwszym zatem zadaniem służby Bożej w Polsce, a przez Polskę służby ludzkości, jest budzenie ducha polskiego w masach bałamuconych przez wpływy żydowskie. Duch polski objawi się potężnie we wszystkich dziedzinach życia społecznego. Przede wszystkim oprzemy przemysł polski na harmonii pracy i kapitału, utorujemy przez pracę drogę wszystkim robotnikom do zaoszczędzenia sobie kapitału i wpoimy w sumienia polskie niezachwiany pewnik, że droga do dobrobytu powszechnego wiedzie jedynie przez harmonię klas, przez wytężoną pracę wszystkich Polaków, przez zgodność i zaufanie wzajemne tych, co wspólne mają cele.

Ale dobrobyt powszechny nie polega jedynie na materialnych warunkach. Trzeba dobrobytu duchowego, umiejętności obcowania z Bogiem, udziału we wspaniałym dziedzictwie twórczości ducha narodowego. To wymaga licznych nici osobistych przyjaźni i zaufania między tymi, co pod jakimkolwiek względem są uprzywilejowani, a tymi, którzy czują się upośledzonymi; więc każdy człowiek, posiadający znaczne mienie, powinien szukać obcowania osobistego z ubogimi nie dla rozdawnictwa jałmużny, lecz, by ich nauczyć jak zdobywać mienie. Każdy człowiek zacny i czysty niech nie unika zetknięcia ze zbrodniarzami i wykolejeńcami moralnymi, których Bóg na jego drodze życiowej postawi. Niech się nie wstydzi głosić im prawdy Bożej i niech się nie obawia, że będzie wyśmiany lub wzgardzony.

Głos sługi Bożego działa, nawet gdy bezpośredniego posłuchu nie znajdzie, a ziarna wytrwale rozsiewane wschodzą częstokroć i na niewdzięcznej glebie. Trzeba się wystrzegać tej ociężałości lub trwożliwości, która powstrzymuje od złożenia świadectwa prawdzie w nieprzyjaznym otoczeniu. Każdy człowiek doświadczony i wykształcony niech według możności oświeca nieuków. Uczony niech obcuje z robotnikami, mieszczanin z wieśniakami, teoretyk z praktykami. Ożywmy wszystkie stosunki osobiste głębszym tonem rozpowszechnienia wiary narodowej. Lekarz w obcowaniu z pacjentem, adwokat w naradzie z klientem, kupiec w stosunku do kupującego, ksiądz w stosunku do parafian, nauczyciel w stosunku do uczni niech zawsze pamiętają, że są Polakami i że naczelnym zadaniem Polski jest służba Boża dla dobra ludzkości. Ta wola skierowana wytrwale ku podniesieniu ducha w narodzie nie pozostanie bezowocną. Ideał służby Bożej ogarnie masy, a wtedy będziemy świadkami takich cudów, jak obrona Warszawy w 1920-ym r., lub zdobycie Rzymu przez Mussoliniego w 1922-ym r. W takich podniosłych chwilach garstka takich sług Bożych jak ksiądz Skorupka działa na tłumy i odwraca kartę historii.

Do wielkich czynów najlepiej można się przygotować przez sumienne pełnienie najzwyklejszych obowiązków i przez uszlachetnienie każdego stosunku osobistego w rodzinie, w zawodzie, w gminie, w parafii i w społeczeństwie. Otwiera się tu ogromne pole służby Bożej, z nadzieją powołania Bożego do czynów natchnionych, które dają wiernym sługom Bożym najwyższe szczęście. Prawdziwe natchnienie jednak bywa nam dane nie tylko w okolicznościach nadzwyczajnych: gdy o światło prosimy, a na głos Boży nie zatykamy uszu, natchnienie opromienia najprostsze i najzwyczajniejsze stosunki tak, że sługa Boży bywa świadkiem codziennych cudów wzmacniających jego wiarę.

Takiego życia doświadczyłem przez siedem lat w kuźnicy założonej  we Francji dla rodaków w 1913-m r. i zwiniętej dopiero w 1920-m r. W ciągu tych siedmiu lat przeszło pięćdziesiąt osób korzystało z cudownego przytułku pozyskanego dzięki opiece Opatrzności, która mnie przed samą wojną skierowała do tak wyjątkowego pod każdym względem zakątka. Napisałem tam dzieło „O wojnie wszechświatowej, jej odległych przyczynach i skutkach”, – a także dzieło wydane niedawno p.t. „Praca narodowa, program polityki polskiej”. Rozpowszechnienie tych dzieł uważam za środek budzenia ducha narodowego w licznych Polakach, którzy jeszcze nie dorośli  do bezpośredniego czerpania światła i sił w modlitwie przygotowanej postami i czynami Bożymi.

Kto zaś wszedł na tę drogę bezpośredniego stosunku z Bogiem, prawdziwej służby Bożej, ten nie potrzebuje książek pisanych przeze mnie, ani też przez innych autorów. Taki sługa Boży sam wie, co ma robić i jak pracować, aby praca jego zbliżała Królestwo Boże.

W najgłuchszym zakątku Polski każdy Polak może samorzutnie się zwrócić ku tej drodze, która go prowadzić będzie na szczyty samowiedzy, świadomości narodowej i obcowania z Bogiem. Ale nie sądźmy, byśmy wiele zyskać mogli, naśladując obce wzory. Nie dla nas Joga Hindusów, ani faszyzm Włochów, ani socjalizm Żydów, ani radykalizm Francuzów, ani liberalizm Anglików, ani demokratyzm Szwajcarów, lub Amerykanów. Możemy poznawać te różne kierunki, ale na to, żeby wielkich rzeczy dokonać, trzeba być przede wszystkim sobą i mieć oryginalne natchnienia zgodne z powołaniem własnego narodu.

Pierwsze dziewięć rozdziałów tej książki streszczały obce doświadczenia. Dopiero w trzech ostatnich rozdziałach wyraziłem to, co mi się wydaje najpotrzebniejszym dla Polaków stęsknionych do rzetelnej naprawy Rzeczypospolitej. Wiem, że nieuchronnie wielu moich czytelników rzuci się ku egzotycznym ćwiczeniom, wiele sobie po nich obiecując. Zachowałem je w tekście tego dzieła dlatego, że kiedyś mi one posłużyły dla odzyskania utraconego zdrowia. Ale dziś jedynie zalecam post, modlitwę i służbę Bożą, jako ćwiczenia psychofizyczne, godne Polaków.

Gdy większość Polaków pozyskamy dla zgodnej i radosnej służby Bożej w różnych zawodach, gdy każdy Polak będzie sobie zdawać sprawę z warunków i rozwoju pracy narodowej, wtedy i to, co w Ewangelii nazywa się „resztą” – to jest powodzenie zewnętrzne w różnych zakresach będzie nam dane. Polska będzie wtedy potężną, bogatą, szczęśliwą – pod umiejętnym kierunkiem wielkich Polaków, mających wiedzę, uzdolnienie i natchnienie. Taka Polska zjednoczy wszystkie klasy ludności w unii społecznej, połączy ościenne ludy węzłem unii politycznej i zespoli wszystkie sekty w unii religijnej z Kościołem powszechnym.

Kto ma przed oczyma ten ideał, ten nie da się zrazić żadnym niepowodzeniem, tylko wytrwale szukać będzie w najgorszych nawet warunkach drogi wyjścia i z pomocą Bożą znajdzie sposoby, aby pokonać przeciwności. Taki wierny sługa Boży dozna prześladowania ze strony wrogów Chrystusa, zorganizowanych w partiach socjalistycznych, lub lożach masońskich i prowadzących całą ludzkość do takiej samej ruiny, do jakiej Rosję doprowadzili Lenin i Trocki.

Ale wierny sługa Boży znajdzie także wiernych przyjaciół, takich, jakich słudzy szatana mieć nie mogą. Prawdziwa przyjaźń jest możliwa tylko między ludźmi dobrymi, gdyż braterstwo ludzkie jest skutkiem i owocem ojcostwa Bożego. Ci, co w Bogu widzą ojca, jedynie mogą wzajemnie się uważać za braci. Jako synowie Boży czerpią siły nieskończone ze źródła bytu i doznają pomocy ludzkiej ze strony swoich braci. Od służby Bożej bywamy odciągani przez pokusy nieczystości i pychy, przez cierpienia i zawody, ale najwięcej przez własne nasze upadki i winy. Nic tak nie wzmaga siły woli, jak przezwyciężanie pokus i działanie zgodnie z wewnętrznym głosem sumienia.

Ci, których nazywamy zacnymi niedołęgami, bywają zwykle tak dalece niedołężni, że się nie zdobywają na czyny wybitnie złe, i przez to w porównaniu z ludźmi śmielszymi a przewrotnymi wydają się dobrymi. Lecz nie wystarcza nie czynić zła na to, żeby zasłużyć na miano zacnego człowieka, podobnie jak nie wystarcza wstrzymać się od jedzenia, by doświadczyć stanu prawdziwego postu. Zwykle tak zwany zacny niedołęga, choć nic wybitnie złego nie uczyni, ma za mało wiary i ofiarności do prawdziwej służby Bożej i nie zasługuje wcale na miano zacnego. Zachodzi tutaj takie samo złudzenie, jak w stosunku do pozornego postu ludzi, którzy tylko zaniechali jedzenia, lecz nie umieją naprawdę pościć.

Prawdziwie zacny jest ten, który umie ziścić swoje zacne zamiary i zdumiewa nas siłą czerpaną w poczuciu obowiązku i w jasnej świadomości zadań, które Bóg mu powierza. Gdy jasno rozumiem wolę Bożą, nie może ona mi być obojętną – a gdy czuję obecność Bożą, wnet siły potrzebne do wykonania zadań rosną. To, co się nam wydaje niepowodzeniem, bywa czasem utajonym zwycięstwem, jak męka Chrystusa na krzyżu. Gotowość do cierpienia męki w obronie dobrej sprawy jest cechą prawdziwych sług Bożych i często sama gotowość wystarcza, by od istotnej męki być wybawionym.

Ale bywają epoki i miejsca czasowej przewagi sił złych. Taka epoka dla Polski zaczęła się z wojną i trwa jeszcze obecnie. Nędza zmusza najzacniejszych ludzi do mimowolnych postów, podczas, gdy ludzi gorsi ucztują i hulają. Najwyższe urzędy bywają zajmowane przez ambitnych samolubów, a ludzie zacni i mądrzy bywają poniewierani i lekceważeni. Na krzywdy strasznie bywają narażeni ludzie niewinni. Fałsze bywają głoszone jako prawdy, a prawda uznana bywa za szaleństwo. Ludzie prości tracą wszelką pokorę i występują z najfałszywszemi pretensjami. Nikt nie ma bezpieczeństwa mienia, czci, ani życia. Ci, co najdokładniej zbadali prawdę, nie mają posłuchu, ani czci – i są głosami wołającymi na puszczy. Ci, co władze mają, przeprowadzają kapryśne swoje zachcianki wbrew najoczywistszym prawom życia społecznego i wbrew wszelkiej sprawiedliwości.

Wszystko to się dzieje w Polsce na początku roku 1923-go, i Bóg jest świadkiem całej tej nędzy wskrzeszonego narodu. Ale nic nie dzieje się bez dopuszczenia Bożego i każdy wśród nas zasłużył na gorsze jeszcze biedy niż te, które cierpi. Więc istotna służba Boża wymaga przede wszystkim zrozumienia prawd zasadniczych i życia zgodnego ze wskazaniami z tych prawd wynikającymi. Oto kilka takich prawd, które należy uprzystępnić wszystkim Polakom, aby nam się udało naród wyzwolić z haniebnej niewoli, gorszej stokrotnie, niż rządy carskie i pangermańskie:

1. Dobro i szczęście poszczególnych obywateli zależy od wielkości, potęgi i dobrego urządzenia Narodu, więc dobro narodowe obchodzi bezpośrednio wszystkich obywateli. Przy każdym czynie naszym zastanawiajmy się, jak on się na bycie Polski odbije.

2. Dobra Polski nie da się osiągnąć bez względu na dobro sąsiadów i całej ludzkości. Powołaniem poszczególnych obywateli jest służba dla dobra narodu, powołaniem narodu jest służba Boża dla dobra ludzkości, a szczególnie naszych najbliższych sąsiadów: Litwinów, Łotyszy, Rusinów, Czechów, Słowaków, Rumunów i Węgrów. Naszym zadaniem jest te ludy pojednać i połączyć w jedno potężne państwo, zapewniające wszystkim największą swobodę rozwoju, stanowiące prawdziwe Stany Zjednoczone Środkowej Europy, opierające się zakusom Niemców i Moskali.

3. Polityka Polskiego Narodu nie powinna zależeć od walki partii, sekt i klas, tylko dążyć do dobrowolnego zjednoczenia wszystkich we wspólnym upragnieniu życia doskonałego i zbożnego pod kierunkiem wodzów wybranych spośród najlepszych i najmędrszych obywateli. Polacy nie powinni się dzielić na partie, klasy i sekty, tylko stanowić jednolitą całość, żywy naród, świadomy swoich zadań. Takie zjednoczenie wszystkich Polaków we wspólnym narodowym życiu jest możliwe i łatwe dla nas, gdy się wyzwolimy od naleciałości obcego ducha, mącącego nasze życie społeczne, i od zaufania do naszych najgorszych a nieprzejednanych wrogów, podstępnie szerzących wśród nas  fałszywe doktryny. Zastąpmy fałsze żydowskiego socjalizmu, francuskiego radykalizmu, angielskiego radykalizmu, moskiewskiego maksymalizmu i nihilizmu, niemieckiego krytycyzmu, pewnikami ewangelii narodowej, głoszonymi przez naszych własnych wieszczów i mędrców, a Polska stanie jako posąg olbrzymi z jednej bryły, świadoma swego powołania wśród ludów ziemi.

4. Nieprzejednanymi wrogami Polski są Niemcy, Moskale i Żydzi, którzy wyrządzili nam niezliczone krzywdy i nie zasługują na pełne prawa polityczne w obrębie Rzeczpospolitej. Jeśli jednak jakikolwiek Niemiec, Moskal, lub Żyd pokocha Polskę, to może on stać się dobrym Polakiem.  W Polsce należy oceniać każdego według jego własnych zasług i zalet, a nikomu jego pochodzenia nie wypominać, bo to właśnie jest cudem narodowego życia, że asymiluje ono różne pierwiastki etnograficzne i rasowe. Ale dopóki ktoś, nawet z rodu od wieków w Polsce osiadłego, prawdziwym Polakiem nie jest i polskiego ducha nie ma, nie powinien on mieć wpływu na polskie sprawy. Strzeżmy się szczególnie neofitów, którzy chcą nas uczyć polskości, a sami jeszcze wcale nie wyzbyli się obcego ducha.

5. Obowiązkiem pierwszorzędnym każdego Polaka jest przyjmować udział czynny w wyborach politycznych, nie tylko przez oddanie własnego głosu, ale także przez zwalczanie kłamliwych demagogów, którzy nam chcą narzucać posłów nieuków i nieuczciwych, budząc nienawiść klasową w ciemnym ludzie i kusząc masy obietnicami, których dotrzymać nie mają wcale zamiaru. Uniemożliwienie działalności takich warchołów i bojówek socjalistycznych, usiłujących gwałtem i terrorem rozpraszać narodowe zebrania, jest obowiązkiem obywatelskim. Zwycięstwo dążeń narodowych w walce wyborczej wymaga wszystkich sił całego narodu. Nikt pod żadnym pretekstem nie powinien się od udziału w tej walce usuwać, jeśli chce być uważanym za prawdziwego Polaka. Gdy mamy z kim do czynienia, pytajmy się go nie tylko gdzie był, co robił w Lipcu i Sierpniu 1920-go r., ale także za kim głosował i co dla zapobieżenia klęsce narodowej uczynił w 1922-m r.

6. Walka powszechna w całym świecie, a także w Polsce toczy się między dawniej osiadłymi ludami chrześcijańskimi rasy aryjskiej, a napływowymi przybyszami rasy semickiej, którzy są wrogami chrześcijaństwa. Ruch narodowy wszędzie i zawsze był w związku z chrześcijaństwem, z którego wyrósł. Wielcy bohaterowie narodowi, jak Jeanne d’Arc, lub u nas Kordecki, Czarniecki, Żółkiewski, Chodkiewicz, Kościuszko i Traugutt – byli chrześcijanami. Najwięksi wieszczowie narodowi, jak Dante, a u nas Mickiewicz, Słowacki, Krasiński, Wyspiański byli także wierzącymi chrześcijanami. Zwycięzca w wojnie wszechświatowej, marszałek Foch jest chrześcijaninem, a najdzielniejszym obrońcą Belgii był kardynał Mercier, prawdziwy Święty Kościoła. Natomiast przywódcy partii przewrotowych wszędzie byli i są bezbożnikami. Socjaliści są jawnymi wrogami chrześcijaństwa, a socjalizm jest wymysłem żydowskim, mającym na celu osłabienie narodów chrześcijańskich przez wewnętrzną rozterkę i opanowanie łatwowiernych gojów przez żydów. Postępowcy i radykałowie różnych odcieni są pod wpływem międzynarodowego żydostwa. Kto chce zwycięstwa ideałów narodowych, ten powinien się wyzwolić od wpływów żydowskich. Kto szerzy nienawiść klasową, pomaga żydom w ich dążeniu do opanowania świata. Kto wierzy w Boga, ten ufa jego sprawiedliwości i nie zazdrości bliźnim, którzy są czasowo na pozór uprzywilejowani. I owszem ufa, że i sam, z pomocą Bożą, według danych przez owych bliźnich przykładów, warunki swego życia poprawi.

7. Świadomość narodowa wyrasta jedynie na podłożu religijnym, jako wykwit i dojrzały owoc chrześcijaństwa. Prowadzi ona do ustroju Państwa narodowego, które się różni od państwa demokratycznego współczesnego nie mniej, niż państwo demokratyczne się różniło w swych początkach od dawniejszych państw dynastycznych i despotycznych. Despotyzm dynastyczny jest wytworem ducha germańskiego i dawniejszych ludów turańskich; demokracja i liberalizm powstały głównie w krajach łacińskich, lub półłacińskich, jak Anglia – zaś państwo narodowe ma być dojrzałym owocem ducha słowiańskiego, a w szczególności polskiego.

8. Każdy prawdziwy naród jest wynikiem asymilacji licznych plemion i pierwiastków rasowych rozmaitych. Mowa prowansalska na południu Francji więcej się różni od języka francuskiego, niż narzecze ruskie od języka polskiego, a jednak Prowansalczycy nie marzą o tworzeniu oddzielnego państwa, ani nawet o wprowadzeniu swej mowy do szkół powszechnych. Baskowie różnią się etnograficznie od Francuzów daleko więcej, niż Litwini i Łotysze od nas, a jednak pradawny ten lud nie myśli o utworzeniu państwa oddzielnego, bo woli mieć obywatelstwo francuskie, otwierające każdemu Baskowi drogę do najwyższych w potężnym państwie stanowisk. Gdy Litwini, Łotysze, Rusini dojdą do poziomu moralnego i umysłowego Basków, lub Prowansalczyków, a wyzwolą się od wpływów obcych, ubiegać się będą o obywatelstwo polskie, jak ongi miasta pruskie pragnęły wcielenia do Rzeczpospolitej. Ale aby przyciągnąć te ludy, trzeba, żeby w Polsce zapanował ład i porządek, co tylko przez wzmożenie ruchu narodowego jest możliwe.

9. Obecnie istniejące partie rzekomo narodowe, obejmowane mianem prawicy, bezwiednie przyjęły wiele cech socjalistycznych, a za mało dbają o zrozumienie i pogłębienie ducha narodowego. Trzeba wśród nich wzniecić ruch ducha, usuwający wszelką partyjną wyłączność i zaciekłość, a wiodący do głębszego poznania istotnych ideałów narodowych. Szczególnie prasa periodyczna narodowa nie powinna poświęcać tyle miejsca piętnowaniu i wyszydzaniu przeciwników, lecz szukać cech dodatnich: czynów i zasług któryby warto stawiać za przykład. Takie przykłady można znaleźć w żywotach i dziełach zasłużonych Polaków, a w miarę jak te pozytywne przykłady rozpowszechnimy, osłabimy przeciwne dążenia. Ciągłe wytykanie cudzych błędów i grzechów, zamiast wskazywania pozytywnych planów poprawy, wyjaławia ducha i paraliżuje wolę. Nasi przywódcy prawicowi powinniby więcej sił i czasu poświęcić, aby poznać twórczość  ducha swego narodu, jeśli mu chcą służyć.

10. Na to, żeby państwo mogło dobrze zabezpieczyć mienie, cześć i życie obywateli, trzeba się wystrzegać powierzania państwu wielu zadań innych, które lepiej pozostawić inicjatywie prywatnej. Zbyteczne są ministerstwa zdrowia, sztuki, przemysłu i handlu, rolnictwa, kolei, gdyż wszystkie te zakresy życia daleko lepiej się rozwiną bez krępowania ich kontrolą urzędową. Natomiast trzeba by  znacznie więcej sił i środków użyć na zapewnienie wszystkim obywatelom sprawiedliwości, bez której życie staje się nieznośne, a rozwój społeczny niemożliwy. W obecnej epoce przejściowej, potrzeba jeszcze znacznych środków na oświatę i pracę naukową, które później także się powinny uniezależnić od państwa. Nie jest rzeczą państwa ograniczanie prawa własności przez rzekomą reformę rolną, lub osadnictwo wojskowe, – gdyż reforma rolna dokonywała się bez wszelkiego udziału władz państwowych od 1863-go r. i mnóstwo większych majątków zostało rozparcelowanych bez niczyjej krzywdy. Za stracone uważać można olbrzymie kredyty, udzielone przez państwo na rzekomą odbudowę, którą należało pozostawić inicjatywie prywatnej, zabezpieczając wolność działania przedsiębiorczym jednostkom, bez narażania ich na utratę mienia, czci, lub życia, jak to ma miejsce obecnie wskutek braku sprawnej organizacji sprawiedliwości.

11. Kapitał nie jest wynikiem samej pracy rąk, ale przede wszystkim twórczości ducha i umiejętności organizacji kierowników. Nierówność mienia, skupienie większego kapitału w ręku pewnych jednostek wzmaga konkurencję między kapitalistami o pracowników, więc podnosi wysokość zarobków. Gdzie najwięcej kapitału i najnierówniejszy jego podział, tam robotnicy osiągają najwyższe zarobki. Więc kapitalizm nie jest wcale wrogiem pracy, tylko niezbędnym środkiem, aby pracownikom zapewnić najwyższe zarobki. Tylko wolna konkurencja między kapitalistami, prawo każdego robotnika do nieograniczonej ustawami pracy, torują drogę do powszechnego dobrobytu. Natomiast wtrącanie się państwa do życia ekonomicznego zawsze zmniejsza zarobki z pracy i zyski z kapitału. Wszyscy robotnicy mogą zostać kapitalistami tylko przy uszanowaniu prawa własności każdego z nich. Każde naruszenie prawa własności kapitalistów zagraża zarobkom robotników. Życie ekonomiczne ma za cel swój dobrobyt powszechny, a jedyna droga do tego celu prowadzi przez powszechne bezpieczeństwo mienia, czyli przez ten niesłusznie przez socjalistów wyszydzany ustrój kapitalistyczny, któremu się przeciwstawia tylko anarchia, samowola władz i ruina powszechna.

12. Istnieje Bóg, który świat stworzył i jest źródłem praw przyrody, praw społecznych i praw ekonomicznych. Człowiek ma wolną wolę i może wszystkie te prawa łamać, ale to się zawsze mści na nim i prowadzi go do licznych cierpień i niedoli. Jedyna zbawienna droga dla narodów i ludzkości, to szukanie woli Bożej, uwzględnianie praw Bożych, otrzymywanie natchnień Bożych. Tylko w ten sposób jednostki, narody i cała ludzkość mogą zapewnić sobie szczęście, zdrowie i dobrobyt. Jednym z naczelnych praw Bożych jest prawo własności. Wszelka ustawa, naruszająca to prawo jest bezprawiem, jak np. ochrona lokatorów, urządzenie kas chorych, osadnictwo kresowe oparte na niszczeniu dawniejszych placówek polskości, reforma rolna polegająca na niszczeniu warsztatów najintensywniejszej produkcji rolnej. Wszystkie takie projekty są wymysłami żydowskimi, aby zrujnować chrześcijańskie społeczeństwa.

Gdyby powyższe prawdy i inne podobne były zrozumiane przez ogół Polaków, Polska stałaby się ogniskiem, skupiającym ościenne ludy, które kolejno ubiegałyby się o zaszczyt obywatelstwa polskiego. Lecz nie wystarcza prawdy zasadnicze rozumieć, trzeba mieć stanowczą wolę, aby zgodnie z tymi prawdami żyć i w każdym szczególe życia się do tych prawd stosować. Wtedy dopiero uczynimy z Polski wzór dla innych narodów i przyczynimy się do urzeczywistnienia Królestwa Bożego na ziemi.

Wincenty Lutosławski
Wilno, 24‑go lutego 1923 r.
ul. Jagiellońska 7, m. 2




KRÓTKA WIADOMOŚC O AUTORZE

Wincenty Lutosławski, pierwszy syn Franciszka L. i żony jego Marii ze Szczygielskich, urodził się w Warszawie 6 Czerwca 1863 r. około 2-ej pp., wychowywał się w rodzinnym majątku Drozdowie pod Łomżą do końca 1876 r., potem od Stycznia 1877 do Czerwca 81 w gimnazjum niemieckim w Mitawie, następnie od Września 1881 do Grudnia 82 przez trzy półrocza w politechnice Ryskiej na wydziale chemicznym, od Stycznia 1883 do Czerwca 88 w uniwersytecie Dorpackim, gdzie w 1885 otrzymał stopień kandydata chemii na wydziale fizyko-matematycznym, a w 1886 stopień kandydata filozofii na wydziale historyczno-filologicznym, zaś w Listopadzie 1887 r. stopień magistra filozofii. Głównymi nauczycielami jego, prócz ojca rodzonego, któremu najwięcej zawdzięcza, byli: Oscar Rumpe, Wilhelm Ostwald, Gustaw Bunge,  Artur v. Oettingen, Johannes Lemberg, Carl Schmidt, Andreas Lindstedt, Waldemar Masing, Baudouin de Courtenay, Gustaw Teichmuller, Gaston Paris. Studia w Dorpacie przerwał na rok 1883-4 dla zwiedzenia Szwajcarii, Włoch, Francji, Niemiec i Austrii, a później znów na rok 1885-6 w celu studiów literatur romańskich pod kierunkiem Gaston Paris w Ecole des Hautes Etudes w Paryżu i wycieczki do Anglii, Portugalii i Hiszpanii; także na pół roku w r. 1887 dla podróży naukowej do Włoch, Hiszpanii, Portugalii i Paryża. Rok 1888-89 spędził w Moskwie, pracując naukowo w muzeum Rumiankowa nad niewydanymi rękopisami Giordano Bruno. Przez rok 1889-90 pracował w British Museum nad przygotowaniem wykładów o psychologii, logice i nowszej filozofii, które miał na uniwersytecie Kazańskim 1890-93. rok 1893-94 pracował znów w Londynie po kilkomiesięcznej podróży po Hiszpanii, Portugalii i Stanach Zjednoczonych Ameryki. Rok 1894-95 spędził w rodzinnym majątku Drozdowie, a r. 1895-98 w Hiszpanii, pracując nad ukończeniem dzieła o logice Platona, i Seelenmacht. W październiku 1898 w Helsingforsie otrzymał stopnie licencjata i doktora filozofii za rozprawę o indywidualizmie, poczym zimę spędził w Finlandii, Szwecji, Danii i Niemczech.

W 1899 r. osiadł w Krakowie, i wykładał przez r. 1900 (od 22-go Stycznia do 28-go Listopada) na Wszechnicy Jagiellońskiej – w 1901-2 na uniwersytetach w Lozannie i Genewie w 1904-6 na uniwersytecie w Londynie. W 1902 założył Eleuterję, w 1903 Eleusis i ognisko polskie Wszechnicy Mickiewicza w Londynie. W Lutym 1904 r. wybrał się do Egiptu, Palestyny, Damaszku, Grecji i Konstantynopola, skąd wrócił w Maju 1904 roku. Zimę 1905-6 spędził w Dalmacji, Sycylii, Tunisie, Algierii, Maroko i Hiszpanii. Na wiosnę 1906 r. wykładał kurs literatury polskiej w Uniwersytecie Londyńskim, potem latem robił doświadczenia psychofizyczne w Bretanii i Pirenejach, a przez zimę 1906-7 r. w Krakowie prowadził pierwsze kursy robotnicze Wszechnicy Mickiewicza, opisane w t. II-IV Eleusis, czasopisma Elsów. Kursa te, polegające na nowej metodzie wychowawczej, uwzględniającej ćwiczenia psychofizyczne, a wielce przyśpieszającej rozwój duchowy, stały się wzorem dla późniejszych kursów robotniczych, prowadzonych przez Elsów w Krakowie. W 1906-m roku otrzymał wezwanie do wykładów w Lowell Institute w Bostonie, a wygłosiwszy tam w Październiku i Listopadzie 1907 r. osiem wykładów o porozbiorowej historii Polski, udał się do Teksasu dla odwiedzenia Częstochowy amerykańskiej i sąsiadujących z nią kolonii polskich. Następnie zimę spędzając w Kalifornii miał wykład o Polsce i o psychologii woli w los Angeles, w Stanford University i w University of Kalifornia. Wracając z Kalifornii wykładał w Sacramento, Reno (University of Nevada), salt Lake City (University of Utah), Boulder (University of Colorado), Lincoln (University of Nebrasca), Madison (University of Winconsin), Chicago (University of Chicago), S. Bent (Notre Dame University), Ann Arbor (University of Michigan) – a także w wielu lecznicach, od St. Helena w Kalifornii do Battle Creek w Michigan, wszędzie zalecając wypróbowane przez siebie ćwiczenia psychofizyczne. Nadto w Stanach zjednoczonych miał wiele wykładów wśród rodaków i zakładał liczne bractwa wstrzemięźliwości, szczególnie T-wo 3-go maja w Chicago i T-wo Ducha Narodowego w Detroit.

Od jesieni 1908, W. L. osiadł w Warszawie, gdzie rozpoczął d. 22 listopada swą działalność w stolicy wykładem o Darwinie i Słowackim, a następnie miał wykłady o Królu Duchu, o sile woli, o małżeństwie i o filozofii religii. Gdy zaś w skutek jednoczesnych napaści duchowieństwa oraz sfer antyreligijnych, wykłady w Warszawie przerwały się, W. L. w Kwietniu 1910 roku Warszawę opuścił i spędził całe lato w Kosowie, poczym udał się do Hiszpanii, pracował przez zimę 1910-11 w Paryżu i Londynie, a od stycznia 1911 r. miał wykłady w Mutualité Maintenon na Bd. Montparnasse w Paryżu o psychologii woli. Na wiosnę 1911-go r. miał wykłady publiczne we Lwowie. Całe lato spędził w Żyrardowie, pracując nad dziełem Volonté et Liberté. Późną jesienią założył kuźnicę w Tlemcenie w Algierii dla ćwiczeń psychofizycznych, lecz wskutek braku środków musiał ją zwinąć w lecie 1912 r., po wydaniu dzieła Volonté et Libert. Wykładał na uniwersytecie Genewskim metafizykę i filozofię historii 1912-16, a w 1913 założył kuźnicę w Barby pod Bonneville w Haute Savoir, z której korzystało od 1913-20 przeszło 50 osób głównie polskiej narodowości. W 1919 wykładał metafizykę na Sorbonie w Paryżu i pracował w Biurze Prac Kongresowych przy konferencji pokoju w Paryżu, redagując po angielsku i po francusku obiektywne sprawozdania, dotyczące różnych zagadnień polityki narodowej. Od 1917-go r. brał czynny udział w organizacji armii polskiej przy jenerale Archinard jeszcze przed przybyciem jenerała Hallera do Francji, pisał dla tej armii broszurki wydawane po polsku i po francusku i miewał wykłady dla oficerów i żołnierzy. W 1919 powołany na katedrę filozofii w Uniwersytecie Wileńskim, rozpoczął na jesieni 1919 r. wykłady. Wykładał od 1919 do 1923-go r. metafizykę, historię filozofii, filozofię historii, psychologię i filozofię religii, prowadząc zarazem seminarium filozoficzne. Przed samą inwazją bolszewicką wyjechał w Czerwcu 1920 r. do Francji, aby tam zwinąć kuźnicę i spędził całe lato 1920 r. jeszcze w Barby, odwiedzany przez uczniów z armii Hallera.

Dopiero w Listopadzie 1920 r. opuścił ostatecznie Barby, przewożąc całą swą bogatą bibliotekę do Wilna, gdzie po długich poszukiwaniach i staraniach znalazł mieszkanie dopiero w Styczniu 1922-go r. przy ul. Jagiellońskiej 7, m. 2 – i w mieszkaniu tym umieścił swoją bibliotekę i archiwum korespondencji wieloletniej z uczniami. W Styczniu 1921 r. streścił swój kurs metafizyki w sześciu dwugodzinnych wykładach na Uniwersytecie Poznańskim. W Styczniu 1923-go r. miał dwadzieścia wykładów streszczających metafizykę w auli Uniwersytetu Warszawskiego. Ten sam kurs metafizyki był także powtórzony w Sierpniu i Wrześniu 1922-go r. w lecznicy D-ra Tarnawskiego w Kosowie dla kuracjuszy i publiczności z miasta. Obecnie W. L. szuka stosownego miejsca na wsi gdziekolwiek w Polsce (ale najlepiej nad morzem, lub w górach) by nareszcie, korzystając z doświadczeń zebranych w Algierii i we Francji założyć Kuźnicę w Polsce, przenieść do niej swoją bibliotekę i osiąść tam na stałe z dobranym gronem uczniów, pracując to nad coraz zupełniejszym i konsekwentniejszym sformułowaniem dogmatów myśli narodowej. Kuźnica ta, zapowiadana od pierwszego wydania Rozwoju Potęgi Woli w licznych dziełach autora, wymaga poważnych środków, lecz okazałaby się doniosłą dźwignią narodowego wychowania. Kto chce się do stworzenia jej przyczynić, niech się zgłosi do autora.


KONIEC





1) The origin and growth of Plato’s Logic, London, Bombay and New York, Longmans 1897, reissue 1905.

2) O tej nieśmiertelności ciała, przepowiadanej przez Słowackiego w Genezis z Ducha, w Królu Duchu, w wierszu do Norwida, w Samuelu Zborowskim – piszą dziś: A. Osborne Eaves, The mastery of Heath, London, Philips Welby, 1906 – H. Gaze, How to live forever, Chicago, Stockham Co., 1904 – Helen Wilmans, Limitless man, London, Ernest Bell 1902.

3) Artur Górski, Monsalwat, wydanie 2-ie. Warszawa 1908, str. 206: „na to deptanie patrzył naród cały – i odtąd deptanie w narodzie i lekceważenie pracy myśli – już nie przez potęgę ducha, ale przez lenistwo i tchórzostwo – zasłania się prawem wyższej hierarchii ducha, nawet namaszczeniem wieszczem”.

4) Warto bardzo zalecić wszystkim czytelnikom dzieło A. Bircher-Benner’a, Podstawy żywienia leczniczego na zasadach energetyki, przekład doktora J. Łuczyńskiego, Warszawa. Nakładem Towarzystwa Zwolenników Przyrodolecznictwa, 1908 r. Nadto warto poznać: Hereward Carrington, Vitality, casting and nutrition, New York 1908 – Horace Fletcher, The Abz of our own nutrition, London 1903 – H. Butler, Practical methods to insure success, Applegate, California U.S.A. (można sprowadzić najlepiej od autora, posyłając mu 50 centów przekazem pocztowym, pod adresem: Esoteric Fraternity, Applegate, Kalifornia U.S.America) – Albert Broadbent, The building of the body, Manchester 1903 – Kenneth Sylvan Guthrie, Regeneration, Boston 1897-1905 – I.C.Street, The Hidden Way, London 1896.

5) Najciekawszym wśród tych dzieł jest dzieło Swami Vivekananda: Yoga philosophy, lectures delivered In New York, Winter of 1895-96 on Raja Yoga, or conquering the internal nature, London, Longmans 1903. W nowszych czasach, szczególnie po wojnie wszechświatowej, namnożyło się mnóstwo książek bardzo bałamutnych, obiecujących czytelnikom nadzwyczajne zdobycze dla ducha i ciała, lecz podstępnie podkopujących zaufanie czytelników do chrześcijaństwa, przez co się ich pozbawia najobfitszego źródła sił duchowych i cielesnych. Praktyka sakramentów Kościoła jest pierwszorzędnym ćwiczeniem psychofizycznym, o czym w kraju katolickim nie godzi się zapominać. Wrogowie chrześcijaństwa często działają podstępnie, udając wielką cześć i miłość dla Chrystusa, ale stawiają go na równi z różnymi fałszywymi prorokami.

6) Dynamic Breathing and Harmonic Gymnastics, a complete system of psychical, aesthetic and physical culture, New York 1892.

7) Na tym rozbudzeniu instynktu leczniczego i wiary w higienę i zdrowie oparte są dosyć skuteczne kuracje dr A. Tarnawskiego (pod Kosowem, za Kołomyją). Lekarz ten po 20 latach zwykłej praktyki szpitalnej i powiatowej, założył oryginalny zakład fizykalno-dietyczny, w którym sam siebie i wielu innych uzdrowił i wzmocnił. Jakkolwiek przez wrodzoną skromność podaje się on często za ucznia Lahmanna i Kneippa, u których sam się kiedyś leczył, to każdy jego pacjent, o ile jest obeznany z metodami niemieckich Naturheilkunstlerów, jasno widzi, o ile metoda polskiego lekarza jest samodzielna i lepsza od wszystkich metod niemieckich, bo więcej budzi ducha, nie poprzestając na fizycznych zabiegach. Wychowanie woli samodzielnej, obudzenie wiary w zdrowie, w możliwość przezwyciężenia chorób, w ogóle w przewagę ducha nad ciałem, jest cechą specyficzną tej polskiej lecznicy. Tarnawskiemu chodzi głównie o to, by pacjent w siebie samego uwierzył, i nauczywszy się w zakładzie higieny, sam zaczął się domyślać, czego mu potrzeba. Zakład dr Tarnawskiego, zniszczony podczas wojny, został otwarty pod jego osobistym kierunkiem na nowo w 1922 roku z udziałem rejenta Strońskiego, który skutecznie się przyczynił do wskrzeszenia tej niezmiernie ważnej placówki narodowej polskiej na południowo wschodnich kresach. Dr Tarnawski, choć już przeszło 70-letni i ciężko strapiony chorobą najstarszego syna, kierował z nieznużoną energią ćwiczeniami pacjentów, których zdumiewał swą rześkością.

8) Najważniejsze z tych dzieł jest „ dellarte system of expression”, cena 2 dolary; oprócz tego „System of physical training” cena 1 dolar; „society gymnastics and voice culture”, cena 1 dolar, do nabycia od wydawcy Edgar S. Werner and Co 43 East 19-th street, New York.

9) Swami Vivekananda, Madras lectures, madras 1897 str. 51-54.

10) Bardzo byłbym wdzięczny tym czytelnikom, coby zechcieli mi donieść o skutkach ćwiczeń, a także zwrócić moją uwagę na inne prace o tym przedmiocie w naszej literaturze.
Jeśli podobał Ci się artykuł
dodaj do niego swój głos
19
Zobacz ranking najbardziej popularnych artykułów na naszej stronie
SZUKAJ na naszej stronie
WARSZTATY, SEMINARIA
KALENDARZ IMPREZ
  Najbliższe warsztaty:
Październik, Listopad 2016
Puck

Joga Świadomego Odchodzenia i Długiego Życia. Uwalnianie lęku przed śmiercią, od fatalnych klątw, oczyszczanie doznań sennych i astralu, techniki przenoszenia świadomości w wyższe wymiary egzystencji. Zjawisko śmierci klinicznej, Anioły – opiekunowie odchodzących z tego świata. Modlitwy.
9-10 Grudzień 2017
Gliwice

Nauki Morya - Wadźrasattwa. Ścieżka Diamentowej Dobroci Czohan Morya. Joga Błogości i Pustki. Praktyki z Aniołem Pokoju (Śantidewa). Odnajdowanie Woli Bożej w codziennym życiu i jak poddać się działaniu Bożej Woli. Posty, Modlitwy, Podróże do Niebiańskich Świątyń.
21-27 Grudzień 2017
Beskidy

Czohanija - Narodziny Światła. Nowy Rok Ezoteryczny. Grupowe Odosobnienie dla tych, co podążają Drogą Duchowego Rozwoju. Nauka o karmie. Poszerzanie i oczyszczanie świadomości; praca z lotosem podpępkowym Swadhiszdana. Varuna Deva. Anioły Duchy Żywiołów. Głębokie relaksacje, medytacje i podróże do Niebiańskich Świątyń. Anioły. Modlitwy, Święte Tańce i Śpiewy Duchowe. Plejady. Odkrywanie Cudownych Mocy i Charyzmatów i sposoby ich rozwoju. Rozbudzanie i praca nad energią Kundalini-Śakti! Odpuszczanie karmy.
Wszystkie warsztaty
Zajęcia cykliczne
Warunki uczestnictwa
Kalendarz Ezoteryczny
 


OGŁOSZENIA
 
Poszukujemy TŁUMACZA
z języka polskiego na
CHIŃSKI
.
Prosimy o kontakt
na adres mailowy:
info@himalaya-tirtha.org

Poszukujemy TŁUMACZA
z języka polskiego na
HISZPAŃSKI
.
Prosimy
o kontakt na adres mailowy: 
sadadeva@yahoo.es
Tablica ogłoszeń
 
   
 

© 2005-2010 by Himalaya Tirtha Sangha.
Wszystkie prawa zastrzeżone. Wykorzystywanie materiałów
zawartych na stronie bez zgody jej autorów jest ZABRONIONE.
Engine by CodaTeam

Kontakt: info@himalaya-tirtha.org


Firefox 3  Submit your website to 20 Search Engines - FREE with ineedhits!
 
strona zaprojektowana
i zarządzana na platformie
Apple Macintosh
komunikację oraz wymianę
danych z serwerem ftp
obsługuje TRANSMIT 3